Społeczeństwo

Emerytury albo zdrowie

Fotorzepa/Magda Starowieyska
Gwałtownie rosnąca liczba emerytów utrudni państwu prowadzenie polityki społecznej.

Z najnowszych danych ZUS, do których dotarła „Rzeczpospolita", wynika, że w styczniu tego roku emerytów było już 4,993 mln – to o niemal 60 tys. więcej niż pół roku temu i 12 tys. więcej niż w grudniu.

 

Będzie presja, by podnosić podatki

Biorąc pod uwagę, że emerytów przybywa w tak błyskawicznym tempie, można szacować, że w marcu będzie ich już ponad 5,01 mln. W rekordowym do tej pory listopadzie 2009 r. emerytury z ZUS pobierało mniej osób, bo 5,006 mln.

Z nową falą emerytów rosną wydatki ZUS. W styczniu ubiegłego roku wydawał on na emerytury 9,88 mld zł miesięcznie. Rok później – 10,26 mld zł. Te 380 mln zł miesięcznie więcej daje rocznie ok. 4,6 mld zł (część tego wzrostu to efekt waloryzacji świadczeń).

– To pogłębi problemy ZUS – ocenia Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku.

 

Tłumaczy, że już teraz co trzecia wypłacana z niego złotówka nie pochodzi ze składek, ale z budżetu. Równocześnie zwraca uwagę, że skalę trudności finansowych ZUS zmniejsza nieco nowy sposób wyliczania świadczeń, który jest mniej hojny niż stary.

Rosnąca liczba emerytów to powód do zmartwień dla pracujących. To z ich podatków – w ZUS nie ma żadnych pieniędzy – wypłacane są świadczenia. Może to powodować presję na podwyżkę ich danin. To m.in. za sprawą manka w ZUS rząd podniósł w 2012 r. składkę rentową o 2 pkt proc.

– Nie ma cudów. Gdy w ZUS brakuje pieniędzy, trzeba podnosić daniny nakładane na obywateli. Można oczywiście racjonalizować wydatki, wciąż mamy takie możliwości, ale nasi politycy się ku temu nie kwapią – mówi Wojciechowski.

Kosztem młodych

Już obecnie Polska dużo pieniędzy wydaje na świadczenia dla starszych osób. Dowodzą tego dane OECD, organizacji zrzeszającej 34 najlepiej rozwinięte gospodarki świata. Wynika z nich, że w naszym kraju wydajemy na nie prawie 12 proc. produktu krajowego brutto. Średnia dla krajów tej organizacji wynosi 7,8 proc.

Nie byłoby w tym jeszcze nic niepokojącego, gdyby nie porównanie tej kwoty ze strukturą wiekową poszczególnych społeczeństw.

Polska wciąż ma dość młodą populację – odsetek osób w wieku powyżej 65 lat w stosunku do liczby osób w tzw. wieku produkcyjnym wynosi 21,6 proc. Innymi słowy: na cztery osoby w wieku zdolności do pracy przypada zaledwie jedna w wieku 65+.

To całkiem niezły wynik – średnia dla OECD wynosi 25,5 proc., a na przykład w Grecji, Francji, Belgii, Finlandii, Estonii, Szwecji, Wielkiej Brytanii czy na Węgrzech wskaźnik ten oscyluje wokół 30 proc. Najwięcej starszych osób jest w Japonii (42,2 proc.) oraz w Niemczech (34,8 proc.). Na drugim biegunie są Meksyk (11,4 proc.), Turcja (12,5 proc.) i Chile (16 proc.).

Jeśli jednak zestawimy dane o wieku Polaków z tym, ile pieniędzy wydajemy na świadczenia dla starszych osób, okazuje się, że jesteśmy pod tym względem rekordzistami świata. Jak wynika z wyliczeń „Rzeczpospolitej", sfinansowanie każdego punktu procentowego populacji starszych osób pochłania w naszym kraju 0,55 pkt proc. PKB.

W znanej z hojności socjalnej Grecji ten wskaźnik wynosi 0,41 pkt proc., w bogatych Niemczech – 0,32 pkt, w również zamożnych Norwegii, Szwajcarii, Kanadzie czy Wielkiej Brytanii – ok. 0,2 pkt. To o ponad połowę mniej niż w Polsce.

– Nasza polityka społeczna zdecydowanie preferuje starsze osoby, często kosztem młodszych – zauważa ekonomista Maciej Bukowski, prezes Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych.

Wskazuje, że taki sposób jej uprawiania powoduje, iż nie ma pieniędzy na te obszary, które wymagają o wiele większych nakładów niż obecnie. – Przede wszystkim jest to zdrowie. Tutaj, jeśli chodzi o wydatki publiczne, odstajemy ogromnie od reszty świata – zauważa Bukowski.

Ekonomista Paweł Dobrowolski, ekspert Instytutu Sobieskiego, zwraca z kolei uwagę na fatalny sposób traktowania przez nasze państwo ludzi młodych. – Starsi często żyją na ich koszt. Jeśli tak ogromne kwoty przeznaczamy na transfery dla starszych, nie dziwmy się, że młodzi szukają dla siebie miejsca w krajach, które są im przyjaźniejsze – mówi.

Czekali pięć lat

Skąd w ogóle nowa fala emerytów? Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do 2009 r., gdy rząd wygasił powszechne przywileje emerytalne dla 55-latek i 60-latków. Wiedząc, że tak będzie, na świadczenia uciekły wtedy kobiety urodzone w 1953 r. i mężczyźni urodzeni w 1948 r.

Wygaszając przywileje, rząd zamknął drogę do wcześniejszego świadczenia kolejnym pięciu rocznikom. Musiały czekać do osiągnięcia zwykłego wieku emerytalnego. Ta „blokada" skończyła się w ubiegłym roku. I to właśnie wyjaśnia wzrost liczby emerytów.

Kobiety urodzone w 1954 r. i mężczyźni urodzeni w 1949 r. od 2014 r. wkraczają w wiek uprawniający do świadczeń. Wynosi on 60 lat i dodatkowo od jednego do czterech miesięcy dla kobiet oraz 65 lat plus pięć miesięcy dla mężczyzn. Te kilka dodatkowych miesięcy to efekt podnoszenia od 2013 r. wieku emerytalnego. Stąd też liczba świadczeniobiorców rośnie nie od początku ubiegłego roku, ale dopiero od jego połowy.

– Emerytura uciekła mi pięć lat temu sprzed nosa, teraz mogę już na nią pójść – mówi pani Halina, która urodziła się na początku 1955 r.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL