fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Porcja łatwego jazzu

Fotorzepa, dp Dominik Pisarek
Woody Allen pokazał na warszawskim koncercie w Sali Kongresowej, że jak się chce, to wszystko można. Dlatego bez kompleksów zagrał nowoorleańskie standardy
Występ Woody’ego Allena i New Orleans Jazz Band reklamowany był jako ekstrawydarzenie. Ale fotoreporterów czekających wczoraj przy wejściu dla VIP do Sali Kongresowej czekał zawód. Tych, na których zdjęcia czekają kroniki towarzyskie kolorowych magazynów, przyszło niewielu. A weterani polskiego jazzu czy zasłużeni filmowcy wchodzili niezauważeni. Nawet oscarowy laureat Allan Starski nie wzbudził zainteresowania.
To był wieczór dla fanów kina, bo to ich głównie ściągnęła na koncert magia filmów Allena. A on, gdy pojawił się na estradzie w koszuli i powypychanych spodniach, wyglądał jakby właśnie zszedł z planu zdjęciowego. I wziąwszy klarnet do ręki, postanowił się zrelaksować.
Fanów wielkiego jazzu ten koncert nie zadowolił. Stary dixieland nie jest dzisiaj w modzie, w Polsce ma swój festiwal Złotą Tarkę, rozbrzmiewa czasami w klubach, choć i tam dominują bardziej nowoczesne rodzaje improwizowanej muzyki.
– Posłuchajcie tego, co grywało się i grywa na ulicach Nowego Orleanu, na weselach czy pogrzebach – powiedział Allen do warszawskiej publiczności. I to nam serwował przez ponad półtorej godziny.
Tradycyjny dixieland to właściwie muzyka samouków i zapaleńców. Allen też nie udaje, że jest wirtuozem, stara się nie wyróżniać spośród kolegów z zespołu. Daje jednak to, co dla jazzu tradycyjnego najważniejsze – zapał i serce.
Każdy numer zagrany był według tego samego schematu. Po prezentacji tematu następował ciąg solowych improwizacji – coraz bardziej zróżnicowanych melodycznie, ale zawsze bazujących na prostych harmoniach, by żaden z muzyków się nie pogubił. Przede wszystkim Woody Allen, którego klarnet w zbyt długich frazach wyraźnie dostawał zadyszki.
Publiczność przyjmowała to początkowo z entuzjazmem, potem atmosfera na sali opadła. Goręcej się zrobiło, gdy zabrzmiał „Basin’ Street Blues”, którego temat zaśpiewał szef zespołu, grający na banjo Eddy Davis. Ale też w tym numerze solówki otrzymali inni członkowie grupy, Woody Allen dołączył do nich na końcu. Od tego momentu muzyka nabrała żywszego tempa.
Entuzjastyczne brawa na koniec należały się zarówno Allenowi, jak i pozostałym muzykom. Ci zaś, przekonawszy się o życzliwości widowni, dali popis w zagranych żywiołowo na bis dwóch hitach – „Saint Louis Blues” i „Sweet Georgia Brown”. A potem dodali dixielandową przeróbkę niemieckiej kolędy „O Tannenbaum” przygotowanej zapewne dla innej publiczności podczas obecnej trasy koncertowej po Europie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA