Lekkoatletyka

Polski związek beztroski

Prezes PZLA Irena Szewińska
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
PZLA ma nie tylko deficyt w budżecie, ale także zaległości wobec urzędu skarbowego. Chodzi o VAT od umów sponsorskich z lat 2004 – 2006 – dowiedziała się „Rz”
O sięgającym 1,7 mln złotych deficycie w budżecie związku pisaliśmy już w ubiegłym tygodniu, ale cały czas pojawiają się nowe problemy. Najnowszy dotyczy zaległego podatku.
Jeśli urząd skarbowy upomni się o VAT za lata 2004 – 2006, PZLA będzie musiał zapłacić około 500 tysięcy złotych, czyli więcej, niż dostaje rocznie np. z umowy sponsorskiej z firmą Samsung.
Dług wziął się właśnie z nieprawidłowego rozliczania kontraktów sponsorskich. Zgodnie z prawem związek powinien od nich odprowadzać 22-procentowy VAT, ale zrobił to tylko za 2007 rok. Wcześniej działacze PZLA byli przekonani, że nie ma takiego obowiązku. Nie wyprowadziła ich z tego błędu ani księgowa, ani działająca od dziesięcioleci w związkach sportowych sekretarz generalna Jadwiga Ślawska-Szalewicz, ani prezes Irena Szewińska, choć w rubryce wykształcenie ma wpisane: magister ekonomii. Odpowiadający za finanse wiceprezes Tomasz Lipiec – absolwent Szkoły Głównej Handlowej – ostatnio nie mógł przypominać o zobowiązaniu, bo od 25 października jest w areszcie. CBA zatrzymało go pod zarzutem korupcji, ale stanowiska w PZLA na razie nie stracił. Jak każdy członek zarządu Lipiec pełni tę funkcję społecznie. – Nie pobieramy wynagrodzenia, ale zgodnie z prawem możemy być pociągnięci do odpowiedzialności finansowej za nieprawidłowości – mówi Sebastian Chmara, również członek zarządu. To dlatego w związku trwa teraz gorączkowe poszukiwanie winnych bałaganu.– VAT za ostatni rok jest zapłacony. Ja jestem solidna firma – mówi „Rz” dotychczasowa sekretarz generalna PZLA Jadwiga Ślawska-Szalewicz. Na inne pytania odpowiadać nie chce. Od pół roku jest na zwolnieniu lekarskim, właśnie kończy jej się okres wypowiedzenia. – Od polityki jest w związku prezes Szewińska, proszę ją pytać – mówi. Nieoficjalnie wiadomo, że od kiedy wiadomości o problemach PZLA wyszły na jaw, w związkowych biurach trwa stan wyjątkowy, a działacze starają się przede wszystkim przerzucić odpowiedzialność na kogoś innego: prezes na księgową, księgowa na sekretarz generalną itd. – Pani Szalewicz teraz mówi, że to dzięki niej VAT został zapłacony, ale pamiętam, jak wcześniej przekonywała, że nie trzeba go odprowadzać – mówi jeden z członków zarządu. – Pani Jadzia rozpłakała się na ostatnim naszym spotkaniu. Jest przekonana, że chcemy ją obciążyć winą za obecny bałagan – mówi wiceprezes ds. szkolenia Jerzy Sudoł. – Przecież pani Szalewicz właśnie po to się w związku zatrudniła, żeby pilnować finansów. Choć akurat teoria na temat braku obowiązku odprowadzania VAT obowiązywała już za poprzedniego sekretarza generalnego, urzędującego do 2005 roku Bartłomieja Głowackiego – opowiada Sudoł, który znalazł się w pięcioosobowej komisji powołanej przez PZLA tydzień temu dla ratowania finansów związku. – Pierwsze spotkanie zaplanowaliśmy na przyszły wtorek, wtedy przyjrzymy się sprawie, przeanalizujemy wydatki, wybierzemy firmę, która ma u nas zrobić audyt. Temat niezapłaconego VAT pojawił się podczas ostatniego spotkania zarządu, gdy sprawozdanie przedstawiała księgowa. Przyznam, że ja zaczynam się w tym wszystkim gubić. Nie potrafię nawet powiedzieć, czy ten dług jest wliczony w 1,7 mln deficytu, czy jeszcze nie. Jeśli nie, to jest naprawdę niewesoło – mówi Sudoł. Prezes Szewińska przekonuje, że deficyt wynosi na razie 1,2 mln, więc 1,7 to zapewne kwota uwzględniająca już zaległy VAT. Związek ma trzy opinie prawne i z każdej wynika, że VAT będzie musiał zapłacić. Chce więc ubiec urząd skarbowy (w PZLA nie było ostatnio kontroli fiskusa i dlatego formalnie o długu jeszcze mówić nie można), powiadomić o zaległościach i poprosić o rozłożenie ich na raty. Urząd skarbowy zapewne się zgodzi, ale to rozwiąże tylko część kłopotów PZLA. Z naszych informacji wynika, że związek już dziś część zobowiązań wobec np. ZUS musi pokrywać z ministerialnej dotacji, choć ona jest wypłacana na szkolenie. Ministerstwo Sportu nie zgodzi się na spłacanie długów z dotacji, więc związek i tak będzie musiał przed końcem roku znaleźć brakujące pieniądze. – Zadaniem komisji, w której się znalazłem (jest w niej również m.in. prezes Szewińska i Sebastian Chmara – przyp. red.), będzie też szukanie oszczędności w wydatkach na administrację. Natomiast jeśli chodzi o sprawy szkoleniowe, wszystko na szczęście idzie zgodnie z planem. Od początku sezonu było już kilkadziesiąt zgrupowań, wszystkie zostały opłacone, program przygotowań olimpijskich nie jest w żaden sposób zagrożony – uspokaja Sudoł. PZLA, jak większość związków sportowych w Polsce, jest uzależniony od dotacji. Jego roczny budżet to od 18 do 20 (w sezonie olimpijskim) mln złotych, z czego Ministerstwo Sportu wypłaca 12 mln. Dla porównania: atakowany z każdej strony PZPN ma roczny budżet w wysokości ok. 40 mln złotych, i tylko niespełna jedną dziesiątą dostaje od ministerstwa. Resztę zapewnia sobie sam. Do tej pory nie byliśmy płatnikiem VAT i co roku dostawaliśmy informację z urzędu skarbowego, że nie zalegamy z podatkiem. Teraz postanowiliśmy, że będziemy płatnikiem (postanowienie nie ma nic do rzeczy, to ustawa o VAT decyduje, czy ktoś jej podlega czy nie - red.), podatek za ostatni rok odprowadziliśmy, ale powstał problem, co z poprzednimi latami. Jedni mówili, że powinniśmy płacić, inni – że nie. Nie zdążyłam jeszcze tego wyjaśnić, bo byłam ostatnio zajęta. Niedobory w kasie związku wynoszą według ostatniego bilansu 1,17 mln złotych, może trochę więcej. Na pewno nie 1,7 mln. Skąd się wziął taki deficyt? Byliśmy wprowadzani w błąd przez osoby odpowiedzialne za finanse. I księgowa, i sekretarz generalna powtarzały nam ciągle, że pieniądze są. Niedawno wypłaciliśmy nagrody trenerom, kilkadziesiąt tysięcy złotych, bo nie byliśmy świadomi, że mamy kłopoty. Gdy w grudniu ubiegłego roku zapytaliśmy księgową, jaka jest sytuacja związku, odpowiedziała, że dobra. Teraz musimy poszukać oszczędności, ale nie ma ryzyka, że ktoś nie zrealizuje programu treningowego. Są pieniądze na zgrupowania, odżywki, lekarzy. Co do mojej pensji, bo ta sprawa niektórych oburzała. W statucie jest zapisane, że mogę być prezesem urzędującym, czyli również pobierającym wynagrodzenie. Wysokość mojej pensji (według naszych informacji ponad 15 tysięcy – red.) zaproponowała pani sekretarz Szalewicz. Zarząd tego nie zatwierdził, ale wynagrodzeń innych pracowników PZLA też nie zatwierdza.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL