Taniec

Legendarna tancerka Maria Krzyszkowska nie żyje

materiały prasowe
Jedna z największych polskich tancerek XX wieku, ostatnia niekwestionowana polska primabalerina i wieloletni dyrektor zespołu baletowego Teatru Wielkiego w Warszawie zmarła w niedzielę. Miała 89 lat.
Dziś takich artystek już nie ma, którym wypada powierzyć tylko główne role, a których nazwisko działa jak magnes i przyciąga publiczność. Po raz ostatni Maria Krzyszkowska zatańczyła na scenie ponad 40 lat temu, a mimo to potem nie pojawiła się żadna inna tancerka bezdyskusyjnie zasługująca na ten najważniejszy tytuł: primabaleriny. Znany z ciętego języka Jerzy Waldorff w jej przypadku w recenzjach szedł jeszcze dalej i nazywał ją: primabalerina assoluta.
Gdy była u szczytu kariery, nie brakowało plotek, że pozycję zawdzięcza teatralnym układom. Wielka znawczyni baletu i autorka wielu książek, Tacjanna Wysocka powiedziała jej wtedy: „Nigdy nie darują ci twojej figury. Ty wiesz, że masz świetne warunki zewnętrzne, a pani ta czy tamta takich nie ma i codziennie na sali baletowej uświadamia to sobie”. To była jedna tajemnica jej sukcesu. Druga – to ogromna pracowitość oraz dyscyplina, którą narzuciła sobie oraz wymagała jej od innych. Życie całkowicie podporządkowała tańcowi, z tego też powodu nigdy nie zdecydowała się na urodzenie dziecka.
Baletową edukację na dobre zaczynała na konspiracyjnych kompletach za okupacji hitlerowskiej. Miała niespełna 14 lat, wtedy też poznała swego późniejszego pierwszego męża, o wiele starszego od niej Leona Wójcikowskiego. I w ułożonym przez niego „Mazurku” do muzyki Henryka Wieniawskiego zadebiutowała w lutym 1946 roku na scenie Teatru Muzycznego w Łodzi. Leon Wójcikowski to pierwszy polski tancerz, który zrobił wielką europejską karierę. Było to po I wojnie światowej. Potem wrócił do kraju. „Dał mi podstawy i wspaniałą szkolę – wspominała Maria Krzyszkowska. – Dał mi też sposób myślenia o tańcu. Ale kiedy z nim się rozstałam, właściwie dopiero zaczynałam tańczyć. Tak więc cała moja kariera była po prostu związana z moją osobą”. Przez kilka lat wędrowała po różnych teatrach, aż w 1953 roku osiadła w Operze Warszawskiej, przemienionej potem na Teatr Wielki. Zatańczyła wszystkie największe role, o jakich może marzyć tancerka klasyczna: Coppelię, Giselle, Odette-Odylię w „Jeziorze łabędzim”, Kitri w „Don Kichocie, Julię w „Romeu i Julii” czy najważniejsze żeńskie partie w „Panu Twardowskim”. A na dodatek to był czas, kiedy balet traktowano także jak sztukę rozrywkową, więc Maria Krzyszkowska występowała w wielu programach estradowych i telewizyjnych, co zapewniło jej ogromną popularność.
W 1970 roku rozpoczął się nowy etap w jej życiu: objęła kierownictwo baletu Teatru Wielkiego w Warszawie. Funkcję tę pełniła aż do 1995 roku z kilkuletnią przerwą w początkach lat 80. I na tym stanowisku wykazała się talentem i niezwykłymi umiejętności. Potrafiła zaprosić do współpracy najwybitniejszych artystów: Fredericka Ashtona, Johna Neumeiera, Maurice’a Béjarta czy Hansa van Manena. Warszawski zespół osiągnął świetny poziom, czego potwierdzeniem stało się świetne przyjęte dwa wielkie tournée po USA w drugiej połowie lat 80. Z dyrektorskiego stanowiska zrezygnowała nie dlatego, że zbliżając się do siedemdziesiątki, postanowiła pomyśleć o emeryturze. Nie odpowiadała jej współpraca z ówczesnym dyrektorem Teatru Wielkiego, Sławomirem Pietrasem, który bez jej zgody narzucił zespołowi dyrektora artystycznego, mało zdolnego choreografa Lorcę Massine’a. Odeszła, ale energii jej nie brakowało, więc jeszcze stworzyła od nowa zespół baletowy w Teatrze Roma. A potem już tylko obserwowała, jak poczynają sobie w sztuce tańca młodsi. Jej uwagi zawsze były niesłychanie celne i trafne, ale zawsze wyrażane bez cienia złośliwości.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL