fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Pasjonujący koncert trębacz Terence'a Blancharda otworzył festiwal Jazz Jamboree

Terence Blanchard jest klasą dla siebie, wybitnym trębaczem, który każdą frazę analizuje, przewiduje następne i układa w intrygującą opowieść
Fotorzepa, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Frapujące kompozycje i porywające improwizacje zespołu trębacza Terence'a Blancharda otworzyły festiwal Jazz Jamboree - pisze Marek Dusza.
Sobotni koncert formacji Terence Blanchard E-Collective w Teatrze Capitol zgromadził nadkomplet publiczności, która siedziała także na schodach. Na widowni zasiedli m.in. nasz wybitny trębacz Tomasz Stańko i legendarny fotografik Marek Karewicz. Blancharda dawno w Warszawie nie było, a w porównaniu do kwietniowego występu na 50. festiwalu Jazz nad Odrą zmienił zespół i repertuar. Zobacz galerię zdjęć
- Rozmawialiśmy o tej muzyce od kilku lat - zwierzył się publiczności Blanchard. To nasza pierwsza trasa koncertowa, nigdy wcześniej nie nagrywaliśmy tych utworów. Większość nie ma jeszcze tytułów. Trębacz spróbował je jednak nazwać intonując sylabami melodię.
- On ma tytuł swojego utworu, który zagraliśmy - tu wskazał na pianistę. Jest profesjonalistą, ja nie. Zapomnieliśmy zagrać jeden utwór „Garbage" - zażartował zapowiadając bis.
Wcześniej E-Collective przedstawił muzykę, którą można by nazwać kontynuacją elektrycznych zespołów Milesa Davisa z lat 80. Podobnie jak Miles, Terence Blanchard podnosił do góry trąbkę wydmuchując kaskady dźwięków, to znów pochylał się i przykucał, by z siłą huraganu wtłoczyć powietrze z płuc w instrument. W odróżnienie od wrocławskiego, akustycznego programu, w Warszawie Blanchard przedstawił elektryczne instrumentarium z gitarzystą i klawiaturzystą wydobywającym z syntezatora dźwięki zbliżone do elektrycznego fortepianu, a w pewnym momencie w kompozycjach Blancharda słychać było doświadczenie autora muzyki filmowej, skłonność do ilustracyjnych tematów, które on sam i muzycy zespołu rozwijali w długie suity z wprowadzeniem, kulminacją i rozładowaniem napięcia. Zmiany tempa, różnorodność aranżacji i popisowe improwizacje przez półtorej godziny trzymały publiczność w napięciu.
Każdy muzyk zasługiwał na uznanie. Blanchard jest klasą dla siebie, wybitnym trębaczem, który każdą frazę analizuje, przewiduje następne i układa w intrygującą opowieść. Gitarzysta przypominał momentami Johna Scofielda, to znów Mike"a Sterna, ale tak naprawdę prezentował oryginalne brzmienie. W kilku utworach doświadczona sekcja rytmiczna rozpędziła zespół do niebezpiecznych prędkości. Szkoda, że bas i fortepian nie były odpowiednio nagłośnione.
Blanchard okazał się mistrzem nastrojowych tematów, choć w każdym była ekspresyjna kulminacja. Ballady w starym stylu nie są w kręgu zainteresowań trębacza. Pozostawia je wokalistom. Jakby elektrycznych instrumentów było mało, lider sam miał do dyspozycji elektroniczną klawiaturę i laptop. Napędzany elektronami i wyobraźnią zespół zawładnął publicznością, choć ta zapewne spodziewała się muzyki zbliżonej do głównego nurtu.
Zaprezentowane na festiwalu Jazz Jamboree kompozycje z pewnością trafią na nowy album Terence'a Blancharda. My będziemy je już znać i pamiętać po wczorajszym, znakomitym koncercie festiwalu Jazz Jamboree, który potrwa do 12 grudnia. Następny odbędzie się w Muzeum Historii Żydów Polskich 22 listopada, gdzie wystąpi Milo Kurtis i Orkiestra Naxos, którą utworzył z Kostkiem Joriadisem.
Po koncercie odbyła się projekcja filmu dokumentalnego w rezyserii Andrzeja Wasylewskiego „Jazzowe dzieje Polski. Odsłona 5: Autobusy czerwienią migają".
Marek Dusza
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA