Ekonomia

Odyseja Penelope

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
– Wychowałam się w Alcobendas. Jako dziewczynka zawsze oglądałam oscarową galę i myślałam, że to wyjątkowa chwila, gdy jednoczy się cały świat sztuki – powiedziała ze sceny Kodak Theatre Penelope Cruz
Dostała Oscara za brawurowo zagraną rolę zwariowanej artystki w filmie Woody’ego Allena „Vicky Cristina Barcelona”. Jako pierwsza aktorka hiszpańska. W białej sukni, ze złotym rycerzem w dłoni wyglądała na szczęśliwą. Nikt już nawet nie zwracał uwagi na obcy, miękki akcent, z którym ciągle mówi po angielsku.
– Gdyby nie była aktorką, oszalałaby – powiedział o niej Billy Bob Thornton. – Przelewając część swoich emocji w kobiety, które gram, rozładowuję własną energię – przyznaje Cruz.
A Pedro Almodóvar dodaje: – Ona kryje tajemnicę. Czasem sprawia wrażenie świętej, a czasem demona, który szuka najciemniejszych stron życia. Dlatego jest fantastyczną aktorką. [srodtytul]Hiszpańskie początki[/srodtytul] Urodziła się w 1974 roku. Jej rodzinne Alcobendas oddalone jest zaledwie 5 kilometrów od Madrytu. To właściwie przedmieście hiszpańskiej stolicy. Ojciec Eduardo był sprzedawcą, matka Encarna – fryzjerką. – Rosłam w babskim świecie. Do mamy przychodziły kobiety w różnym wieku, robiły się „na bóstwa” i jak to u fryzjera, opowiadały o mężczyznach, dzieciach, życiu. Dziewczynka, najstarsza z trojga rodzeństwa, po babce miała cygańską krew. Chciała, jak ona, zostać baleriną. I choć w rodzinie się nie przelewało, matka postanowiła zainwestować w przyszłość córki. – Wszystko jej zawdzięczam – przyznaje Penelope. – Myślałam o niej, kiedy w „Volver” grałam Raimundę. Była tak samo silna. Nie wiem, jak dawała sobie radę z prowadzeniem domu i wychowywaniem trójki dzieci, pracując od rana do nocy, by zapewnić nam jakikolwiek poziom życia. I dobrze nas wykształcić. Od czwartego roku życia Penelope uczestniczyła w zajęciach baletu, trafiła na kursy tańca jazzowego, była nawet na stypendium w Nowym Jorku. – Taniec to szkoła charakteru – powiedziała wiele lat później. – Godzinami stoisz na puentach, krwawisz, ale cały czas uśmiechasz się i udajesz, że jesteś w siódmym niebie. W jej życiu wszystko odbywało się w przyspieszonym tempie. Miała 15 lat, gdy pokonała 300 konkurentek i dostała się do agencji modelek. Rok później zyskała popularność, prowadząc dziecięce programy w Tele 5, zaczęła też występować w wideoklipach. Łączyła niewinność dziecka i seksualność dojrzewającej dziewczyny, dlatego stała się łakomym kąskiem dla kina. Zadebiutowała na ekranie w 1991 roku, w „Greckim labiryncie” Rafaela Alcazara, gdzie pokazała się – jak pisano – „w najbardziej skąpych szortach świata”. Potem wystąpiła w ponad 20 hiszpańskich filmach, m.in. Bigasa Luny, Fernanda Trueby, Fernanda Colomo. „Belle Epoque” Trueby, który wszedł na ekrany w 1992 roku, dostał dziewięć nominacji do nagród Goi i Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Penelope w kostiumach z lat 30. kusiła swoimi wdziękami młodego dezertera, który zatrzymał się w domu jej ojca. W tym samym czasie odbyła się premiera „Jamon, jamon” Bigasa Luny. Cruz zagrała córkę prostytutki. To ją właśnie bohater porównywał do tytułowej – soczystej i smakowitej – szyneczki. Luna wykorzystał apetyczność młodej dziewczyny, jako pierwszy zauważył, że każdym spojrzeniem i gestem hipnotyzuje ona mężczyzn. Niespełna osiemnastoletnia aktorka stała się obiektem pożądania. Nie wytrzymała napięcia i atmosfery symbolu seksu, jaka zaczęła jej towarzyszyć. Przeżyła pierwsze załamanie nerwowe. Ale dała sobie radę. Jej spontaniczność, energia i niewątpliwy magnetyzm sprawiły, że zaczęła się pojawiać nie tylko w filmach hiszpańskich, lecz również włoskich, szwedzkich, duńskich. Dostawała role coraz bardziej ambitne, także w obrazach politycznych. Przede wszystkim jednak spotkała się na planie z Pedro Almodovarem. W 1997 roku w jego „Drżącym ciele” zagrała niewielką rólkę: w retrospekcjach wcieliła się w matkę głównego bohatera, prostytutkę rodzącą dziecko. A światowy rozgłos przyniosła jej rola w „Wszystko o mojej matce” Almodóvara. W tym niezwykłym, pełnym tolerancji obrazie, zagrała młodą zakonnicę, dziewczynę z mieszczańskiego domu, która pomaga ludziom zagubionym. Sama też przeżywa własną tragedię. Jest w ciąży, a choruje na AIDS. To była rola drugoplanowa, ale wyrazista i przekonująca. Cruz dojrzała, nie tracąc swojej przyciągającej magii, zaczęła grać subtelnie i finezyjnie. Film dostał Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, a Ameryka zwróciła uwagę na hiszpańską piękność. [srodtytul]Amerykańska gwiazdka[/srodtytul] Jednak legenda legendą, a biznes biznesem. Szefom wielkich studiów Hollywoodu nie zależało specjalnie na eterycznej, ciemnowłosej Hiszpance. Cruz miała zresztą za sobą pierwsze nieudane podejście do amerykańskiej kariery. W 1995 roku wzięła udział w castingu do filmu „Spacer w chmurach”. – Znała wtedy po angielsku trzy słowa na krzyż – opowiadał jej agent Joel Brandt. – Ledwo rozumiała, co do niej mówiono. Rolę u boku Keanu Reevesa dostała Aitana Sanchez-Gijon, ale Penelope wyciągnęła wnioski z porażki i zaczęła uczyć się angielskiego. Trzy lata później wystąpiła w „Krainie Hi-Lo” Anglika Stephena Frearsa. Hollywood nadal jednak nie widział w niej gwiazdy. Owszem, udało jej się zagrać w „Kobiecie na topie”, ale o oczekiwaniach twórców świadczył plakat, na którym Penelope Cruz widniała naga w papryczkach chili. Kolejną rolę – w „Rączych koniach” – zawdzięczała tylko Billy’emu Bobowi Thorntonowi, który film reżyserował. Uwierzył w nią i uparł się. Producenci szukali amerykańskiej aktorki. – Kilka razy zapowiadałem, że jeśli nie zatrudnią Cruz, ja się wycofuję – opowiadał Thornton. – Posłałem im dziesiątki nagrań z castingów, z listem: „Obejrzyjcie te dziewczyny i pokażcie mi jedną lepszą od Penelope”. Oddzwonili: „O.K.”. Pewnie nie chciało im się przeglądać taśm... Zagrała u Thorntona, potem wystąpiła w kolejnych przebojach: „Blow” Teda Demme’a, „Kapitanie Corellim” Johna Maddena, „Vanilla Sky” Camerona Crowe’a (w tym filmie, będącym amerykańskim remakiem „Otwórz oczy” zagrała tę samą rolę co u Alejandro Amenabara), „Głowie w chmurach” Johna Duigana, „Saharze” Brecka Eisnera. Interes się kręcił, ale Ameryka oczekiwała jedynie, by pięknie wyglądała, była sexy i pełna temperamentu. To wystarczało. Cruz nie schodziła też z czołówek plotkarskich gazet. Nazywano ją pożeraczką męskich serc, przypisywano romanse ze wszystkimi partnerami filmowymi. Zaczęło się od Matta Damona z „Rączych koni”. Oboje zapewniali, że jedynie przyjaźnią się, ale nikt im nie wierzył. Zwłaszcza że po wspólnym filmie rozpadł się związek Damona z Winoną Ryder. Potem był Nicolas Cage, jej partner z „Kapitana Corellego”. Mówiła: „Jest fantastycznym aktorem, bardzo dużo się przy nim nauczyłam”, ale paparazzi fotografowali ich na wspólnych kolacjach, a plotkarze donosili, że Cage rozchodzi się z żoną – Patricią Arquette. Znów przypadek? Podobnie jak związek z Tomem Cruisem, z którym spotkała się na planie „Vanilla Sky”. Rola w tym filmie skończyła się dla Cruise’a rozwodem z Nicole Kidman. Para Cruz – Cruise długo dementowała plotki o romansie. Ale gdy tylko aktor uzyskał rozwód, Penelope wprowadziła się do jego nowego domu w Hollywood. Przestali ukrywać uczucia, wyznaczyli nawet datę ślubu. Piękna Hiszpanka w ostatniej chwili zdezerterowała. Grała już w filmie „Sahara” u boku wysportowanego Matthew McConaugheya. Tym razem para nie próbowała stwarzać żadnych pozorów. A amerykańskie aktorki nie zgadzały się, by ich mężowie przyjmowali role u boku ognistej Hiszpanki. [srodtytul]Powrót aktorki[/srodtytul] Cruz stała się gwiazdą. Wszędzie, gdzie się pojawiała, błyskały flesze. Ale jako aktorka się kończyła. W sukurs przyszła Europa. Przede wszystkim sprawdzony przyjaciel Pedro Almodóvar, który obsadził ją w „Volver”. – Podobnej roli nie znalazłabym ani w Hollywood, ani w żadnym innym miejscu – mówiła Cruz. – Bo Pedro Almodóvar jest jeden. Tylko on potrafi malować takie postacie kobiet. Stworzyła w „Volver” niezwykłą kreację. Rozmaite panienki z „Vanilla Sky”, „Kapitana Corellego” czy „Fanfana Tulipana” bladły przy Raimundzie – kobiecie jednocześnie silnej i bardzo kruchej, opiekuńczej i potrzebującej opieki. Dzięki Almodóvarowi znów stała się wielką aktorką. Gdy wystylizowana na młodą Sophię Loren szła przez małe hiszpańskie miasteczko, widzom przechodziły ciarki po plecach. W Ameryce kolejną szansę dała jej Hiszpanka Isabel Coixet. W nakręconej na podstawie powieści Philipa Rotha „Elegii” Cruz zagrała studentkę zakochaną w starszym profesorze. Młodą kobietę, która nie chce prześlizgnąć się przez życie i nie boi się przyznać do miłości. A potem musi jeszcze pogodzić się z własną, ciężką chorobą. Jej kreacja u Woody’ego Allena znów okazała się brawurowa. Penelope Cruz gra pełną temperamentu Hiszpankę, wyzwoloną kobietę, w której tyle samo jest siły co kruchości. – Sama taka jestem – mówi. – Jak trzeba, mogę przenosić góry. Ale bardzo łatwo mnie złamać. A więc skandalizująca gwiazda czy wspaniała aktorka? Rozpustna pożeraczka serc czy zagubiona w wielkim świecie córka fryzjerki z Alcobendas? – Ona jest strasznie naiwna – mówił Ted Demme. – Kiedyś powiedziała mi: „Ale wczoraj zaszalałam!”. Od razu wiedziałem, co zrobiła: wypaliła paczkę papierosów, wypiła jedno piwo i poszła do kina na nocny seans. Dla niej to szaleństwo. Penelope jest w gruncie rzeczy grzeczną dziewczynką z Hiszpanii, która chodziła do katolickiej szkoły. Jej przyjaciółką jest hollywoodzka Latynoska Salma Hayek. – Penelope zostawia mi na sekretarce zabawne wiadomości, które nagrywa najdziwniejszymi głosami – opowiada meksykańska piękność. – Gdy wychodzimy razem, wkładamy identyczne sukienki albo udajemy ten sam nerwowy tik. I zawsze dzwonimy do siebie, gdy w naszym życiu zdarza się jakiś dramat. Teraz może będzie ich mniej. Hayek niedawno wyszła za mąż, ma małą córeczkę. Cruz związana jest z hiszpańskim aktorem, swoim przyjacielem „od zawsze” – Javierem Bardemem. Już po „Vicky...” zagrała w nowym obrazie Roba Marshalla „Nine” i w następnym filmie Almodóvara „Przerwane objęcia”. Od lat oddaje się działalności charytatywnej. Nie chce o tym mówić, bo uważa, że nie po to człowiek pomaga innym, by się chwalić. Ma apartament w Los Angeles, ale coraz częściej wraca do Hiszpanii. – Tam mam rodzinę i wspomnienia – wyznała w jednym z wywiadów. – Kocham hiszpańską sztukę, rozumiem tradycję, mentalność. Można zwiedzać świat, ale trzeba mieć dokąd wracać. I trzeba mieć do kogo wracać. Coraz częściej mówi się, że Cruz i Bardem pobiorą się. – Ludzie uważają, że artysta powinien być nieszczęśliwy. Ale wierzę, że zawirowania mam już za sobą. Chyba wolę być trochę gorszą aktorką z poukładanym życiem niż wielką artystką, która stale sięga do torebki po fiolkę ze środkami uspokajającymi.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL