Wiadomości

Dobre kino dotyka drażliwych spraw

Małgorzata Szumowska, reżyserka
Polityka, Leszek Zych Les Leszek Zych
Rozmowa z Małgorzatą Szumowską. Jej „33 sceny z życia”będą walczyć o Złote Lwy na rozpoczynającym się w poniedziałek FestiwaluPolskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Reżyserka mówi o nowympokoleniu w polskim kinie
Pani najnowszy film dostał nagrodę jury na festiwalu w Locarno, ma też zaproszenia na wiele innych imprez filmowych. Ale za granicą jest przyjmowany inaczej niż w Polsce, gdzie zapewne widzowie będą go odbierać jako opowieść autobiograficzną. Nie boi się pani pytań, które padną?
Małgorzata Szumowska: Nie. Nie jest tajemnicą, że ostatnio, w bardzo krótkim czasie, dużo przeżyłam. Śmierć rodziców, rozwód, narodziny dziecka. Poukładane życie wywróciło mi się do góry nogami. Reakcja moja i innych ludzi na te wydarzenia całkowicie mnie zaskoczyła i o tym chciałam opowiedzieć. Ale „33sceny...” nie są filmem o mnie.To nie jest dokument. Autentyczna jest oś opowieści,postacie są wymyślone, zbudowane przez aktorów. A jednak w Polsce film będzie odbierany jako ekshibicjonistyczny. Pani rodzice – Dorota Terakowska i Maciej Szumowski, byli znanymi ludźmi. Widzowie wiedzą, że to pani historia.
Robiąc „33 sceny...”, w ogóle o tym nie myślałam. Pracowałam z pasją, niemal w amoku. Dopiero teraz dogonił mnie kontekst całej tej sprawy i,prawdę mówiąc, nie zmienia to wiele w moim podejściu do tego filmu. Niech sobie ludzie mówią, co chcą, a ja i tak wiem, że moja intymność pozostaje tylko moja. W Polsce jest za dużo różnego rodzaju tabu. Artyści nie sięgają do własnych doświadczeń, bo uważają, że nie wypada.Bzdura. Cristian Mungiu po premierze „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni” mówił,że kino rumuńskie odrodziło się dzięki szczerości twórców, którzy zaczęli opowiadać o tym, co przeżyli. Jeśli mówisz o czymś, co znasz z autopsji, stajesz się prawdziwy. Czasem do bólu. I publiczność to czuje. W polskim kinie dochodzi dziś do głosu pokolenie trzydziesto-czterdziestolatków. Każdy z was jest zupełnie inny czy tworzycie jakąś grupę? Gdy spotykam się z przedstawicielami wywodzącej się z Dogmy duńskiej firmy Zentropa, to zazdroszczę im poczucia wspólnoty. Oni razem do czegoś dążyli,pokazywali sobie filmy, zmieniali duńskie kino. My spotykamy się, rozmawiamy, ale nie tworzymy żadnego frontu. I chyba szkoda, bo wspólnie moglibyśmy łatwiej pokonać marazm, przełamać rozmaite tabu i poruszać problemy, które polskie kino przemilcza. Jakie to problemy? Otwieram gazetę i niemal codziennie znajduję tam genialny temat, który zainteresowałby świat. Nikt dotąd nie zrobił poważnego filmu o polskim katolicyzmie, o antysemityzmie, o stosunku społeczeństwa do mniejszości, na przykład do homoseksualistów. Ileż tematów wzbudza ogromne emocje Polaków! W czasie długich nocnych rozmów kłócimy się o politykę, lustrację, o to, czy jesteśmy tolerancyjni i z czym możemy wejść do Europy. A nasze kino jest kompletnie letnie. My, filmowcy, boimy się jakichkolwiek kontrowersji. Bo zaraz mogą odezwać się głosy,że robimy filmy antypolskie. Tak jak się stało w przypadku projektu „Westerplatte”. A przecież bez dotykania drażliwych spraw i nabrzmiałych problemów nie ma mowy o prawdziwej sztuce. Polacy chodzą do kina głównie na komedie romantyczne, powoli jednak zaczynają się pojawiać obrazy, o jakich pani wspomina.Choćby „Rysa” Michała Rosy. Ale to ciągle są przypadki pojedyncze. Musimy pokonać bariery psychiczne. Przyzwyczaić się do zadawania trudnych pytań, a nie do robienia czytanek dla dzieci.Brakuje nam też odważnych producentów. Pani znalazła własną drogę do kina. Przez Europę. Idę nią konsekwentnie od dziesięciu lat. Zrobiłam w tym czasie trzy filmy, które miały jakiś odzew za granicą. Dzięki temu dzisiaj nie przychodzę po pieniądze sama. Stoją za mną niemieccy producenci z Pandory czy duńscy z Zentropy. Jest pani członkiem Europejskiej Akademii Filmowej, bywa na festiwalach, sama kontaktuje się z producentami. Reżyserzy starszej daty czuli się artystami, nie plamili się zbieraniem pieniędzy na własne filmy. Pani to robi. Czasy się zmieniły i to jest jedyna droga do sukcesu. W PRL był tylko państwowy sponsor. Dzisiaj jest konkurencja i wolny rynek, trzeba umieć docierać do inwestorów, producentów. Ja stale jeżdżę do Berlina, do Cannes. Dzięki temu „33 sceny...” mają od początku firmę zajmującą się sprzedażą światową. Nie powinniśmy się zamykać we własnym grajdołku, trzeba wychodzić do Europy. A Europa się nami interesuje? Myślę, że coraz bardziej. Dyrektor festiwalu w Locarno był w tym roku zachwycony,że ma w konkursie polski film,który zdobywa drugą nagrodę. Pierwszy raz od lat 80. Szefowie innych festiwali też zaczynają pytać o nasze kino. Ale takie, które byłoby dla świata fascynujące. Jak im opowiadam, co się tu dzieje,zawsze zadają to samo pytanie: „Dlaczego nie ma na ten temat filmu?” No ale pani też na razie szykuje się do filmu o seksie w Paryżu. Trochę o seksie, jak żartuję,a trochę o współczesnym świecie i zasadach, jakie nim rządzą, nakręcę go zapewne już w przyszłym roku. Jednak w tym filmie będzie dużo o Polsce i o Polakach. Jednocześnie pracuję nad scenariuszem filmu rozgrywającego się w Polsce, mam nawet kilka pomysłów.I niedługo takie filmy zrobię...mam nadzieję...
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL