fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Tomasz P. Terlikowski: Schizma zaczęła się na Zachodzie

Tomasz P. Terlikowski
Fotorzepa, Ryszard Waniek
Jeśli gdzieś jakaś część katolików odłączy się od Kościoła, to nie w Polsce, lecz tam, gdzie dzieje się to już w formie utajonej od wielu lat, czyli w Niemczech – pisze publicysta.

Dominik Zdort w swoim tekście na łamach „Plusa Minusa" zasugerował, że schizma zacznie się w Polsce. Publicysta „Rzeczpospolitej" nie ma racji. I to nie dlatego, że polscy katolicy nie są znani ze schizmatyckich czy heretyckich skłonności (dwa małe wyznania – mariawityzm i Polski Narodowy Kościół Katolicki – w całej historii to niewiele). Po prostu schizma już jest. Zapoczątkowali ją jakiś czas temu niemieccy, holenderscy i belgijscy hierarchowie, którzy odrzucili – w lekko zakamuflowany sposób – encyklikę „Humanae vitae" i zawarte w niej nauczanie o antykoncepcji.

To jest moment, w którym zawiązała się „cicha schizma", a kolejne decyzje duszpasterskie części zachodnich hierarchów doprowadziły do tego, że przekształciła się ona w wielu miejscach w cichą, ale nie mniej realną herezję. Kościół w Niemczech od dawna – choć nieformalnie – dopuszcza przecież rozwodników w ponownych związkach do komunii świętej, a choćby wspomnienie o świętokradztwie, którym jest niegodne w takiej sytuacji przystępowanie do Eucharystii, uznaje za niedopuszczalny brak wyczucia duszpasterskiego. Jeśli dodać do tego postępującą protestantyzację liturgii, a także zanik poczucia sakralności Eucharystii, to obraz całkowicie realnej herezji staje się pełny. Ubiegłoroczny synod biskupów tylko wyciągnął tę bolesną prawdę na wierzch i pokazał, jak potężne są wpływy odrzucającej ortodoksję nowej doktryny.

Odwieczny model kształtowania wiary

I nie ma w tym nic zaskakującego. Od wieków w Kościele kształtowanie się doktryny czy jej pogłębianie wyglądało w ten sam sposób. W jednej ze wspólnot (a niekiedy w różnych) pojawiały się osoby (często właśnie biskupi czy główni teolodzy), które zaczynały głosić nowe teorie, niekiedy przybierając je w szaty starego nauczania. Po jakimś czasie zaś zwoływano synod czy sobór, aby nową naukę ocenić, zweryfikować jej ewentualne dobre strony, a odrzucić to, co jest z wiarą i ortodoksją całkowicie niezgodne.

I taką właśnie rolę powinny odegrać także dwa synody (zeszłoroczny i ten planowany na rok bieżący) poświęcone małżeństwu i rodzinie (niezależnie od tego, jakie plany mieli i mają wobec nich postępowo nastawieni hierarchowie). Zadaniem ojców synodalnych jest zastanowienie się nie tylko nad tym, jak głosić niezmienną prawdę o małżeństwie i rodzinie, ale także jak rozprawić się z zespołem błędnych idei i doktryn, które skrywają się za wyrażonymi przez kard. Waltera Kaspera pomysłami, by zmienić „praktykę duszpasterską" wobec osób rozwiedzionych w nowych związkach.

Pozytywne skutki tej debaty już widać. Na sali synodalnej, ale także w debacie publicystycznej i teologicznej ojcowie wierni ortodoksji niezwykle mocno wykazali, że w istocie za pomysłem, by zmienić „praktykę duszpasterską", skrywa się radykalna zmiana doktryny, i to nie tylko moralnej, ale także tej dotyczącej rozumienia Eucharystii czy Kościoła. Zwolennicy propozycji kard. Kaspera, świadomie lub nie, głoszą przecież w istocie, że słowa Jezusa o tym, że rozwodnik biorący sobie żonę albo ktoś, kto poślubia rozwiedzioną, cudzołoży, mogą przestać obowiązywać (co oznacza podważenie autorytetu Pisma Świętego), czyli że dwa tysiące lat niezmiennego nauczania Kościoła zachodniego o nierozerwalności małżeństwa mogą zostać w praktyce odrzucone (co oznacza naruszenie wartości tradycji i kościelnego Magisterium).

Poglądy tych hierarchów oznaczają też, że cudzołóstwo może przestać być uważane za grzech, a jeśli tak jest, to trudno nie zadać im pytania, dlaczego tak samo nie traktować homoseksualistów w związkach czy osób w konkubinatach heteroseksualnych.

Niektórzy zwolennicy pomysłów kard. Kaspera już zresztą nie ukrywają, że marzą im się także zmiany w tym kierunku. To jednak oznaczałoby nie tylko totalną destrukcję katolickiej moralności i zastąpienie jej niemoralnością świata, ale także uznanie, że przez dwa tysiące lat Kościół w tak kluczowych sprawach się mylił. Warto też zadać pytanie kard. George'a Pella: jeśli kard. Kasper ma rację, to czy w takim razie nie miał jej papież, który odmówił Henrykowi VIII prawa do ponownego małżeństwa? A jeśli nie miał, to czy nie należy cofnąć kanonizacji św. Tomasza Morusa, który oddał życie nie tylko za wierność Rzymowi, ale także za nierozerwalność małżeństwa?

Papież nie ma władzy

Te pytania będzie musiał sobie postawić także Ojciec Święty, gdy przyjdzie mu podsumować obrady obu synodów i przygotować na ten temat dokument. I niezależnie od tego, jakie są jego osobiste poglądy (a na razie niewiele w tej kwestii wiadomo, chociaż o części z nich można domniemywać na podstawie decyzji personalnych, a także niektórych wypowiedzi), będzie to musiał zrobić w taki sposób, by zachować dotychczasową doktrynę. Papież, o czym warto przypomnieć, nie ma bowiem władzy nad Magisterium, jest jedynie jego strażnikiem. „Uświadamiał to nam Jan Paweł II, gdy na żądanie dopuszczenia kobiet do święceń kapłańskich odpowiedział właśnie: nie możemy, ponieważ nie mamy takiego upoważnienia. Ówczesny kard. Ratzinger mawiał w związku z tym, że »zwolennicy kapłaństwa kobiet i innych takich zmian są najwyraźniej wyznawcami wszechmocy papieża; ale papież nie wierzy we własną wszechmoc« – podkreślał w szkicu „Kim jest papież" zamieszczonym w kwartalniku „Christianitas" Paweł Milcarek.

I niezależnie od tego, co opowiadają teraz bliscy współpracownicy Franciszka (a warto pamiętać, że są wśród nich także hierarchowie absolutnie ortodoksyjni i z odwagą walczący o prawdę, jak – cytowany już przeze mnie – kard. George Pell) na temat jego rzekomych planów, warto mieć świadomość, że właśnie koniecznością zachowania i obrony wiary, a nie własnymi poglądami, będzie musiał się on kierować przy przygotowaniu nowego dokumentu. Czuwać zaś nad Ojcem Świętym będzie – w co głęboko jako katolik wierzę – Duch Święty. Historia Kościoła nieraz już przy tym pokazała, że papieże potrafią sprzeciwić się tym, którzy doradzają im olbrzymią zmianę, i to nawet wówczas, gdy doradzającymi są najbliżsi przyjaciele. Tak było w przypadku Pawła VI i zakazu antykoncepcji. Najbliżsi współpracownicy papieża byli wówczas za zmianami, ale Ojciec Święty wbrew im i  ogromnej części ekspertów zdecydował się potwierdzić nauczanie Kościoła.

I obecnie też nie sposób się spodziewać czegoś innego. Dokument papieża może być oczywiście sformułowany ostrzej lub łagodniej, ale nie może zawierać opinii jawnie sprzecznych z Magisterium Kościoła w odniesieniu do nierozerwalności małżeństwa.

Taki, a nie inny proces przygotowywania dokumentu papieskiego daje zaś nadzieję, że Ojciec Święty nie tylko zajmie się realnymi problemami ludzi wierzących, ale też otrzyma zestaw argumentów, które pomogą mu jasno i dobitnie wyrazić starą doktrynę Kościoła oraz pogłębić jej rozumienie. Tak stało się przecież w trakcie debaty przed napisaniem „Humanae vitae", która zakończyła się wypracowaniem przez Karola Wojtyłę niezwykle głębokiej teologii ciała. I można mieć nadzieję, że podobnie będzie obecnie – że skutkiem debat synodalnych będzie właśnie wypracowanie pełniejszej teologii małżeństwa i miłosierdzia oraz powiązania eklezjologii z nauczaniem o małżeństwie.

Istotną rolę w tym procesie odegrać mogą (i już odgrywają) polscy pasterze. Zaangażowanie abp. Stanisława Gądeckiego zatrzymało część pomysłów sekretariatu synodu, a wypowiedzi abp. Henryka Hosera są istotnym głosem w toczącej się obecnie debacie. Obaj hierarchowie bronią jednak – i tu znów nie zgodzę się z Dominikiem Zdortem – nie tyle nauczania św. Jana Pawła II, ile absolutnych podstaw Magisterium Kościoła i katolickiej wiary. Ich odwaga ma znaczenie, ale warto mieć świadomość, że nie są w tych działaniach osamotnieni. Ortodoksji bronią także hierarchowie z Afryki (i to niekiedy z jeszcze większą pasją i używając ostrzejszych sformułowań), pewna część biskupów z USA i krajów azjatyckich, lecz również niektórzy Francuzi czy Włosi.

Historię pisze Duch Święty

Trzeba też pamiętać, że Kościół nie jest wyłącznie instytucją ludzką, ale też boską. Historię piszą w nim nie tylko frakcje czy koterie, lecz także Duch Święty. I to On jest gwarantem, że „bramy piekielne nie przemogą" Kościoła, a każdy kryzys zakończy się zwycięstwem Prawdy.

To niewątpliwie nie jest i nie będzie łatwy czas. Na końcu tych zmagań zobaczymy jednak Kościół umocniony. Jeśli zaś gdzieś zacznie się sformalizowana realna schizma, to nie w Polsce, lecz tam, gdzie trwa ona w formie nieformalnej i utajonej od wielu lat, czyli w Niemczech. Polska, tak jak było przez wieki, pozostanie wierna papieżowi i Kościołowi.

Autor jest publicystą, filozofem, redaktorem naczelnym TV Republika

Pisali w „Rzeczpospolitej"

Dominik Zdort

Schizma zacznie się w Polsce?

28.02–1.03.2015

Marcin Komosa

Papież na marginesie

5.03.2015

Konrad Sawicki

Szantaż tradycjonalistów

5.03.2015

Stanisław Obirek

Teologia wyzwolenia w praktyce

6.03.2015

Tekstem Tomasza P. Terlikowskiego kończymy debatę

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA