fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kto zapyta obywateli. Spór o in vitro

Bloomberg
Politycy sami chcą decydować o fundamentalnych sprawach
Rząd przygotował projekt ustawy o in vitro. Do tej pory bowiem prawo nic nie mówi, kto może korzystać z zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego i jakie kryteria medyczne powinny być przestrzegane podczas jego wykonywania. Tymczasem od lat istnieją kliniki państwowe i prywatne oferujące usługi prokreacji wspomaganej. Jest też fundusz Ministerstwa Zdrowia przeznaczony na pomoc bezpłodnym parom.

Pomijany problem


Jesteśmy jednym z nielicznych krajów Unii Europejskiej, który tę ważną kwestię do tej pory pomijał. Dlaczego? Chyba dlatego, że praktyka zapłodnienia pozaustrojowego dla wielu społeczeństw jest wysoce kontrowersyjna i mimo legalizacji w wielu krajach wciąż budzi zastrzeżenia moralne, medyczne i psychologiczne. Kolejne polskie rządy nie podejmowały się regulacji tej drażliwej społecznie kwestii, wiedząc, że ostatecznie będą musiały szukać politycznego kompromisu i że narażą się na krytykę z jednej strony środowisk liberalnych, a z drugiej Kościoła i że w ten sposób stracą poparcie części wyborców.

Jak się wydaje, rząd Platformy Obywatelskiej znalazł dobry moment na zaproponowanie projektu ustawy regulującej kwestie bioetyczne. Dopuszcza on w prokreacji wspomaganej tworzenie zarodków nadliczbowych i ich ewentualne likwidowanie, określa też, jakie pary będą mogły z niej korzystać. Nie będą to jedynie małżeństwa, ale i związki konkubenckie.
Pytanie, czy chodzi tu również o związki homoseksualne? Czy projekt zakłada dawstwo embrionów i matki surogatki? Jak godzi z jednej strony anonimowość dawców gamet z prawem dzieci do poznania biologicznych rodziców? Pytań jest wiele.
Już teraz można powiedzieć, że w porównaniu z regulacjami innych państw jest to projekt mocno liberalny, a co więcej, odstaje od przekonań ogromnej części społeczeństwa. Dla przykładu w Niemczech nie można zamrażać zarodków. Szkoda, że projekt ten powstaje w zaciszu ministerialnych gabinetów, jakby po kryjomu, tym bardziej że nie dotyczy zwykłych problemów politycznych i ekonomicznych, lecz fundamentalnych kwestii etycznych, społecznych i religijnych świadomych własnych przekonań obywateli.
Projekt wkracza w bardzo ważne obszary życia i moralności, może zmieniać lub podtrzymywać dotychczasowe uniwersalne wartości polskiego społeczeństwa. Czy w związku z tym rząd przeprowadził jakiekolwiek konsultacje społeczne w tym względzie? Czy konsultował to z Kościołami i związkami wyznaniowymi? W jaki sposób my, obywatele, w większości katolicy, będziemy mieli wpływ na kształt ustawy? Dlaczego przygotowanie tego projektu poprzedziła poważna debata publiczna? Czy program rządu przewiduje jakąkolwiek dyskusję ogólnospołeczną? Czy zwykły obywatel wie, czego dotyczy ta ustawa, czy jest świadom moralnych aspektów tej metody?
Rządowy skręt w lewo
Polski rząd wyraźnie skręca w lewo. Objęcie przez panią Ewę Kopacz urzędu premiera rozpoczęło się usunięciem ministra Michała Królikowskiego, podkreślającego obecność przekonań religijnych obywateli w aksjologii polskiej konstytucji, potem przeforsowano bez poważnej debaty publicznej budzącą zastrzeżenia konwencję antyprzemomocową, teraz forsowany jest projekt o in vitro, znowu bez szerokiej debaty publicznej.
Sposób działania rządu pokazuje, że nie do końca rozumie, że demokracja obywatelska i bezstronność światopoglądowa nie polega na rugowaniu przekonań aksjologicznych i religijnych z publicznego forum państwa, lecz na ich uwzględnianiu. Suwerenem nie jest bowiem rząd, ale naród, rolą rządu nie jest wyręczanie sumienia obywateli w rozwiązywaniu problemów społecznych i moralnych, ani tym bardziej uciszanie głosu społecznego. Preambuła polskiej konstytucji mówi, że jednym z podstawowych źródeł uniwersalnych wartości stojących u fundamentu polskiej państwa jest wiara w Boga oraz dziedzictwo chrześcijańskie, istnieje oczywiście niemała grupa społeczna nie podzielająca tej wiary, więc zawsze potrzebny jest kompromis.
Wszystko z dobroci
Dlatego w debacie publicznej nie można ignorować ani ośmieszać głosu Kościoła. W demokracji ważną rolę odgrywają instytucje i przekonania obywateli, których ok. 90 proc. uważa się za katolików. Tymczasem politycy obozu rządzącego pomijają całkowicie stanowisko katolickie.
Jan Paweł II, Benedykt XVI i obecny papież wielokrotnie zabierali głos w sprawie zapłodnienia pozaustrojowego. Odwołując się do ich racjonalnych argumentów, moglibyśmy dziś skonstruować nowoczesne, odpowiadające etosowi polskiego społeczeństwa prawodawstwo regulujące kwestię in vitro. Nauczanie to jest dziś w Polsce pomijane i wykluczane z debaty, traktowane jako nieracjonalny przeżytek często przez ludzi nieświadomych złożoności zagadnienia.
Czy mamy moralne prawo rozwijać program in vitro kosztem ludzi, którym się odbiera ostatnią szansę na leczenie ciężkich chorób?
Tymczasem przeoczenie w dyskursie publicznym argumentów papieży pokazuje, że debaty tej faktycznie nie ma, jest za to monolog wynajętych ekspertów i odgórne ustalenia władz. Strona rządowa narzuca społeczeństwu swoje własne stanowisko. W wywiadach telewizyjnych mogliśmy niedawno słyszeć, że robi to z dobroci i wyrozumiałości dla małżonków chcących mieć dziecko. Motyw ten może wydawać się głęboko ludzki, ale tylko gdy pominiemy kwestię likwidacji i instrumentalizacji zarodków, oraz bolesną dysocjację więzi intymnych małżeńskich i rodzicielskich. Wzruszające historie rodziców, którym urodziły się dzieci z in vitro, nie mogą być jedynym argumentem, inaczej popadniemy w sentymentalizm etyczny, ślepy na skrywane i nierozpoznane dramaty dzieci, kobiet i mężczyzn.
To smutne, że czołowi politycy rozwiązują wszystkie problemy krótkimi stwierdzeniami: „to mi się wydaje najbardziej racjonalne", „tu chodzi o szczęście polskich mężczyzn i kobiet", „projekt ustawy służy życiu, jest pro life". Zamiast debaty obywatelskiej serwuje się nam wywiady z politykami zwierzającymi się z rozterek jakich doznają uprawiając politykę. Pani premier, ministrowie, parlamentarzyści, nie rozwiązujcie bez nas naszych ludzkich i moralnych dylematów! Zamiast polityki dobroduszności i swojskości umożliwcie nam współtworzenie prawa regulującego społeczne fundamenty. Nie potrzebujemy demokracji swojskiej, lecz demokracji obywatelskiej.
Dotychczasowe wystąpienia Ewy Kopacz i prezydenta Bronisława Komorowkiego nie dają odpowiedzi na istotne moralne pytania o in vitro. Widzą w projekcie – jak mówią – jedyną racjonalną próbę rozwiązania problemu bezpłodności, jednak nie odnoszą się do kwestii budzących kontrowersje i sprzeciw. Ich wypowiedzi w zasadzie pomijają problemy moralne i światopoglądowe. Tymczasem polskie społeczeństwo związane jest z Kościołem i przyjmuje katolickie widzenie moralności i polityki. Czy w konstruowaniu ustawy o in vitro przewidziana jest jakiekolwiek uwzględnienie tych przekonań obywateli?
Jaką pójdziemy drogą
Próbując zrozumieć i uregulować problem bezpłodności i in vitro, przyjrzyjmy się ustawodawstwu i doświadczeniom innych państw. Regulacje niektórych krajów UE dopuszczają tworzenie zarodków nadliczbowych i ich niszczenie, jeśli nie zostaną wykorzystane. W Niemczech, Irlandii, Austrii i Szwajcarii nie można wytwarzać zarodków nadliczbowych, a co za tym idzie, nie można też ich zamrażać. Nie we wszystkich krajach dopuszczalna jest diagnostyka przedimplantacyjna, jeśli nie mamy do czynienia z ryzykiem poważnych chorób genetycznych. Tak jest w Niemczech i Irlandii.
W Niemczech i Austrii niemożliwe jest też, aby tak zwany dar nasienia był całkowicie anonimowy. Chodzi tu o prawa dzieci do poznania biologicznych rodziców. Dar oocytów zaś zabroniony jest oprócz tych dwóch państw również w Irlandii, Norwegii, Szwecji i Szwajcarii. W takich państwach jak Niemcy, Austria, Francja, Norwegia, Szwecja, Szwajcaria niemożliwe jest tzw. wypożyczanie macicy, w innych krajach ta kwestia często nie jest uregulowana.
Wcześniejszy projekt Jarosława Gowina nie dopuszczał tworzenia zarodków nadliczbowych i ich mrożenia. W niektórych krajach można nie tylko korzystać z banku nasienia i dawstwa oocytów, ale również dokonywać transferu embrionów. Czy my pójdziemy tropem tych najbardziej liberalnych rozwiązań? Jaką drogą pójdziemy? A może sami stworzymy własne standardy?
Komu pierwszeństwo
Zastrzeżenia wobec in vitro w przeważającej części mają ludzie praktykujący. Argumenty Kościoła katolickiego mają charakter zarówno medyczny, jak i filozoficzny i psychologiczno-społeczny. Magisterium Kościoła wraz z gremiami katolickich uczonych wydały ważne dokumenty wskazując, że moralny niepokój budzi nie tylko likwidowanie zarodków i ich przedmiotowe traktowanie, ale również całkowite umedycznienie przekazu życia. Cały świat uczuć oraz pragnień i intymnych relacji jest tu jedynie tłem dla procedur oraz techniki nie różniącej się niczym od stosowanej przy rozpłodzie ssaków hodowlanych. Te dwa zastosowania różną się jedynie intencjonalnie.
Dokumenty te wskazują również na takie negatywne zjawiska związane z in vitro jak: zwiększenie ryzyka występowania chorób i wad rozwojowych u płodu, fałszowanie relacji pochodzenia i drzewa genealogicznego, osłabianie relacji małżeńskich i rodzicielskich poprzez odwoływanie się do dawców gamet, częste zatajanie przed dziećmi prawdy o ich biologicznych rodzicach, handlowanie embrionami, materiałem genetycznym, a nawet usługami reprodukcyjno-seksualnymi.
Czasami technikę in vitro porównuje się do takich zabiegów medycznych, jak wstrzyknięcie insuliny czy wstawienie endoprotezy. Są to dalekie i nieadekwatne analogie. Te zabiegi medyczne po pierwsze nie niszczą embrionów tak jak in vitro, które kosztem życia jednych tworzy życie drugich, minimalizuje też ryzyko występowania poważnych chorób. Po drugie zrodzenie dziecka nie jest zwyczajnym procesem biologicznym, tak jak jest nim np. funkcjonowanie nerki czy serca, lecz również relacyjnym, i głęboko ludzkim.
Warto też zauważyć, że program leczenia niepłodności jest bardzo kosztowny, Polska zaś jest krajem biednym, którym służba zdrowia odmawia leczenia ludziom poważnie chorym. Czy w tej sytuacji mam moralne prawo rozwijać za pieniądze podatników program in vitro kosztem ludzi, którym odbiera się ostatnią szansę na leczenie ciężkich chorób? Przecież to z ich podatków będzie finansowany program zapłodnienia pozaustrojowego. Czy naprawdę nie ma różnicy pomiędzy procedurą in vitro a leczeniem dzieci z ciężkimi chorobami genetycznymi lub ludźmi chorymi na nowotwory? Czy społeczeństwo polskie naprawdę tak uważa, i czy rzeczywiście godzi się na takie rozwiązanie?
Autor jest dominikaninem, doktorem habilitowanym teologii na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA