Historia

Reporter, dziwak, kupiec, szpieg

Rzeczpospolita
Marco Polo, autor bestsellera. Już ten fakt pokazuje, że średniowiecze miało się powoli ku końcowi, chociaż opisywany tydzień temu na naszych łamach Imć Gutenberg jeszcze się był nie urodził.
W zastępstwie typografów biedzić się więc musieli skrybowie i ecco, do połowy XV wieku w Europie pojawia się przeszło sto pięćdziesiąt rękopisów „Opisania świata”, w dialekcie toskańsko-włoskim, wenecko-włoskim, we wczesnej wersji francuskiej i rzecz jasna w przekładach, od iryjskiego po czeski. Żmut po dziś dzień nie do rozwikłania dla filologów, którzy biedzą się, chcąc ustalić brzmienie pierwotnej, oryginalnej relacji, tej dyktowanej przez zlatynizowanego Chorwata w genueńskiej celi pizańskiemu humaniście. Nic z tego: średniowiecze prędzej poznało smak poczytnej książki niż szacunek dla praw autorskich, więc „Il Milione” stało się ujściem dla erudycji kolejnych przepisujących, którzy wzbogacali relację Marka o to, co sami słyszeli o Wschodzie: o Skiopodach, Psiogłowcach, Amazonkach, Jednorożcach i Feniksach.
Wszystko to było wiadomo już dawniej: późna starożytność zostawiła w spadku kilka opisów zamorskich dziwów, choćby „Etymologie” Izydora z Sewilli, a w kolejce po sławę czekał już elegancki Brunetto Latini ze swoim „Skarbcem”. Popularność „Opisania świata” godna jest więc uwagi przede wszystkim dlatego, że pokazuje, ile energii i ciekawości zdołało nagromadzić się w XIII-wiecznej Europie. Dopiero co liznęła ją od wschodu fala mongolskiego najazdu, która zdołała na dwieście lat zatopić Ruś – strach pomyśleć, że gdyby nie nagła śmierć Ugedeja w dalekim Karakorum, zagony Batu-chana nie zatrzymałyby się pod Legnicą i nad Adriatykiem, lecz bez większego trudu sięgnęły Renu, Sekwany i Tybru – a mimo to żacy i mieszczanie dostawali wypieków od opisów oleju skalnego, który wydobyty z ziemi, płonie, od wiadomości o szmaragdach, żar-ptakach i wyspach południowego oceanu. W księgozbiorze Kolumba też znalazło się „Opisanie świata”, a notatki Nawigatora na marginesach świadczą, że wiedział, dokąd chce dopłynąć, choć postanowił spróbować innej niż dotąd drogi. Relacja Wenecjanina była wystarczająco mglista i dość barwna, by skłaniać do marzeń i jak to w Europie bywa, każdy marzył o czym innym. Jedni o mitycznym Księdzu Janie, tajemniczym chrześcijańskim władcy na wschodzie, wymarzonym sojuszniku przeciwko coraz groźniejszej muzułmańskiej potędze; inni o cudach świata, elefantach i wysokich przełęczach. Inni – czy tych aby nie najwięcej? – o Ziemskim Raju, gdzie drogie kamienie chrzęszczą pod nogami albo w najgorszym razie zwisają z gałęzi. Europa ruszyła w świat – i zatrzymała się dopiero w kilka wieków później. Marco Polo, bajarz, uwodziciel. Przewrotna zaś wyobraźnia każe zadumać się nad jeszcze jednym jego wcieleniem. Kim byłby Marco, gdyby w innych, bliższych nam czasach, wiedziony żywą ciekawością albo nadzieją bajecznych zysków trafił, przez pyliste pustynie i klimatyzowane hale przylotów, do Państwa Środka? Mniejsza już o to, że przed słońcem nie chroniłaby go dziś wysoka, wojłokowa czapa, lecz okulary, na czas kontroli paszportowej niedbale wetknięte w kieszonkę bluzy; to są zagadnienia dla kostiumologów. Ale przed jakim stanąłby wyborem w tych bliższych nam czasach młody, rzutki, władający językami człowiek, zaszczycony cesarską łaskawością? Mógłby spisywać relacje, dawać świadectwo – innymi słowy, przemycać przez milicyjne kordony zrobione ukradkiem zdjęcia pacyfikacji Lhasy i dyktowane przez bezzębnych świadków relacje z komisariatów Xinjiangu. Ale mógłby też jako godny zaufania zdystansowany cudzoziemiec pójść na rządową służbę – innymi słowy, zająć się wielce popłatną dystrybucją słodkich napojów gazowanych i modnych trzewików z ukośnym paskiem. Jak sądzicie, cni mężowie, co wybrałby dziś Marco Polo, Europejczyk? I czy takie pytanie nie nazbyt już anachroniczne?
Wojciech Stanisławski - historyk, dziennikarz „Rzeczpospolitej”, redaktor cyklu „Wielkie odkrycia ludzkości”
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL