fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Atak na ambasadę USA w Sajgonie – klęska przekuta w zwycięstwo

Żołnierze armii południowowietnamskiej podczas walk w Sajgonie, luty 1968 r.
Archiwum „Mówią wieki”
Zapewne na skutek złej koordynacji pierwsza faza ofensywy rozpoczęła się dzień przed terminem – 30 stycznia. Szturmy na miasta na obszarach I i II Korpusu dość łatwo odparto.
Choć komunikaty mówiły o „poważnej sytuacji”, w Sajgonie nie ogłoszono godziny policyjnej, a większość członków rządu Republiki Wietnamu przebywała poza miastem. Wydawało się, że komunistów nie stać już na większy wysiłek. Gdy 31 stycznia zaatakowali oni 36 z 44 stolic prowincji, pięć z sześciu dużych miast, 64 stolice okręgów oraz liczne obiekty militarne, skala i zasięg ofensywy zaskoczyły alianckich dowódców.
Siły Wietnamskiej Armii Ludowej i Vietcongu, które wzięły udział w tej operacji, oblicza się na 80 tys. żołnierzy. Na czele, korzystając z osłony ostrzału rakietowego i moździerzowego, podążały oddziały saperów, łącząc się w miastach z jednostkami, które przeniknęły tam wcześniej. Potem przybywały oddziały wsparcia, podczas gdy inne czekały w zasadzce na spodziewane alianckie posiłki. Oficerowie polityczni zachęcali ludność, by przyłączyła się do rzekomego powstania i przeczesywała ulice w poszukiwaniu „wrogów ludu”. Spośród 35 batalionów atakujących sześć głównych celów w rejonie Sajgonu 11 (ponad 4000 ludzi) szturmowało centrum miasta bronionego przez 10 batalionów armii południowowietnamskiej i 17 tys. policjantów. Na szpicy podążał elitarny batalion saperów C-10 (250 kobiet i mężczyzn), którego celem była m.in. ambasada USA. O godz. 2.45. 19-osobowy oddział wysadził dziurę w murze otaczającym teren ambasady. Ochrona budynku została całkowicie zaskoczona. Żołnierz strzegący wejścia zatrzasnął ciężkie, tekowe drzwi, ale po chwili został ranny po wybuchu pocisku z granatnika. Jego kolega ukryty na dachu próbował ostrzeliwać napastników, lecz zacięła mu się broń.
Mimo to Amerykanom sprzyjało szczęście, gdyż dowodzący atakiem dwaj oficerowie Vietcongu pierwsi wtargnęli na dziedziniec i zaraz zostali zabici. Pozbawieni dowódców saperzy, choć dysponowali dużą ilością materiału wybuchowego C-4, nie wdarli się do środka. Ostrzelali fasadę kancelarii z granatników, po czym zalegli pośród betonowych klombów, strzelając do przybywającej odsieczy. Po sześciu godzinach walki wszyscy zostali zabici lub ranni. Mimo to ich ofiara nie poszła na marne. O godz. 9.20. w ambasadzie pojawił się gen. Westmoreland i podczas zorganizowanej naprędce konferencji prasowej oświadczył, że sytuacja została opanowana. Jednak przerażeni dziennikarze przyjęli te słowa sceptycznie, gdyż z dziedzińca na ich oczach wynoszono zakrwawione zwłoki komunistów, a z oddali cały czas słychać było eksplozje i serie broni maszynowej. Do tego niektórzy żandarmi z 716. batalionu, będący pierwszy raz w boju, mylnie informowali ich, że Vietcong wtargnął do ambasady. W świat poszły dramatyczne korespondencje, iż zaatakowano i rzekomo zajęto symbol amerykańskiej obecności w Wietnamie. Donosiły o tym wielkimi literami nagłówki wpływowych porannych gazet Wschodniego Wybrzeża, a także serwisy i programy informacyjne stacji telewizyjnych i radiowych. Wydawało się, że zaprzeczenia Westmorelanda były kłamstwem. Ten mały, odważny, ale źle zaplanowany i wykonany rajd na cel o znikomej wartości militarnej miał wywołać wrażenie przede wszystkim na Wietnamczykach z Południa. Ale jego wpływ na amerykańską opinię publiczną uczynił go paradoksalnie jedną z ważniejszych akcji tej wojny. Komunistyczne dowództwo, choć początkowo uważało ją za porażkę, na wieść o reakcji amerykańskich mediów nagłośniło atak na ambasadę propagandowo.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA