Świat

Widzę pozytywne zmiany, ale są one drobne

Aleksander Milinkiewicz, jeden z przywódców białoruskiej opozycji.
Rzeczpospolita, Jak Jakub Ostałowski
Rz: Ta kampania wyborcza wydawała się jeszcze mniej widoczna i cichsza niż poprzednie. Dlaczego?
Aleksander Milinkiewicz: Taka jest polityka władz. Debata kandydatów byłaby znacznie ciekawsza niż pięciominutowe, telewizyjne wystąpienia „gadających głów”, ale władze na to nie zezwoliły. Plakaty wyborcze można było wywieszać tylko w nielicznych, wyznaczonych miejscach, a gdzie indziej – za zgodą władz. W państwowych gazetach nie było żadnej, politycznej dyskusji. To też decyzja „góry”. Ale jest jeszcze inny problem. Zjeździłem cały kraj, uczestniczyłem wspólnie z kandydatami w spotkaniach przedwyborczych. I słyszałem, jak ludzie mówią, że wybory nic nie zmienią, bo i tak parlament nic nie może. Najważniejsze decyzje podejmuje przecież jeden człowiek...
Czy sądzi pan, że jacyś przedstawiciele opozycji znajdą się w parlamencie? Ponieważ przedstawiciele opozycji praktycznie są nieobecni w lokalnych komisjach wyborczych, więc trudno uwierzyć, że głosy będą liczone uczciwie. Najprawdopodobniej deputowani zostaną po prostu wyznaczeni i trudno wykluczyć, że znajdą się wśród nich opozycjoniści. Jeśli tak będzie, to ze względu na obserwatorów z UE. Władzom bardzo zależy na przywróceniu współpracy z Unią. Chodzi o stworzenie pozorów demokracji. Ale jeśli ktokolwiek z opozycji deputowanym zostanie, będzie to krok naprzód. Ludzie ci uzyskają inny status, będą mogli kontrolować poczynania administracji, organizować legalne spotkania. A więc robić to wszystko, czego my nie możemy. Czy wśród kandydatów obozu władzy są jacyś nowi ludzie, czy ciągle ci sami? Przed poprzednimi wyborami prezydent Aleksander Łukaszenko mówił, że w parlamencie ma się znaleźć 30 proc. kobiet. I tak się też stało. Teraz powiedział, że trzeba „odnowić” parlament. Wielu kandydatów jest więc nowych, ale nie są to reformatorzy, a po prostu nowe twarze. Są liczni emeryci, przedtem pracujący we władzy wykonawczej. Łukaszenko chce zmian, ale nie zamierza utracić nad parlamentem kontroli. Czy Zachód uzna te wybory? Dla przyszłości Białorusi jest bardzo ważne, by OBWE szczerze i obiektywnie oceniło przebieg wyborów. Chodzi o to, by nie dawano pozytywnych ocen „na wyrost”, ale by zauważono pozytywne zmiany, by była szansa na współpracę Białorusi z UE. Ja te pozytywne zmiany widzę, choć są one drobne. Mogliśmy na przykład bez przeszkód organizować pikiety, pozwalano nam organizować zebrania przed- wyborcze w odpowiednich lokalach. Podczas wyborów prezydenckich spotykałem się z ludźmi głównie na ulicy, a w okręgowych komisjach zasiadło 30 przedstawicieli opozycji. Ale w komisjach lokalnych głosy liczą wciąż ci sami ludzie, podporządkowani władzom. Izba Reprezentantów liczy 110 deputowanych, którzy wybierani są w jednomandatowych okręgach. Na około 270 kandydatów około 70 to przedstawiciele opozycji, głównie ze Zjednoczonych Sił Demokratycznych (m.in. ruch „O wolność” Aleksandra Milinkiewicza). Parlament pod obecną nazwą powstał po zorganizowanym przez Łukaszenkę referendum w 1996 r. Gdy prezydent rozpędził Radę Najwyższą, dotychczasowi deputowani – jego zwolennicy – trafili do obu izb nowo utworzonej legislatury. Opozycja nie uznała tych działań, podobnie jak Zachód. W wyborach 2000 r. do Izby Reprezentantów trafiło kilku polityków umiarkowanej opozycji, którzy utworzyli siedmioosobową grupę Republika. Po wyborach 2004 r. w parlamencie znaleźli się już sami zwolennicy Łukaszenki.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL