fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Nowi blokersi literatury

Dominika Słowik wraca do mitycznej krainy lat 90.
Znak
Dwoje autorów dowodzi, że betonowe osiedla nie muszą być tylko symbolem ciemnej strony transformacji.

Blokowiska najczęściej portretowali dotychczas filmowcy. Pod koniec lat 80. akcję „Dekalogu" osadził w nich Krzysztof Kieślowski, badając kondycję duchową Polaków. Chwilę później uniwersalność losów mieszkańców mrówkowców została wyparta przez patologie społeczne i wszystko co najgorsze w przepoczwarzającym się kraju. Tak było choćby w „Pannie Nikt" Andrzeja Wajdy czy „Cześć, Tereska" Roberta Glińskiego. Na tym gruncie wyrósł hip-hop, długi czas odrzucany przez rządzące kulturą elity. Młodzież z wielkich osiedli poczuła wspólnotę losów ze swoimi czarnoskórymi rówieśnikami z amerykańskich metropolii.

Blokowiska próbowali w ostatnim czasie odczarować, bez większego skutku, aktywiści miejscy i pasjonaci architektury, przypominając o szlachetnych ideałach Le Corbusiera, twórcy tej modernistycznej koncepcji architektonicznej. Jednak stereotyp beznadziejnie szarego blokowiska dalej mocno się trzyma.

Próba innego opisania tej przedziwnej przestrzeni pojawiła się właśnie w polskiej literaturze. To powieść „Atlas: Doppelganger" debiutującej 26-latki z Jaworzna Dominiki Słowik oraz „Sąsiady" – wznowiony po kilku latach i uzupełniony o nowe teksty zbiór opowiadań Adriana Markowskiego. Jego filmowa adaptacja w reżyserii Grzegorza Królikiewicza właśnie weszła do kin, ale z uwagi na awangardowy język filmowy raczej nie zdobędzie masowej widowni.

Dominika Słowik nie jest wbrew temu, co głosi wydawca, „polskim Marquezem", ale na szczęście nie jest też polskim Coelhem. Promocyjne odwołanie do realizmu magicznego dziwi tym bardziej, że w ostatnich latach jest on już raczej mocno passé, wyeksploatowany przez rzesze epigonów.

Autorka opowiada historię rozgrywającą się na przykopalnianym blokowisku w mieście na południu Polski z perspektywy dziecięcego bohatera. Narratorka i jej przyjaciółka Anna z wypiekami na twarzach wsłuchują się w opowieści dziadka Anny, niezrównanego gawędziarza, który ma „pół ciała zjedzone przez kiłę". Dziadek żyje z emerytury górniczej, ale wspomina swe rzekome marynarskie przygody. Sarkastyczny humor łączy się w „Atlasie..." z dziecięcym rozmarzeniem, twarda rzeczywistość z drobnymi przyjemnościami, a ponure otoczenie z wielką wyobraźnią dziecka. Trochę jak w filmie „Sztuczki" Andrzeja Jakimowskiego.

„Atlas..." nie jest manifestem pokolenia, a przynajmniej trudno w nim coś takiego dostrzec. Manifestuje się w nim natomiast wyobraźnia i wrażliwość autorki, która kreśli dzieciństwo jako krainę mityczną, a jej przestrzeń stanowią właśnie blokowiska.

„Błędem jest sądzić, że wszystkie bloki są identyczne. Ich pozorne podobieństwo jest bardzo mylące" – czytamy w „Atlasie...". Szara, betonowa przestrzeń staje się jaskinią wspomnień, nieodkrytych tajemnic i zagadek. Siedlisko patologii w barwnym języku Dominiki Słowik nabrało charakteru labiryntu, w którym gubią się wspomnienia, ludzie i przedmioty.

W „Sąsiadach" Adrian Markowski również czerpie z konstrukcji labiryntu, choć w inny sposób niż debiutantka. W „Atlasie..." czas akcji, czyli lata 90., jest kluczowy. Dla bohaterów Markowskiego zamieszkujących podwarszawskie Włochy czas się zatrzymał. Choć niekiedy drobne atrybuty konkretnych epok dają o sobie znać, jak chociażby samochód Syrena czy karpie kupowane w sklepach na kartki. Jak sam pisarz mówił Barbarze Hollender w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej": „Są w tekście pewne tropy prowadzące do lat 50., 60. czy 70., ale taka rzeczywistość stale jeszcze istnieje na przykład w Warszawie, na ulicy Brzeskiej, czy we Włochach. Tam nic się nie zmienia od lat".

Również w „Sąsiadach" Markowskiego szara i ponura rzeczywistość blokowiska zostaje odmieniona za sprawą języka, jakim posługuje się autor. Wielokrotne powtórzenia i zapętlenia sprawiają, że blok przestaje być wyłącznie ponurym symbolem transformacji ustrojowej w Polsce, lecz nabiera wymiaru uniwersalnego. Czas stoi w miejscu, przestrzeń jest labiryntem, metaforą niełatwej egzystencji. Dni odmierzają kolejne skradzione motocykle i rowery, a Wielkanoc myli się tytułowym sąsiadom z Bożym Narodzeniem.

Bohaterowie jednych historii wracają w kolejnych już jako postacie drugiego planu. Anegdoty poznajemy z różnych stron – jeden sąsiad patrzy przez jedno okno, a drugi przez drugie. Widzą to samo, ale przecież zupełnie inaczej. Markowski znakomicie oddaje absurdalność codziennego życia ludzi stłoczonych na niewielkiej przestrzeni. Robi to nie tylko za sprawą zapętlonej rzeczywistości, ale również poprzez niezwykle barwny język narratora i bohaterów. Nagromadzone w nim kolokwializmy i oczywiste błędy podkreślają jego uliczny rodowód.

Markowski nie wywyższa się, nie traktuje swoich postaci protekcjonalnie. Są to dla niego po prostu sąsiady, co zresztą błyskotliwie ogrywa w rekomendacjach na pierwszej stronie książki: „Najlepsza książka, jaką kiedykolwiek napisano! W każdym razie o mnie". Podpisano: „Sąsiad".

Obydwie książki, zarówno Markowskiego, jak i debiutującej Słowik, uciekają od małego realizmu. Jednocześnie nie są zupełnie wyzbyte elementów społecznego portretu. Zwłaszcza w „Sąsiadach" jest mowa o przemocy domowej, pijaństwie i bezrobociu, ale bez dystansującego, moralizującego kręcenia głową. Te opowieści traktują mieszkańców blokowisk jako podmioty zdolne do opowiadania swoich historii. Jest w nich spojrzenie kogoś, kto zna to życie z doświadczenia i potrafi dowieść, że szarość bloków ma różne odcienie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA