fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nie potrzebujemy bohaterów z importu

Rzeczpospolita
Niemcy chcą, abyśmy za ogólnoeuropejski symbol oporu antyhitlerowskiego uznali Clausa von Stauffenberga. Nie rozumieją, że mamy wielu własnych bohaterów – pisze historyk z IPN
Historia XX w., a szczególnie okresu II wojny światowej, została włączona w bieżącą politykę zarówno w Polsce, jak i w innych krajach europejskich. Punktem odniesienia stała się jednak nie tyle rzeczywista przeszłość, co potrzeby teraźniejszości, a konkretnie procesu integracji europejskiej obejmującej nie jak dotychczas tylko sferę ekonomiczną, ale także kulturalną i duchową.
Odbywa się zatem zrozumiała, choć przez nas być może niedoceniana, walka o wrażliwość i pamięć całego Starego Kontynentu. Wbrew temu, co się twierdzi oficjalnie, nie polega ona na komplementarności partykularnych tradycji. Obserwujemy zjawisko narzucania własnego dziedzictwa przez poszczególne, silne na ogół, narody.
Bez wątpienia w pierwszych latach powojennych dla krajów EWG monopolistą w tej sferze stała się Francja z jej wkładem w budowę Europy bez wojen (chodzi o udział Francji w tworzeniu Europy powersalskiej oraz jej rolę w eliminacji barier w stosunkach z „winnymi” Niemcami). Obecnie jednak Niemcy, które przez tyle dziesięcioleci (od planu Roberta Schumana poczynając) sekundowały Francji i jej potrzebom konomiczno-historycznych, odczuwają przemożną potrzebę wyartykułowania własnej wrażliwości i pamięci historycznej. Jednocześnie zamierzają – po latach cierpliwego składania danin – stać się wreszcie beneficjentem współczesnego procesu integracji.
Obowiązująca dziś wizja dziejów Niemiec w latach 1933 – 1949 jest koherentna i wewnętrznie spójna. Reżim hitlerowski był odpowiedzialny za proces ludobójstwa i eksterminacji Żydów. To pewnik, a zatem pozostaje poza dyskusją przynajmniej dla niemieckiej elity intelektualnej i politycznej. Inne niemieckie obrazy związane z II wojną światową znacznie różnią się nie tylko od polskich czy rosyjskich.
Znakiem rozpoznawczym tragedii wojennej stał się dziś przede wszystkim los przymusowo przesiedlanych i wypędzanych. W pamięci niemieckiej zjawisko wypędzeń pojawiło się w latach II wojny światowej, kiedy reżim hitlerowski zaczął masowo i przymusowo przesiedlać Niemców na tereny podlegające przyspieszonej germanizacji (np. w Kraju Warty). Niemcy i Polacy stali się zatem ofiarami tego samego nazizmu. Wprawdzie został pokonany w 1945 r., ale jego dzieło podjęte zostało przez kolejne reżimy, tym razem Wielką Trójkę i jej rzekomych beneficjentów – Czechosłowację i Polskę. W tej wizji Niemcy stają się narodem samowystarczalnym, są zarazem katami i ofiarami.
Podobnie wygląda opowieść o antyhitlerowskim oporze. Jej cechą jest samowystarczalność. Bodaj rok temu przyszła do mnie – jako do dyrektora Biura Edukacji Publicznej – sympatyczna delegacja niemiecka z propozycją wsparcia przez IPN idei „Oratorium dla pokoju »Stauffenberg«”: „Celem projektu jest polsko-niemiecka wymiana informacji na temat sytuacji związanych z oporem przeciwko hitleryzmowi i ich ewentualnego znaczenia dla pokojowego kształtowania doby współczesnej” – czytamy w piśmie przewodnim projektu.
Idea ta, mglista w sferze faktów, jasna w sferze intencji, miała się koncentrować wokół postaci mjr. Clausa von Stauffenberga jako ogólnoeuropejskiego symbolu oporu antyhitlerowskiego. Spotykaliśmy się kilka razy. Próbowałem tłumaczyć niestosowność, a nawet niegrzeczność ich propozycji. Tak się bowiem składa, że nie potrzebujemy bohaterów z importu, mamy ich – szczęśliwie – wielu własnych.
Sympatyczna delegacja nie widziała jednak nic złego w ofercie współtworzenia przez Polaków legendy Stauffenberga. Niemcy przecież nie słyszeli o Witoldzie Pileckim czy o Polskim Państwie Podziemnym. Dlaczego zatem mają być propagatorami faktów nieistniejących? A że proponują nam udział w tworzeniu kultu osoby związanej z naszymi katami? No cóż, pora na zasypywanie okopów.
Wrogiem Polski współczesnej nie jest wcale Erika Steinbach – usłyszałem niedawno z ust jednego z bardziej prominentnych polityków obecnego rządu. Wrogiem – to już moja konstatacja – jest logiczna wizja II wojny światowej budowana przez Niemców w przeddzień 70. rocznicy jej wybuchu. Wydany niedawno skrypt polsko-niemiecki pod znamiennym tytułem „Zrozumieć historię – kształtować przyszłość. Stosunki polsko-niemieckie w latach 1933 – 1949” (autorzy: Małgorzata i Krzysztof Juchniewiczowie, Tobias Weger, Kazimierz Wóycicki), de facto będący wykładem podręcznikowym, zawiera jeszcze jeden wątek uzupełniający obraz historii Niemiec i Europy jednocześnie.
Oto grupa opozycjonistów z Krzyżowej – majątku Helmutha von Moltke zamordowanego później przez Hitlera – podczas salonowych dyskusji o wspólnej Europie budowała fundamenty pod właściwą – nie tylko gospodarczą – integrację Starego Kontynentu. Nawiązujący do idealistycznych koncepcji kolejnych utopistów – Platona, a następnie Tomasza Morusa i Kalergisa – plan nigdy nie zdobył szerszego odbiorcy, tym niemniej po latach może stanowić doskonały instrument służący do przejęcia przez Niemcy historycznej roli Ojców Europy.
Skoro jednak inne narody nie chciały podjąć rywalizacji o pamięć historyczną XX-wiecznej Europy, trudno mieć pretensję do Niemców, że eksportują swoje wewnętrzne ustalenia i tożsamość. Mają w tym praktykę, a także naturalne w tym kierunku predylekcje. Pamiętam jak na początku lat 90. uczestniczyłem z ramienia MEN w pracach międzynarodowego zespołu naukowo-edukacyjnego powołanego przez jedną z komisji Rady Europy pod kierunkiem prof. Jean Carpentier (Francja). Naszym celem było wydanie tekstów źródłowych (wraz z komentarzem) na temat historii praw człowieka i obywatela w Europie (praca wyszła nakładem Rady Europy w poł. lat 90. w wersji francusko- i angielskojęzycznej.).
Na spotkaniu nauczycieli i badaczy pojawiło się mnóstwo problemów, między innymi i ten, że historia jako przedmiot szkolny dzieli się – z epoki na epokę – na historię narodową i historię powszechną. W każdym kraju resorty edukacji i autorzy programów nauczania mieli w tym względzie swoje partykularne problemy i stąd zaistniały między nami rozbieżności.
Niemiecki problem był jednak specyficzny i fundamentalny. Oto dla Niemców nie ma prostego podziału na historię narodową i powszechną w obrębie Europy. Centralne położenie geograficzno-kulturowe Niemiec i historia Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego wskazują na konieczność integralnego traktowania dziejów Rzeszy oraz Starego Kontynentu. Ich wizja XX wieku i problemy, procesy oraz przełomy obecne w obrębie historii Niemiec stają się zatem naturalną wizją doświadczeń Starego Kontynentu. Europa może ją przyjąć albo odrzucić, pod warunkiem jednak że pozostałe narody europejskie znajdą na tyle siły i determinacji, by konkurować z Niemcami.
Ta inna droga to poszanowanie dla różnorodności oraz 25 punktów widzenia dziejów własnych i sąsiadów. Poszukiwanie narracji narodowych XX wieku powinno nas wszystkich wzbogacić, a nie tylko poróżnić. Z kolei napięcia wywołane sprzeczną pamięcią narodów nie muszą prowadzić do wojen, lecz do zrozumienia innych. Na tym polega rzeczywista tolerancja wobec nieakceptowalnych poglądów, a nie na próbie zdławienia narracji nam obcych.
Polska ma do odegrania w tej walce o prawo do różnorodności ważną rolę. Trzeba zdać sobie z tego sprawę już dziś, w przeddzień obchodów ważnych w 2009 roku rocznic: wybuchu II wojny światowej oraz 20. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości i uwolnienia Europy od komunizmu. Instytut Pamięci Narodowej co najmniej od 2006 r. przygotowuje się do tych obchodów. Chcielibyśmy, by tym razem nasza wewnątrznarodowa pamięć o przeszłości stała się propozycją wzbogacającą dziedzictwo ogólnoeuropejskie.
W kolejnych artykułach zamierzam przybliżyć polskiemu czytelnikowi ofertę naukowo-edukacyjną – takie polskie minimum programowe z historii narodu, Europy i świata, które powinniśmy przekazać Staremu Kontynentowi. Tak jak czynią to Niemcy zdający sobie sprawę, że integracja ekonomiczna Europy jest tylko wstępem do wykluwania się nowoczesnej tożsamości europejskiej.
Autor jest dyrektorem Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej oraz profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA