Rzecz o prawie

Jak zostałem prawnikiem - opowiada Stanisław Rymar

Fotorzepa, Rafał Guz
Jak zostałem prawnikiem... dla „Rzeczpospolitej”: Stanisław Rymar, sędzia Trybunału Konstytucyjnego

Przez ojca nie został pan sędzią, a potem miał pan problemy z dostaniem się na aplikację adwokacką. Dlaczego?

Stanisław Rymar: Rzeczywiście aplikację sądową w Krakowie skończyłem z wynikiem bardzo dobrym, ale nie mogłem zostać w sądzie, mimo że o tym marzyłem. Sędzią nie zostałem jednak nie przez ojca, ale przez prawo, które uniemożliwiało łączenie w jednej rodzinie zawodu adwokata i sędziego. Mój ojciec był adwokatem. Po aplikacji sądowej złożyłem więc podanie o przyjęcie mnie na aplikację adwokacką w Krakowie. Wówczas była uzależniona od wcześniejszego odbycia aplikacji sądowej. Dostałem jednak odmowę. Mogłem pójść na aplikację w Koszalinie lub Olsztynie, ale nie w Krakowie. W ten sposób tępiono krakowskie tradycje inteligenckie. Nie tylko bowiem mój ojciec był adwokatem w stolicy Małopolski, ale także mój dziadek.

Dzięki wstawiennictwu pani prezes sądu wojewódzkiego – sędzi Janinie Polony, którą miałem okazję poznać na aplikacji sądowej, w końcu na aplikację adwokacką w Krakowie trafiłem.

Ale po zdanym egzaminie zawodowym nie zaczął pan praktyki w Krakowie.

Zgadza się. Adwokatów kiedyś rzucano po Polsce zgodnie z planem rozmieszczenia. W miastach wojewódzkich nie było miejsc dla młodych. Najpierw byłem więc adwokatem w Żywcu, a potem ze względu na żonę warszawiankę przeniesiono mnie do zespołu adwokackiego w Węgrowie. Tam poznałem młodego asesora Stanisława Dąbrowskiego. Od tamtego czasu utrzymywaliśmy koleżeńskie kontakty.

Chyba było ciężko porzucić Kraków.

Na początku bardzo. Starałem się być chociaż raz w miesiącu w Krakowie, by pójść do Teatru Starego czy pospacerować po ulicach. Młodym adwokatom w tamtych czasach nie było jednak wcale tak źle, mimo że nie mieli swobody wyboru miejsca pracy. Działaliśmy w zespołach adwokackich. Miałem do dyspozycji kawałek biurka i sekretarkę, która wspomagała cały zespół. Kierownik przydzielał sprawy i ustalał wynagrodzenie. Nie trzeba się było wówczas martwić o utrzymanie kancelarii i walczyć o klienta jak teraz młodzi adwokaci po wejściu na rynek. Gdy urodziła mi się druga córka, a moja żona zginęła w wypadku samochodowym, pozwolono mi się przenieść do Warszawy. Umożliwiono mi w ten sposób pogodzenie opieki nad małymi córkami, jedną zaledwie sześciotygdniową, z pracą adwokata.

Chyba było ciężko samemu wychować dwie córki.

One zawsze były znakomite. Chyba odziedziczyły charakter po mamie. Nie było więc trudno.

Czy teraz, kiedy jest pan sędzią Trybunału Konstytucyjnego, nie tęskni pan za zawodem adwokata?

Nie. W Trybunale spełniam marzenie swojego życia – orzekam. Wprawdzie nie jestem sędzią sądu powszechnego, ale mam możliwość spojrzenia z zupełnie innej strony na prawo. Mam bezpośredni wpływ na to, by przepisy były przyjazne obywatelom i demokracji.

Przez większość życia działał pan też na zupełnie innym polu – sportowym. Był pan m.in. wiceprezesem Warszawskiego Klubu Narciarskiego i wiceprezesem Warszawskiego Klubu Tenisowego Mera.

Działalność tego rodzaju rozpocząłem już na studiach. Z kolegami założyłem stowarzyszenie – Towarzystwo Przyjaciół Obozowych. Stworzyliśmy nawet regulamin, w którym zapisaliśmy, że od decyzji założycieli przysługuje odwołanie. Na tym regulamin się kończył. W ten sposób stworzyliśmy niewykonalny przepis. Nie wiadomo było, do kogo można by takie odwołanie składać.

Udzielałem się też w Towarzystwie Krzewienia Kultury Fizycznej. Przez wiele lat byłem jego skarbnikiem. Byłem też prezesem sądu koleżeńskiego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Będąc w Żywcu, zapisałem się nawet do GOPR. Zawsze ciągnęło mnie do sportu.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL