Rzecz o prawie

?Prof. Maksymilian Pazdan o tym jak został prawnikiem z powiatowego przydziału

?Prof. Maksymilian Pazdan, cywilista, były rektor Uniwersytetu Śląskiego
Rz: Po maturze składał pan dokumenty na Akademię Medyczną. Nie został pan jednak lekarzem...
Prof. Maksymilian Pazdan: Wymarzyłem sobie zawód kardiologa lub okulisty. Złożyłem nawet już odpowiednie dokumenty. Moją karierę zablokował jednak powiatowy wydział oświaty przy prezydium powiatowej rady narodowej. Dlaczego? Czym się pan naraził?
Urzędnicy uznali, że limit miejsc na Akademii Medycznej dla naszego powiatu został wyczerpany... Takie to były czasy. Byłem zdruzgotany. Spotkałem moją nauczycielkę, która bardzo mnie ceniła. Jej koleżanka, także nauczycielka w naszej szkole, była w rządzącej organizacji politycznej. Pojechały ze mną obie do wydziału oświaty. Tam był akurat tylko zastępca kierownika i powiedział, że w kwestii medycyny nie może pomóc, bo decydowanie pozostawił sobie do wyłączności nieobecny właśnie kierownik. Ale zaczął wymieniać kierunki, na które były jeszcze miejsca w powiatowej puli. Wśród nich znalazło się prawo? Tak. Najpierw jednak wymienił SGGW. Byłem co prawda chłopskim synem, ale do pracy na roli nie miałem talentów, źle sobie radziłem z końmi. Podczas zwożenia zboża z pola często zdarzały mi się wywrotki... Kolejna padła slawistyka, ale do języków obcych też nie miałem drygu. Kiedy więc wymienił prawo, powiedziałem: to coś dla mnie. Tym sposobem na moich dokumentach, które wcześniej złożyłem, skreślono Akademię Medyczną i wpisano właśnie Wydział Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Musiał pan jeszcze zdać egzamin? Oczywiście. Zabawne było to, że nie miałem pojęcia, z czego zdaje się egzamin wstępny na prawo... Nie można tego było wtedy sprawdzić w internecie... Dostęp do informacji był nieporównywalnie mniejszy niż dziś. Dostałem zawiadomienie o egzaminie, przyjechałem do Krakowa i dopiero wtedy się dowiedziałem, z czego będzie egzamin. Z historią nigdy nie miałem problemów, więc pisemny poszedł mi dobrze i zostałem zwolniony z ustnego. ?Z geografii nie czułem się aż tak mocny. Na szczęście spytano mnie o kraj w kształcie buta. Wiedziałem sporo o sytuacji społeczno-politycznej Włoch i tym się wybroniłem, nie musiałem już wchodzić w bardziej krajoznawcze zagadnienia. Skoro marzył pan o medycynie, to czy same studia prawnicze pana nie rozczarowały? Wprost przeciwnie. Zawsze lubiłem matematykę, więc podobała mi się logika. A do zawodu lekarza zraziłem się zupełnie podczas zajęć z medycyny sądowej. Musiałem uczestniczyć w sekcjach, m.in. martwego noworodka. Zrozumiałem, że nie nadawałem się zupełnie na lekarza i że powiatowy wydział oświaty tak naprawdę wyświadczył mi przysługę. A jak to się stało, że został pan pracownikiem naukowym? Byłem dobrym studentem. ?Z prawa cywilnego u prof. Kazimierza Przybyłowskiego dostałem piątkę z wykrzyknikiem. Pewnego dnia zadzwonił do mnie, do akademika, jego asystent. Powiedział, że profesor chce się ze mną widzieć. Byłem bardzo przestraszony, zastanawiałem się podczas drogi, czym zawiniłem. Przypomniało mi się, że nie zwróciłem w terminie kilku książek. Profesor natomiast, w salonie swojego domu, wskazał na portret prof. Ernesta Tilla, wybitnego lwowskiego prawnika. Powiedział, że chce ze mną przeprowadzić taką rozmowę, jaką z nim pół wieku wcześniej przeprowadził prof. Till. Zaproponował mi stanowisko zastępcy asystenta. ?I tak na trzecim roku zostałem zatrudniony, zacząłem pobierać wynagrodzenie. Każdy egzamin był później dla mnie ogromnym stresem, jako zastępca asystenta nie mogłem sobie pozwolić na porażkę... Pracą naukową zajmuje się pan całe życie. Był pan też m.in. rektorem Uniwersytetu Śląskiego. Nie ciągnęło pana do prawniczej praktyki? Zdałem egzamin sędziowski. W 1978 r. zostałem także arbitrem przy Polskiej Izbie Handlu Zagranicznego. Miałem więc do czynienia z praktyką. Ale praca naukowa sprawia mi do dziś ogromną przyjemność. —rozmawiała Katarzyna Borowska
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL