Publicystyka

Realizm po amerykańsku

Rzadkie chwile pojednania: 11 września
AFP
Im bliżej wyborów prezydenckich w USA, tym więcej widać podobieństw między kandydatami. Obie strony tonem i myśleniem do złudzenia przypominają stary dobry amerykański realizm – pisze Tomasz Wróblewski
Inaczej wyobrażaliśmy sobie ten postzimnowojenny świat. Ziemia, która przez chwilę wydawała nam się płaska (Thomas L. Friedman „Ziemia jest płaska”), znowu jest kanciasta. Pocięta nowymi barierami celnymi, paktami, ostrzeżeniami, nadzwyczajnymi konferencjami i strefami buforowymi.
Znowu uczymy się wymawiać nazwiska obcych dyplomatów. I nerwowo czekamy na wybory w Ameryce. Dwóch skrajnie różnych kandydatów. Dwa systemy wartości. A z nimi sprzeczne oczekiwania świata. Mocarstwo konfrontacji kontra imperium miłości.
Polacy przewidywalnie rozdzielają swoje sympatie. Kontestująca lewica kibicuje politycznie poprawnemu obozowi Baracka Obamy. Konserwatywna większość Polaków – zaprzysięgłemu antykomuniście Johnowi McCainowi. Trochę z przekonań, trochę z wdzięczności za Reagana. Ale też coraz bardziej ze strachu, że zbyt ugodowy prezydent Obama nie jest dobrym kandydatem na czasy „nowego rosyjskiego patriotyzmu” – jak eufemicznie Dmitrij Miedwiediew mówi o imperialnych ambicjach swojego kraju. Słuchając wystąpień McCaina i Obamy, można odnieść wrażenie, że Amerykanie 4 listopada 2008 będą wybierać między III wojną światową a nową Jałtą. Zgrabnie wyłuskane cytaty potęgują wrażenie grozy. Na pytanie telewizji ABC, czy Ameryka mogłaby zaatakować Rosję, gdyby doszło do inwazji na Gruzję czy Ukrainę, kandydatka na wiceprezydenta Sarah Palin odpowiedziała: „pewnie tak”. W mediach zawrzało. Lewicowy „Boston Globe” apelował o ratowanie świata przed Palin. Reżyser komediowy Woody Allen w wywiadzie dla telewizji TVN powiedział wręcz, że wybór między republikanami a demokratami to „wybór między życiem i śmiercią”. Mało kto jednak zwrócił uwagę na wcześniejsze pytanie do Palin, czy te dwa kraje powinny znaleźć się w NATO i otrzymać gwarancje bezpieczeństwa takie jak inni członkowie paktu północnoatlantyckiego. A szkoda – bo akurat w tej kwestii obie strony mają podobne zdanie. Zarówno Sarah Palin, jak i demokratyczny kandydat na wiceprezydenta Joseph Biden podkreślają konieczność poszerzenia NATO i odbudowy sił zbrojnych Gruzji. Podobnie jest w wypadku Iranu – nie tylko Palin, ale także obaj kandydaci na prezydenta dopuszczają możliwość użycia sił zbrojnych, gdyby zagrożeni byli sojusznicy USA: inne państwa NATO czy Izrael. Im bliżej wyborów, tym więcej znajdujemy podobieństw między kandydatami. Obie strony tonem i myśleniem do złudzenia przypominają stary dobry amerykański realizm z początków zimnej wojny Trumana – Achesona i ten z lat 70. Nixona – Kissingera. Tak jak McCain dystansuje się od polityki chaotycznego interwencjonizmu Busha, tak Obama boi się porównań z globalistyczną strategią Clintona. Nie chce, żeby hasła demokratów o wewnętrznej odnowie Ameryki zostały odczytane jako powrót do polityki uników i uciekania od odpowiedzialności za świat. Do retoryki globalizacji, która w czasach sekretarz stanu Madeleine Albright miała być panaceum na wszystkie problemy. A stała się pożywką al Kaidy i zahamowała demokratyzację Białorusi, Ukrainy i azjatyckich resztek po ZSRR. Biały Dom Busha z kolei zaufał potędze swoich rakiet. Cudownej broni, która miała trafiać złych, a dobrym otwierać przestrzeń do budowania demokracji od Bagdadu po Kabul. Świat od samych rakiet nie stał się lepszy. Przeciwnie, rakiety podzieliły Zachód na dwa wrogie obozy. Stworzyły Rosji wspaniałe pole do rozgrywania Europy przeciw Ameryce.Nie ma także już dziś mowy o redukowaniu armii. Obydwaj kandydaci chcą opierać swoją dyplomację na największych siłach zbrojnych na świecie. Zapowiadają wzmocnienia kontyngentu w Afganistanie. Obaj chcą zablokowania dostępu Iranu do broni jądrowej – wszystkimi możliwymi środkami, w tym wzmacnianiem sankcji i groźbą interwencji zbrojnej. Różni ich styl uprawiania polityki. Obama mówi o konieczności dialogu. Z każdym. Z fundamentalistami w Iraku, przywódcami Kuby, Wenezueli i z prezydentem Iranu Mahmudem Ahmadineżadem. Zaatakowany przez McCaina, oskarżany o dezercję ucieka się do zaskakujących autorytetów. Do republikańskich rządów Richarda Nixona i Henry’ego Kissingera, którzy w „imię politycznego realizmu potrafili podjąć nawet rozmowy z Mao Tse-tungiem”. McCain z kolei mówi o swojej polityce jak o najprawdziwszym realizmie i dialogu, ale tylko w zamian za ustępstwa. Przypomina epokę wielkiego demokraty Harry’ego Trumana i stanowczą postawę Ameryki w początkach zimnej wojny. Realizm polityczny powraca niemal w każdej debacie. Prezydent Truman, pilny student byłego radcy ambasady w Moskwie George’a Kennana, pierwszy uwierzył w agresywną naturę ZSRR i plany ekspansji komunizmu. Doktryna powstrzymywania oparta została z jednej strony na potężnej, odstraszającej sile zbrojnej USA i sojuszników otaczających ZSRR (Europa, Turcja, Japonia). Z drugiej – na światowych instytucjach – NATO, Banku Światowym, Funduszu Walutowym – cementujących wolny świat. Drugi złoty okres amerykańskiej polityki zagranicznej tak chętnie przywoływany przez Obamę i McCaina to rządy Nixona – Kissingera. Wbrew literaturze pacyfistycznej i filmach o straconym pokoleniu wojny w Wietnamie, ani pokolenie nie było stracone, ani Ameryka z wojny nie wyszła osłabiona. „Wietnam został stracony, ale gigant się ruszył” – jak napisał Robert Kagan w „Foreign Affairs”. Ameryka pokazała, że gotowa jest bronić swoich wpływów. Aż do lat 80. i interwencji w Afganistanie Rosja nie próbowała dalszej zbrojnej ekspansji komunizmu na taką skalę. Realizm polityczny doprowadził też Amerykę Nixona do Pekinu. Sławna pingpongowa dyplomacja pozwoliła zawrócić gigantyczny potencjał i energię Chin w stronę rozwoju gospodarczego z dala od radzieckiego ekspansjonizmu. Głośny ostatnio list trzech byłych sekretarzy stanu, w tym Kissingera, przestrzegający przed otwartą konfrontacją z Rosją, został źle zinterpretowany jako gotowość do oddania Gruzji za poprawne stosunki. Kissinger w artykule dla „Washington Post” jasno określa cele poszerzania wpływów zachodniej demokracji, ale nawołuje do mądrzejszego rozgrywania przeciwnika. Pod listem podpisał się też James Baker, jeden z wirtuozów dyplomacji, człowiek, który w okresie pieriestrojki wciągał Gorbaczowa w orbitę Zachodu, żeby z czasem jego rękami doprowadzić do upadku komunizmu i ZSRR. Jego partner, szef doradców do spraw bezpieczeństwa George’a Busha, Brent Scowcroft, dziś mentor McCaina, w jednym z artykułów napisał: „Siła mogąca zdecydować o losie świata ukryta jest w instytucjach wykorzystujących synergię wolnych państw, a nie zbrojną siłę jednego, choćby najpotężniejszego mocarstwa”. Zdanie jakby żywcem przepisane ze strategii realizmu demokratycznego Trumana. Z drugiej strony mamy demokratę senatora Joe Bidena, kandydata Obamy na wiceprezydenta. Doskonałego znawcę polityki zagranicznej, który pytany, jak działałby w sprawie Gruzji, odpowiedział: „przede wszystkim bym działał” – nawiązując do biernej polityki Clintona. Jeżeli tyle łączy Obamę i McCaina, to dlaczego tyle ich dzieli? Różni ich niewątpliwie stosunek do wojny w Iraku. Coś, co mogło być decydującym elementem w kampanii wyborczej. Ale wraz z planem wycofania wojsk konflikt będzie budził coraz mniej kontrowersji. McCain wierzy, że ograniczona wojna do wyłuskiwania pojedynczych terrorystów z czasem pozwoli wygrać wojnę o Irak. Obama proponuje uznać porażkę i zacząć rozmawiać ze wszystkimi siłami. To samo dotyczy Iranu, gdzie twierdzi, że „wojna byłaby porażką”, McCain odpowiada na to: „od wojny z Iranem gorsza może być jeszcze nuklearna wojna z Iranem”. Obama brzmi przekonująco w swojej koncyliacyjnej retoryce. Wiele jego przemówień inspirowanych było teoriami „dyplomatycznego pressingu” Kissingera. Problem tylko w tym, że Amerykanie po doświadczeniach 11 września nie ufają w skuteczność dialogu z Iranem, a nawet Rosją. Czy Iran od samych rozmów zrezygnuje z broni nuklearnej, z wspierania antyizraelskich organizacji terrorystycznych? Czy Rosja zrezygnuje z reaktywacji ZSRR? Nie ma takich gwarancji. Stąd pewnie reakcje Obamy, który na wypadek zerwanych negocjacji zostawia sobie opcje użycia siły w Iranie czy obrony suwerenności państw sojuszniczych przed Rosją. Podobnie rzecz ma się z traktatem o zakazie prób z bronią nuklearną. McCain gotów jest wrócić do rozmów (zerwanych przez Busha), pod warunkiem że nie spowoduje to zagrożenia amerykańskiego bezpieczeństwa w imię „iluzorycznych interesów społeczności międzynarodowej”. Obama podobnie zapewnia, że wróci do stołu, ale też dodaje zaraz, że warunkiem musi być całkowite wyeliminowanie broni nuklearnej – ze wszystkich państw. McCain w duchu Trumanowskiej doktryny wierzy w budowanie silnych organizacji miedzynarodowych. Proponuje stworzenie Ligi Demokracji, instytucji niezależnej od Narodów Zjednoczonych. Silnej organizacji państw wyznających te same wartości (prawa człowieka, wolny rynek, wolne wybory). Liga, nie czekając na decyzje Rady Bezpieczeństwa, mogłaby zaatakować każdego na Ziemi. Mogłaby działać wszędzie tam, gdzie nie daje sobie rady ONZ. Pomysł wywołał furię lewicowych mediów, którym bardziej spodobała się idea Obamy: wzmocnienia ONZ i dofinansowania tej instytucji miliardem dolarów. W pełnej emocji debacie umknęło jednak to, co najważniejsze: obaj kandydaci chcą prowadzić politykę zagraniczną, opierając się na międzynarodowym consensusie i silnych organizacjach państw.McCain słynie z konfrontacyjnej retoryki. Do księgi cytatów przejdą takie odpowiedzi, jak ta na pytanie o receptę na irańskie starania o broń nuklearną: Bomb, bomb, bomb, bomb Iran. Takie słowa – w połączeniu z zarzutami, że Bush nie podjął zdecydowanych działań w Korei i żądał wyrzucenia Rosji z G8 – przysparzają mu wrogów wśród mocno antybushowskich europejskich polityków. Jednak – jak zauważył ostatnio Robert Kagan – w miarę jak będziemy sobie uświadamiać zagrożenie ze strony Rosji i państw z nią współpracujących, świat więcej wybaczać będzie Ameryce. Ameryka w epoce Wietnamu wywoływała nie mniej wstrząsów i dawała liberalnej Europie nie mniej powodów do oburzenia niż dziś, w czasie wojny irackiej. Przypomnijmy sobie zabójstwa Martina Lutera Kinga, Johna Kennedy’ego, zamieszki rasowe, pałowanie studentów, Watergate. Czy Lyndon B. Johnson albo Richard Nixon byli sympatyczniejszymi postaciami niż George W. Bush? Zupełnie inne może też być postrzeganie McCaina niż Busha w czasach „nowego rosyjskiego patriotyzmu”, nawet jeżeli dziś zdaje się mieć gorszą prasę. Już dziś Europa Nicolasa Sarkozy’ego i Angeli Merkel przychylniejszym okiem patrzy na George’a Busha niż Europa Jacques’a Chiraca i Gerharda Schrödera. Jeszcze dwa lata temu niemiecka prasa pisała, że Polska to „koń trojański Ameryki w Europie”. Ganieni byliśmy za zbytnią uległość wobec USA. A dziś kanclerz Merkel broni decyzji Polski o budowie tarczy antyrakietowej na naszym terytorium. W miarę jak będziemy sobie uświadamiać zagrożenie ze strony Rosji, świat będzie więcej rzeczy wybaczać Ameryce Po latach postkomunistycznego rozprzężenia więzy atlantyckie znowu się zacieśniają. Zarówno lewicowy Obama, jak i prawicowy McCain mogą budować wspólną strategię osaczania Rosji i jej imperialnych zapędów. Realistyczną, ponadpartyjną politykę opartą nie tylko na sile, ale na wygrywaniu synergii swoich partnerów. I tu niezależnie od naszych sympatii my, Polacy, możemy odegrać większą rolę niż w czasach polityki Clintona czy Busha. Wszystkim usiłującym odczytać ze strzępów amerykańskiej kampanii wyborczej przyszłość świata warto jednak przypomnieć słowa Busha, który w 2000 roku zapowiadał nowe otwarcie w polityce zagranicznej i liczenie się ze zdaniem mniejszych państw. I słowa Clintona, który w 1992 roku zapewniał, że wojska amerykańskie szybko zrobią porządek na Bałkanach. I Nixona, który zapewniał, że zaraz po wyborach wycofa się z Wietnamu. I innych wielkich prezydentów: Woodrowa Wilsona i Franklina Delano Roosevelta, którzy w czasie swoich kampanii bili się w piersi, że nigdy nie wyślą wojsk za ocean. Czy dziś jest inaczej? Dziś wszyscy obiecują wszystko.Autor jest publicystą. Do niedawna był wiceprezesem i dyrektorem zarządzającym grupy Wydawniczej Polskapresse. Były redaktor naczelny tygodnika „Newsweek Polska”. Przez 16 lat mieszkał w USA, gdzie m.in. był korespondentem Radia Wolna Europa, RMF FM oraz „Życia Warszawy” i „Życia”
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL