Wywiady i opinie

Wywiad z Januszem Pilitowskim z Ministerstwa Gospodarki

materiały prasowe
Zapisy o gwarantowanych cenach są niespójne z resztą ustawy o OZE – twierdzi szef Departamentu Energetyki Odnawialnej resortu gospodarki Janusz Pilitowski.

Komisja Europejska wycofała przeciwko Polsce skargę za niewdrożenie przepisów dyrektywy o OZE nakładająca na nasz kraj 61 tys. euro. Czy nie grożą nam jednak kary za opieszałość?

Termin wdrożenia dyrektywy o OZE rzeczywiście upłynął w dniu 5 grudnia 2010 r. Należy jednak podkreślić, że z uwagi na bardzo złożoną materię, nie tylko Polska miała problemy z punktualną transpozycją wszystkich przepisów. Ponadto, zdecydowana większość przepisów dyrektywy, w tym jej najważniejsze kwestie, zostały w pełni zaimplementowane do polskiego porządku prawnego terminowo. Obecnie nie ma już żadnych wątpliwości, że wszystkie przepisy są wdrożone, więc Komisja Europejska wycofała wniosek o ukaranie Polski kwotą 133 tys. euro dziennie, potem zmniejszoną do 61 tys. euro. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nie ma już zatem formalnych podstaw do kontynuacji postępowania w tej sprawie. Groźba kary została ostatecznie zażegnana.

Zbiegło się to w czasie z uchwaleniem ustawy o OZE po pięciu latach prac nad dokumentem...

Decyzja KE o wycofaniu wniosku o ukaranie Polski nie miała żadnego związku z postępem prac nad tą ustawą. Zarzuty Komisji dotyczyły nowelizacji ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciekłych. Chodziło o regulacje związane z kryteriami zrównoważonego rozwoju dla biokomponentów. Choć pierwotne zapisy naszej ustawy odsyłały do odpowiednich paragrafów dyrektywy, to KE uznała, że należy bezwzględnie wdrożyć te kryteria bezpośrednio do polskiego porządku prawnego. Był to więc raczej spór o charakterze prawnym, a nie merytorycznym.

Ustawa zmienia system wsparcia z zielonych certyfikatów na aukcje. Kiedy MG ogłosi do pierwszej z nich wytyczne np. cenę referencyjną czy wolumen potrzebnej zielonej energii.

Ilość zamawianej energii będzie znana pod koniec maja, z kolei ceny referencyjne ogłosimy do końca roku. Wszystkie kwestie związane z powyższymi obowiązkami Ministra Gospodarki wynikają wprost z przepisów przejściowych – tj. art. 208-209 ustawy. Należy przy tym wyjaśnić, że cena referencyjna będzie inna dla istniejących wytwórców, którzy są beneficjentami systemu świadectw pochodzenia i inna dla nowych wytwórców, którzy skorzystają z systemu aukcyjnego. Składnikami ceny referencyjnej dla istniejących wytwórców będzie kwota 239,83 zł i średnia kwartalna cena energii elektrycznej. A więc jeśli dziś średnia cena energii elektrycznej waha się między 180-190 zł/MWh, to można założyć, że cena referencyjna dla źródeł chcących przejść z dotychczasowego systemu świadectw pochodzenia do nowego systemu aukcyjnego wyniesie około 420 zł/MWh plus-minus 10 zł. Dla nowych wytwórców, którzy po raz pierwszy wytworzą energię elektryczną dopiero po wygraniu aukcji, ceny referencyjne będą wyznaczone na podstawie zrównoważonego kosztu wytwarzania energii. Takich cen przewidujemy łącznie 18, oddzielnie dla każdej technologii i wielkości instalacji. Podobnie jak w przypadku istniejących instalacji ceny referencyjne będą maksymalnym pułapem akceptowalnym w procedurze aukcyjnej.

Branża spodziewa się pierwszej aukcji najwcześniej w połowie 2016 r., a nie na początku stycznia.

Organizowanie i rozstrzyganie aukcji leży w kompetencjach Prezesa URE. Zgodnie z ustawą Prezes URE po raz pierwszy ogłosi aukcję najpóźniej do końca marca przyszłego roku.

Wiatrakowcy w czasie prac legislacyjnych postulowali wprowadzenie przynajmniej półokresu przejściowego. Ponieważ ich żądania nie znalazły odzwierciedlenia w zapisach ustawy dziś mówią o luce inwestycyjnej trwającej nawet 2 lata. Czy zdążymy z realizacją zobowiązań mówiących o udziale odnawialnych źródeł na poziomie 15 proc. do 2020 r.

Cele Polski w zakresie udziału OZE do 2020 r. są niezagrożone. Według danych GUS oraz ARE realizujemy je nawet z pewnym wyprzedzeniem. Obecnie utrzymujemy bezpieczny margines w wysokości  0,5 pkt proc. w stosunku rocznym ponad nasze pierwotne założenia. Ten rok będzie bardzo intensywnym okresem budowy mocy wiatrowych, do czego przyczyniły się także zapisy ustawy. Wielu inwestorów chce przed końcem roku rozpocząć produkcję energii elektrycznej, co uprawniać ich będzie do otrzymania zielonych certyfikatów i zapewni możliwość pozostania w starym systemie. Mówienie o przyszłym roku, że będzie czasem przestoju, też jest w mojej ocenie dużym uproszczeniem. Opieram się tu choćby na planach inwestycyjnych w zieloną energetykę największych grup energetycznych takich jak PGE czy Tauron. Teoretycznie mogę sobie wyobrazić scenariusz, że już w 2017 r. osiągniemy nasze założenia w sektorze elektroenergetyki na 2020 r., a potem organizowane aukcje mogą być tylko na symboliczne ilości energii. Pamiętajmy też, że cel OZE to nie tylko energia elektryczna, lecz także sektor ciepła oraz transportu. Niektórzy przedstawiciele środowiska branży wiatrowej ciągle niesłusznie używają argumentów, że to właśnie elektrownie wiatrowe są kluczowe do wykonania celu – to nie do końca prawda.

Czy ten naddatek nie wynika jednak z dużego udziału współspalania?

Współspalanie odgrywa coraz mniejszą rolę wśród odnawialnych źródeł energii. O ile jeszcze 2 lata temu udział tej technologii sięgał 45 proc., to dziś nie przekracza 20-23 proc. Taka tendencja się utrzyma. Powodem jest duża dynamika rozwoju innych źródeł, zwłaszcza wiatrowych, oraz przewidywane ograniczenie wsparcia dla współspalania. Z pełnego wsparcia – na mocy przepisów ustawy o OZE – będą mogły korzystać tylko tzw. dedykowane instalacje spalania wielopaliwowego, w których wykorzystuje się większy udział biomasy. Według obliczeń Ministerstwa Gospodarki w Polsce jest 12 takich jednostek. Pozostałe instalacje spalania wielopaliwowego będą musiały albo się zmodernizować, albo zamknąć. Będzie to oczywiście w każdym przypadku indywidualna decyzja inwestorów oparta na nowych realiach prawno-ekonomicznych.

Wracając do naszych celów w OZE. Czy jest pomysł na udział zielonych źródeł w miksie w Polityce Energetycznej Polski do 2050 r. uwzględniający nasze zobowiązania 27-proc. udziału OZE na poziomie UE i 40-proc. redukcję CO2 w poszczególnych krajach do 2030 r.?

Na razie nie ma takiej decyzji. Udział OZE w miksie po 2020 r. będzie w najbliższych miesiącach przedmiotem intensywnych konsultacji, także w ramach Społecznej Rady ds. Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej. Duży wpływ na ostateczną decyzję w tej sprawie będą miały ustalenia szczytu klimatycznego w Paryżu, choć Minister Gospodarki może ogłosić kierunkową wizję jeszcze przed rozpoczęciem rokowań.

Z szacunków Instytutu Energetyki Odnawialnej wynika, że nie spełnimy celu 40-proc. redukcji emisji CO2, jeśli udział OZE w miksie nie wzrośnie do 24-28 proc. do 2030 r.

Szacunki IEO nie są kompletne. Nie uwzględniają bowiem szeregu zintegrowanych działań podejmowanych wspólnie przez resort gospodarki, infrastruktury i rozwoju czy środowiska. Chodzi m.in. o zwiększanie efektywności energetycznej, ograniczenie niskiej emisji związanej z instalacjami ciepłowniczymi, a także zmianami w prawie budowlanym, które zobowiążą branżę budowlaną do stosowania rozwiązań ograniczających emisję. A więc nie można powiedzieć, że rozwój OZE powinien być wyłącznym narzędziem do redukcji emisji.

Te cele pomogłyby spełnić najmniejsze instalacje. Tymczasem MG sprzeciwiało się zapisom o taryfach gwarantowanych stymulującej rozwój tego rynku. Dlaczego?

Uważam, że idea wprowadzenia poprawki prosumenckej jest słuszna. W ten sposób poszerzamy i dywersyfikujemy rynek energii w Polsce. Jednak z prawnego punktu widzenia, przepisy dotyczące cen gwarantowanych są niespójne w stosunku do innych zapisów tej ustawy, co stwarza wiele problemów interpretacyjnych. A to jest prosta droga do sądowych sporów. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że Ministerstwo Gospodarki chce tego uniknąć.

Konkretnie które?

Do ustawy wprowadzono np. szereg pojęć charakterystycznych dla regulacji prawa budowlanego, które nigdzie nie zostały zdefiniowane. Nie ma ponadto zapisów mówiących o mechanizmach kontrolujących zakładany przyrost mocy, ani o sankcjach dla przedsiębiorstw energetycznych nierealizujących ustawowych obowiązków związanych z mikroinstalacjami. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której pierwszego roku funkcjonowania taryf gwarantowanych operatorzy zgłoszą podłączenie do swojej sieci instalacji o łącznej mocy przekraczającej założone ustawowo 800 MW. Komu będzie wówczas przysługiwało prawo do sprzedaży wytworzonej energii elektrycznej po wyższej stawce taryfy stałej, a kto będzie musiał się zadowolić stawką podstawową w wymiarze 100 proc. ceny rynkowej? I w końcu, kto zrekompensuje sprzedawcy zobowiązanemu straty wynikające z odkupienia drogiej energii elektrycznej wyprodukowanej przez prosumentów? Obawiam się, że w aktualnym stanie prawnym, przedsiębiorstwa energetyczne będą żądać zaświadczeń od najmniejszych wytwórców z potwierdzeniem, że mieszczą się oni jeszcze w owych 800 MW, z zastrzeżeniem, że wszelkie ryzyko związane z przekroczeniem tego limitu będzie po stronie wytwórcy. Jak by tego było mało, Prezes URE ma związane ręce, bo brakuje narzędzi ustawowych, którymi mógłby interweniować. A więc sprawy sporne liczone być może w dziesiątki tysięcy będą trafiać do sądów powszechnych.

Skąd podejrzenie, że 800 MW powstanie w ciągu 2016 r.?

Wysokie stawki gwarantowane zostały „uszyte" pod rozwój rynku fotowoltaiki. Ten rynek jest bardzo dobrze rozwinięty w Niemczech, gdzie właśnie ograniczono wsparcie do 10 eurocentów za kWh. Dla tamtejszych firm nie będzie żadnym problemem transferowanie tu swoich pracowników, infrastruktury i technologii. Mogę nawet założyć, że ta fala już do nas płynie – nie tylko z Niemiec, ale także z dalekiego wschodu. Dlatego przy istniejącym zewnętrznym potencjale i naszych wysokich stawkach 75 gr/kWh dla fotowoltaiki, ten rynek rozwinie się bardzo szybko. A to spowoduje, że już w kolejnym roku będzie trzeba podnosić opłatę OZE, co wpłynie na rachunki wszystkich odbiorców energii elektrycznej, także tych najuboższych. Dlatego m.in. sprzeciwialiśmy się taryfom gwarantowanym także dla dużych inwestycji w OZE. Dodatkowym impulsem będą wszelkiego rodzaju dotacje, preferencyjne kredyty i pożyczki. Mam wrażenie, że ustawodawca zapomniał, iż nie powinny być one bezrefleksyjnie łączone z taryfami stałymi gdyż doprowadzą do nadmiernego i nieuzasadnionego nadwsparcia, za które zapłacimy my wszyscy.

Co zatem zrobicie?

Razem z URE i UOKiK możemy jedynie przedstawić obiektywną informację Polakom, którzy są zainteresowani inwestycją w mikroinstalacje. Zakładam, że taki swoisty zbiór uwag identyfikujących potencjalne zagrożenia opublikujemy jeszcze  w marcu. Chodzi nam o wskazanie pewnych raf, o które można się rozbić. Zadaniem administracji publicznej jest ostrzeganie przed pewnym potencjalnym, ale realnym ryzykiem. Uważam, że decyzje w tak istotnych sprawach powinny być podejmowane świadomie i odpowiedzialnie. Z kolei parlament będzie musiał się pochylić nad oceną  tejże ustawy, aby przepisy prosumenckie były spójne z pozostałymi zapisami ustawy, a także regulacjami dotyczącymi pomocy publicznej.

Faktycznie potencjalni beneficjenci nie rozumieją wielu następstw dotyczących zastosowania w praktyce przepisów o taryfach i ich połączenia z pomocą inwestycyjną np. z programu NFOŚiGW Prosument.

Znajomość i stopień zrozumienia zapisów ustawy o OZE jest niska, co widać po rozmowach, które odbywam z przedstawicielami samorządu i poszczególnymi przedsiębiorcami. Dlatego konieczne jest także uspójnienie wsparcia ustawowego z zapisami dotyczącymi pomocy publicznej w obliczu obowiązujących przepisów Komisji Europejskiej. Moim zdaniem uchwalone taryfy same w sobie są zbyt wysokie. Uwzględniają bowiem 9-proc. stopę zwrotu, podczas gdy średnioroczna dopuszczalna przez KE stopa zwrotu to 3,58 proc. Ponadto, jak już wcześniej wspomniałem, łączenie taryf stałych z pomocą inwestycyjną może oznaczać nadmierną, nieuzasadnioną ekonomicznie pomoc publiczną, która nie jest dozwolona w Unii Europejskiej.

CV

Janusz Pilitowski pracuje w Ministerstwie Gospodarki od 2011 r. Początkowo był tam wicedyrektorem Departamentu Energetyki, a obecnie jest dyrektorem Departamentu Energetyki Odnawialnej. Zanim trafił do ministerstwa, pracował w Krajowej Izbie Biopaliw i Urzędzie Regulacji Energetyki, a także w Mennicy, gdzie był prezesem.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL