Opinie

Misja mediów publicznych

Sensem istnienia mediów publicznych jest propagowanie wartości: etycznych, artystycznych, intelektualnych wśród najszerszej widowni. Przecież tylko po to takie media istnieją – pisze Maciej Pawlicki, producent telewizyjny i publicysta
Szamotanina o to, kto będzie dzierżył ster mediów publicznych, przybiera na sile, koalicja rządząca szarpie coraz żwawiej. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że kierujemy autobus wprost na ścianę.
Druga wersja ustawy medialnej rządzącej koalicji jest jeszcze bardziej zadziwiająca niż pierwsza. Bo tamta urzekająco otwarcie przyznawała, że TVP i Polskie Radio mają podlegać premierowi i to były główne „niezbędne reformy”. Tym razem mamy konstrukcję rozbudowaną i wprowadzającą potrójny nelson rządowego trzymania na media: 1. Przez bezpośrednie finansowanie poszczególnych programów (z możliwością wycofania programu, jeśli „nie spełni oczekiwań”); 2. Przez odnawianie licencji co dwa lata; 3. Przez programowy nadzór Krajowej Rady. Kto choć trochę rozumie medialne mechanizmy, ten wie, że oba pierwsze punkty w takim kształcie, czyli oba nowe pomysły, oznaczają likwidację programów, które nie podobają się władzy. Żaden szef medialnej instytucji nie narazi jej na niebezpieczeństwo nieprzedłużenia licencji programowej przyznawanej (lub nieprzyznawanej) w tak krótkim cyklu. Żaden producent nie podejmie ryzyka wyprodukowania programu, który może się nie spodobać oceniającej centrali, gdy możliwe będzie „wycofanie” finansowania. Bo obie decyzje oznaczać mogą finansową katastrofę i likwidację firmy, która „zawiodła zaufanie” oceniających. Dzieląc programy w mediach publicznych na misyjne i niemisyjne, stwierdzamy, że część audycji może być głupia, tandetna i plugawa Kto będzie oceniał? Mówi się o zarządzających funduszem powierniczym finansistach. Finansiści będą oglądać i oceniać programy? Może niektóre, ale pewnie wynajmą do tego redaktorów i ekspertów, zbudują nowe struktury programowe. Czymże więc różni się to od dotychczasowych mechanizmów? Czy lojalność tych oceniających gremiów będzie – jak jest dziś, przynajmniej teoretycznie – przy publicznym nadawcy, czy też przy instytucji podlegającej rządowi? Nie rozwijam dalej tego wątku, zrobią to zapewne inni – przedstawiciele mediów, producenci, politycy opozycji. Ja powiem o problemie moim zdaniem poważniejszym. O problemie, który dotyczy chyba wszystkich stron politycznej sceny zajętych szamotaniną o trzymanie steru publicznych mediów. Oto nowy projekt zbudowany jest wokół niestety pokutującego, a tu wręcz kluczowego pojęcia programów misyjnych. I ten fakt nie budzi polemiki przedstawicieli mediów ani opozycji, co więcej – wielu z nich mówi tym samym językiem, zgodnie dzieląc to, co powstaje w mediach publicznych, na programy misyjne i niemisyjne. Uczestnicy dyskusji z powagą pytają, „ile misji w telewizji publicznej? ” To tak jak byśmy poważnie dyskutowali, ile czystych skalpeli dla chirurgów? 50 proc.? Może nawet więcej? Czy naprawdę tak niewielu rozumie, że to groźny absurd? Że takie rozróżnienie zagraża już nie tylko mediom publicznym, już nie tylko polskiej kulturze, ale wręcz narodowemu interesowi? Że grozi finansowaniem przez państwo polskie zidiocenia Polaków? Przecież sensem istnienia mediów publicznych jest propagowanie wartości – etycznych, artystycznych, intelektualnych — wśród najszerszej widowni. Przecież tylko po to istnieją. Tymczasem przerąbując rzeźnickim tasakiem produkowane przez media publiczne programy na misyjne i niemisyjne, stwierdzamy, że część produkowanych przez nie programów może być głupia, tandetna i plugawa. Że może być z misją mediów publicznych sprzeczna. Jeśli tylko zyska poklask widowni, uznana zostanie za sukces i będzie kontynuowana. Z takiej aksjologii wysnuć można sens wprowadzenia podziału na sądy sprawiedliwe i komercyjne, szpitalom pozwolić na wystawianie na licytacje organów do przeszczepu, a policji na komercyjne rozprowadzanie narkotyków. Jednocześnie tym cięciem tasaka z programów wartościowych – pod względem artystycznym, etycznym, intelektualnym – zdejmujemy wymóg troski o szukanie form dotarcia do szerokiej widowni. Spychamy je do getta hobbystów i ogradzamy to getto wysokim murem. Programy niemisyjne będą więc coraz głupsze, a programy misyjne coraz nudniejsze. Niech elita trzyma się z dala od ludożerki, niech ludożerka trzyma się z dala od elity. Tymczasem jeśli mediom publicznym zdarza się brać udział w gonitwie, kto szybciej obniży poziom, to należy ich szefom tłumaczyć, że to błąd, że nie tego się od nich oczekuje. Zaś forsowanie podziału, o którym mowa, wręcz pcha media publiczne do produkowania „szołów”, których głównym przekazem będzie porykiwanie „Łał! Zaje...!”, czego już doświadczyliśmy. Wedle starej, genialnie prostej zasady BBC – „to, co dobre, ma być popularne, a to, co popularne, ma być dobre”. Absolutnie wszystkie programy mediów publicznych są misyjne – czy są informacją, publicystyką, edukacją czy walczącą o jak największa widownię rozrywką. Tak jak policja nie może handlować narkotykami, a szpitale wystawiać na licytację organów swych pacjentów, tak media publiczne nie mogą zaprzeczać same sobie. Nie warto opierać reformy mediów publicznych na wyznaczaniu im działań ich godnych i działań ich niegodnych. W dłuższej perspektywie prowadzi do dewastacji narodowej kultury. Wierzę, że minister kultury dostrzeże to w porę. Autor jest publicystą i producentem telewizyjnym, współautorem programu „Warto rozmawiać”. Był redaktorem naczelnym miesięcznika „Film”, dyrektorem Programu Pierwszego TVP oraz wiceprezesem Telewizji Puls
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL