fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Dziecko jako argument przeciwko czerwonemu

Dobromierz nieświadomy indoktrynacji, jakiej poddawany był każdy obywatel socjalistycznej Polski
Zofia Kulik
W łódzkiej Galerii Atlas Sztuki Zofia Kulik po raz pierwszy pokazuje prace sprzed ponad 30 lat
Tak mocno antysocjalistycznej wystawy dawno nie widziałam. To oskarżenie poprzedniego systemu o indoktrynację obywateli od kołyski. Fałsz ideowy zobrazowany poprzez układy symbolicznych przedmiotów i… niemowlaka.
Nosi dziwne imię Dobromierz. Syn artystycznej pary, Zofii Kulik i Przemysława Kwieka, urodził się jesienią 1972 roku. Jak łatwo policzyć, zbliża się do czterdziestki. Nie kontynuuje rodzinnych tradycji – mieszka w Anglii, ma wykształcenie ścisłe. Dotychczas nie był świadomy, że zaistniał w polskiej historii sztuki.
Tandem KwieKulik działał przez 16 lat, od studiów na warszawskiej ASP. Ostatnio coraz częściej upubliczniane są zapisy ich wspólnych akcji, interwencji i artystycznych wystąpień. Duet rozsypał się (w sensie artystycznym i partnerskim) w 1987 roku. Od tej pory każdy z twórców podąża we własnym kierunku, choć wciąż mieszkają w najbliższym sąsiedztwie. Właściwie do szczerej rozmowy doszło między nimi dopiero przy okazji atlasowego przedsięwzięcia.
Zofia Kulik (ur. 1947), jedna z największych indywidualności naszej sztuki, stała się międzynarodową gwiazdą po weneckim Biennale Sztuki w 1997, kiedy reprezentowała Polskę. Podziwiam ją nie tylko za znakomite, wieloznaczne realizacje – także za charakter. To stachanowiec sztuki. Ignoruje mirry i kadzidła sukcesu, nie dba o bytowe standardy. Pracuje niemal w takich samych warunkach jak za studenckich czasów, kiedy na świat przyszedł Dobromierz.
Z tamtego okresu pochodzi cykl slajdów z malcem w roli głównej. Projekcja trwa ponad pół godziny. Na ekranach – podwarszawski dom pary KwieKulik. Spartańsko urządzone, ciasne pomieszczenia. Rozwalona kanapa obok odrapanej kuchenki, przypadkowo zestawione graty, obskurna łazienka. W tej scenerii pojawia się żywa rzeźba: mały śliczny chłopczyk. Cud nowo narodzonego życia. Otaczają go ubogie, niedziecięce przedmioty – cynowe wiadra, kartonowe pudła, tandetna zastawa stołowa. I cebula, ułożona w krąg dokoła naguska, jakby podczas sekretnej ceremonii. Oraz symbol ustroju – czerwień w ceglanym, ideowo słusznym odcieniu.
Seria z Dobromierzem dopiero teraz ma publiczną premierę. Nie dziwię się – niektóre sceny są drastyczne, choć na pozór niewinne. Duet KwieKulik reagował na polityczne zniewolenie jak wówczas mało kto dobitnie. Ich bolesny sarkazm czasem zdawał się skierowany przeciwko nim samym – przeciwko łączącym ich emocjom, więzom rodzinnym. Oto błękitnooki cherubinek siedzi w pudle, w wiadrze, w sedesie (!). Zapusz-kowany w sensie dosłownym. Wspina się na maszynę do pisania (stary, pokaźnych rozmiarów model) lub jest tym sprzętem przygwożdżony – co rozumiem jako metaforę propagandy. Tapla się w wannie z kłębami czerwonej materii, czołga pod zwałami czerwonej tkaniny, macha rączkami owiniętymi czerwonymi szmatkami. Albo leży wystrojony w granatowe spodenki, białą koszulę i czerwony krawat. Miniatura komsomolca.
Co w tym poruszającego? Niewinność malca. Gęba roześmiana, rączki i nóżki beztrosko rozrzucone. Dobromierz się bawi. A przecież jest gwałcony, urabiany, korumpowany… Tego nie robi się dziecku.
[i]Wystawa czynna do 11 stycznia 2009 r.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA