fbTrack

Kultura

Waldemar Baraniewski: Smyk. Zagrożona duma architektury

CDT, później nazwany Smykiem, rok 1954
PAP/Zdzisław
Historyk sztuki Waldemar Baraniewski opowiada Małgorzacie Piwowar o narodzinach i współczesności Smyka.

"Rzeczpospolita": Warszawski CDT zwany popularnie Cedetem, a potem Smykiem, został wymieniony w niemieckiej publikacji o architekturze XX wieku jako jedna z trzech najważniejszych polskich budowli. Dlaczego?

Waldemar Baraniewski:
Bo jest najwybitniejszym w tej części Europy przykładem realizacji wszystkich zasad architektury nowoczesnej sformułowanych przez Le Corbusiera. Jest też niezwykły ze względu na czas, w którym powstał. Tak mogłaby wyglądać architektura środkowoeuropejska, gdyby nie 1949 rok, który wywrócił wszystko do góry nogami, rozpoczynając dogłębny proces stalinizacji życia politycznego, gospodarczego i kulturalnego.

Był budowany w latach 1948–1951. Niechęć władz do nowoczesności nie miała wpływu na ten projekt?


W 1949 roku budynek był już w stanie surowym. Na jednym z pierwszych socrealistycznych przeglądów architektury prawodawcy doktryny realizmu socjalistycznego zażądali wręcz zburzenia budynku. Bolesław Bierut uważał architekturę za najskuteczniej oddziałującą formę propagandy. CDT nie budził entuzjazmu władzy, bo mówił rzeczywistym językiem nowoczesności, a nie wymyślonym przez piewców nowej doktryny. Zadziwiał wielką, przeszkloną, rozświetloną bryłą. Przyciągał dynamicznym neonem, nocną restauracją na ostatniej kondygnacji i kawiarnią. No i jeszcze miał ruchome schody. Drugiego takiej klasy obiektu nie było w Warszawie.

W połowie lat 70. CDT przeżył poważny pożar. I już nie odzyskał pełnej świetności.

To nie całkiem prawdziwe stwierdzenie, były elementy, które zyskały na przykład okna. Kiedy wykańczano elewację CDT, żadna huta nie produkowała szyb o parametrach pozwalających przeszklić budynek tak, jak chciał architekt Zbigniew Ihnatowicz. Trzeba było wprowadzić więcej szprosów, czyli podziałów okiennych. W czasach, kiedy wybuchł pożar, były większe możliwości techniczne i przeszklono CDT według pierwotnego planu.

Teraz CDT został przejęty przez dewelopera i całkowicie zmieni wygląd.

To wyjątkowo skandaliczne postępowanie. Warszawa bezpowrotnie straci jedno z najwybitniejszych dzieł architektury. Mieliśmy dwa takie arcydzieła: Supersam i CDT. Supersam został zniszczony. Teraz ginie CDT i nasuwa się pytanie – gdzie są służby konserwatorskie? Już rozebrano część, w której mieściły się wspaniałe delikatesy – mogę przypuszczać, że rozpocznie się burzenie części administracyjnej, a bryła centralna zostanie rozebrana pod pozorem złego stanu konstrukcji na przykład. Chichot historii polega na tym, że w latach 50. Ihnatowicz został zmuszony do złożenia samokrytyki i wyznania, że zaprojektował źle skomponowaną bryłę. Zrobił to, by obronić siebie i swoją pozycję zawodową. Ta wymuszona stalinowska samokrytyka jest teraz wykorzystywana jako argument na rzecz przebudowy, a w istocie całkowitego zniekształcenia budowli. A firma deweloperska w materiałach informacyjnych sama siebie nazywa „obrońcą warszawskiego modernizmu". Kuriozalne.

Na straży prawa stają przecież fachowcy wydający miarodajne opinie...

Tym gorzej, bo mają świadomość, jakie wyroki podpisują na dziedzictwo narodowe – właśnie CDT jest tego przykładem. Ekspertyzy, wpisy konserwatorskie odbywają się często „pod dewelopera", premiując jego interesy. CDT został wpisany do rejestru tylko w części – budynek od Alej Jerozolimskich – po obrysie planu. To tak, jakby wpisać centralną część Pałacu na Wodzie w Łazienkach, pomijając boczne pawilony.

Czy deweloperzy za granicą mają tak łatwo jak u nas?

Raczej nie. W Polsce brak uregulowań prawnych. Oczywiście miasta się zmieniają, zabudowa intensyfikuje, ale wszystko powinno się odbywać według norm i zasad szanujących przeszłość. Ani w Paryżu, ani w Wiedniu nie wyskakuje nagle 20-piętrowy wieżowiec między kilkupiętrowymi kamienicami z mansardowymi dachami. Nie bez racji się mówi, że miastem rządzą trzy „p": prawo, pieniądze i przypadek. W Warszawie trzeba odjąć od tego prawo. Nie ma planów zagospodarowania przestrzennego. Nieuregulowana jest kwestia tzw. reprywatyzacji. A jeszcze do tego konserwator generalny unieważnił listę dziedzictwa architektonicznego, którą opracował SARP.

Co jeszcze można zniszczyć w stolicy?

Większość cennych obiektów z epoki modernizmu powojennego utraciliśmy. Najbardziej bolesne straty to dzieła Jerzego Sołtana, jedynego polskiego ucznia Le Corbusiera: bar Wenecja, stadion Warszawianki – projekty przemyślane, intelektualnie wypracowane. I jeszcze Dworzec Śródmieście, wspaniałe plastycznie dzieło współtworzone z Wojciechem Fangorem, autorem mozaik. Zgroza, co się dzieje z pawilonem Cepelii w centrum miasta. Ocalał Pałac Kultury objęty ochroną konserwatorską, aczkolwiek część wnętrz i wyposażenia jest w absolutnym nieposzanowaniu.

Pałac Kultury, o którym napisał pan w wydanej ostatnio monografii „Pałac w Warszawie", uchodzi za kontrowersyjną budowlę...

Jest bez wątpienia najbardziej spektakularnym dziełem architektury tego czasu. Absurdalnym, surrealistycznym, ale też o wyjątkowym poziomie wykonawstwa. Czy chcemy, czy nie, wkrótce stanie się – o ile już nie jest – głównym rozpoznawalnym obiektem architektonicznym Warszawy.

Jego ogrom nadal jest przytłaczający dla otoczenia.

Kiedy został zbudowany, stanowił straszny kontrast, szczególnie od strony północnej, czyli getta, placu Grzybowskiego, gdzie miasto było kompletnie wypalone. Dopiero kilka lat później, w 1958 roku, przystąpiono do poważniejszych prac porządkowych, czyli budowy Ściany Wschodniej, która dziś przestaje istnieć. Przechodziłem ostatnio tym pasażem, jak na ironię nazwanym pasażem Wiecha, piewcy Warszawy. Kiedyś tętniło tam życie, była to świetna wielkomiejska przestrzeń społeczna, jakich dziś bardzo brak. Zniszczono fontanny, mozaiki. Wszystko. Pozostaje nadzieja, że taką przestrzeń stworzy Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które powstanie na placu Defilad. I że będzie to zaczątek nowego śródmieścia. A Pałac Kultury dzięki temu zyska, stanie się bardziej zespolony ze stolicą.

Waldemar Baraniewski, rocznik 1953. Historyk sztuki, znawca sztuki współczesnej. Absolwent Instytutu Historii Sztuki UW. Od października 2013 r. profesor na Wydziale Zarządzania Kulturą Wizualną ASP w Warszawie. Prowadzi badania nad sztuką powszechną i polską XIX i XX wieku. Autor książki „Pałac w Warszawie". -

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL