Piłka nożna

Samozachwyt Legii Warszawa

Ivicę Vrdoljaka (przy piłce) i jego kolegów gubi przekonanie, że Legia zdobędzie tytuł bez względu na to, jak gra
Fotorzepa, Piotr Nowak
Legia jest jednym z najsłabszych liderów rozgrywek w Europie. Mało który z prowadzących zespołów stracił tak dużo punktów.

Gdyby nie interwencja obrońcy Wisły Kraków Bobana Jovicia, który wbił piłkę do własnej bramki w ostatniej minucie, Legia poniosłaby siódmą porażkę w 24. meczu sezonu.

W ubiegłym sezonie zdobyła tytuł, przegrywając ośmiokrotnie w 37. kolejkach. Dwa lata temu – jeszcze gdy zespół prowadził Jan Urban – wygrała ligę, doznając zaledwie trzech porażek w 30. kolejkach.

Słaby lider

Legia straciła już 26 pkt. To bilans niespotykany w silnych ligach. Ekstremalnym przykładem jest Bundesliga, gdzie słowo „dominacja" nie oddaje powagi spraw. Bayern poniósł tylko jedną porażkę, czterokrotnie remisował – stracił zaledwie 11 pkt w 25 kolejkach.

Lider angielskiej Premier League – Chelsea – w 28 spotkaniach przegrał dwukrotnie, pierwsza drużyna Serie A – Juventus – przegrała raz w 27 kolejkach (siedem remisów). Jedyny lider, który ma porównywalnie kiepski bilans jak Legia, to Olympique Lyon we Francji. Młody zespół stracił już 29 pkt (w 29 seriach spotkań), przegrywając pięć i remisując siedem meczów. Różnica polega na tym, że Lyon ma zaledwie dwa punkty przewagi nad goniącym go PSG. Tymczasem drużyna Henninga Berga ma aż pięć punktów więcej niż druga Jagiellonia i sześć niż trzeci Lech Poznań.

– Czekam, aż ktoś w końcu zmusi Legię do prawdziwego wysiłku – mówi Marcin Baszczyński, były reprezentant Polski i sześciokrotny mistrz ligi z Wisłą Kraków. – Legia wpadła w samozadowolenie i wie, że w lidze może grać na pół gwizdka. Żadna z drużyn próbujących ją gonić nie jest w stanie rozegrać serii dobrych spotkań. We wszystkich klubach brakuje stabilizacji i planu.

W tej chwili o sile grupy pościgowej stanowią Jagiellonia, Lech i Śląsk Wrocław – który traci do mistrza Polski aż osiem punktów. Zespół Tadeusza Pawłowskiego w tym sezonie nie był w stanie wygrać więcej niż dwóch meczów z rzędu. Poznaniacy prowadzeni przez Macieja Skorżę wcale nie są dużo lepsi – ich najlepszy wynik to trzy zwycięstwa z rzędu, tak samo zresztą jak Legii, z tą różnicą, że legioniści takiej sztuki dokonali aż trzykrotnie w sezonie, a Lech raz. Najdłuższą serią wygranych meczów może się pochwalić Jagiellonia – zwyciężyła cztery razy. Co jednak z tego, skoro zespół Michała Probierza potrafił też trzy spotkania z rzędu przegrać albo przez pięć kolejek nie wygrać.

Jeszcze słabszy peleton

Słabość peletonu, a także fakt, że prawdziwe mecze o pełną pulę zaczną się dopiero w maju, gdy liga i punkty zostaną podzielone, powodują, że trener Berg wciąż nie musi wystawiać najlepszych zawodników, chociaż wydawało się, że po odpadnięciu Legii z Ligi Europejskiej skończą się też ciągłe zmiany w wyjściowej jedenastce.

Berg nagle zmienił bramkarza Dusana Kuciaka na Arkadiusza Malarza, a przecież to Słowak był jednym z najlepszych zawodników Legii w ostatnich sezonach. Na mecz z Wisłą – w końcu hit ekstraklasy – pozwolił sobie na środku napadu umieścić Marka Saganowskiego (dwa gole w lidze – ostatnie trafienie w ekstraklasie 24 sierpnia 2014 r.), a Orlando Sa (dziewięć goli w lidze, 17 we wszystkich rozgrywkach) rozpoczął mecz na ławce.

– Na początku sezonu miałem do Berga pretensje o te ciągłe rotacje – mówi Baszczyński. – Z doświadczenia wiem, że gdy rozgrywki startują, każdy kolejny mecz tylko bardziej nakręca, powoduje wzrost pewności siebie. Tymczasem Berg nie dał drużynie złapać rytmu. Ale jeśli dzięki temu pomysłowi osiągnął sukces, jakim był awans do Europy, to nic nam do tego. Skoro dalej zmienia skład, wygląda na to, że ma po prostu taki styl prowadzenia drużyny. Wie, że na tę ligę to wystarczy. Chciałbym zobaczyć, jak Norweg reaguje w sytuacji kryzysowej. Co by się stało, gdyby Legia straciła pozycję lidera, gdyby musiała gonić. Czy dalej by rotował, czy jednak miałby żelazną jedenastkę – zastanawia się Baszczyński.

Legia w tym sezonie zapewne zdobędzie trzeci z rzędu tytuł, mimo że wiosną nie zagrała ani jednego przekonującego meczu. – Warszawianie nie bardzo mają rywala. Pozostałe kluby tak naprawdę nie mają ambicji, planów ani presji na zdobycie mistrzostwa. Legia jako jedyna jest klubem porządnie zarządzanym. Inni co chwila muszą coś załatać, podpisać ugodę, spłacić komornika. Naturalny rywal, czyli Lech, w tym sezonie przechodzi przebudowę. Ale powoli trzeba ten parasol ochronny nad Maciejem Skorżą składać – kończy Baszczyński.

Podobnie jak w Lechu sprawy się mają w Lechii Gdańsk, która zaczyna odzyskiwać stabilizację po przerwie zimowej. Ponieważ jednak straciła całą jesień, wiadomo, że do walki o tytuł się nie włączy. Dlatego Legia truchtem, bez pocenia się, dobiegnie pewnie do mety na pierwszym miejscu.

Tylko żeby to tempo piłkarzy i Berga za bardzo nie rozleniwiło, bo od lipca znowu europejski sprint.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL