fbTrack

Felietony

Język nienawiści

Rafał Tomański
Fotorzepa
Nie będzie to artykuł o nowych słowach i braku szacunku dla własnej mowy. Język, o którym mowa, widać na mapie.
Mimo że jest całkowicie kartograficzny ten język jest prawdziwym przykładem mowy nienawiści. To granica złożona z kilku kresek, których liczba zmienia się w zależności od roku i etapu w stosunkach międzynarodowych. Bardziej może od mocarstwowych ambicji kartografów jedynego słusznego państwa, które jest w stanie kreślić granice według własnego uznania w regionie.

Zmienne kreski

Tym państwem są Chiny, a język to linia demarkacyjna rozciągająca się na terenie morza Południowochińskiego na kształt krowiego języka. Nie występowała historycznie na żadnych mapach przed II wojną światową, a podczas rozmów pokojowych kształtujących nowy obraz powojennego świata Chiny potwierdzały brak chęci uzyskiwania prawd do terytoriów na tym obszarze. Po raz pierwszy jednak stworzono linię-język w 1947 roku. Wtedy założono, że kresek zaświadczających o chińskim terytorium będzie 11. Dwa lata później ówczesny szef chińskiego MSZ Zhou Enlai zmienił tę liczbę na 9. Krowi język przez lata funkcjonował w świadomości mieszkańców regionu jako właśnie linia dziewięciu kresek. Podczas zakreślania nowych granic po raz kolejny nie podawano do wiadomości żadnych przesłanek ku temu. Pekin ustalał swoje granice arbitralnie i nie pytając żadnego z państw sąsiadujących, czy też zgłaszających własne żądania odnośnie mnóstwa wysepek znajdujących się w granicach języka.
Terytorialne decyzje Chin wielokrotnie krytykowano na forum międzynarodowym. Eskalacja działań w regionie ma miejsce obecnie odnośnie polityki Państwa Środka działających na wodach uznawanych przez Wietnam i Filipiny za własne, ale i dziesiątki lat wcześniej takie przykłady można by mnożyć. Na podstawie deklaracji opracowywanych w Kairze i Poczdamie (odpowiednio 1943 i 1945 rok) pomiędzy państwami alianckimi, Chiny zgłaszały jedynie chęć odzyskania terenów zagarniętych przez agresję Japonii podczas działań II wojny światowej. Wtedy miano na myśli Mandżurię, Formozę i archipelag Peskadorów. Nie było mowy o spornych obecnie wyspach Paracelskich i Spratly. Podobnie w 2009 roku, gdy Wietnam i Malezja zgłaszały wspólnie do ONZ informacje o zasięgu swoich wód terytorialnych obejmujących 200 mil morskich od linii wybrzeża, dzień później Chiny przedstawiały nową wersję zasięgu kreskowanej linii na morzu Południowochińskim. Pekin zakładał, że należy do niego ponad 80 proc. terytorium wód, które deklarowano m.in. jako wietnamskie i malezyjskie.

Geograficzny absurd

Żeby pokazać absurd tej sytuacji, gdy jedno państwo jest w stanie bezkarnie wytyczać nowe granice swojego terytorium, być może niedługo okaże się, że morze Południowochińskie staje się wedle kolejnej mapy morzem wewnętrznym Chińskiej Republiki Ludowej. Dla Pekinu w końcu nie ma rzeczy niemożliwych, wystarczą tylko skuteczni kartografowie. Realpolitik w wykonaniu chińskim wygląda zgodnie ze światowymi koncepcjami – najpierw oznajmia się innym nowe zasady, a potem uznaje się je za fakt dokonany. W międzyczasie większość opinii publicznej, a także niektórzy z bezpośrednio zainteresowanych zdążą zapomnieć, jak to w rzeczywistości wcześniej było.

Wygrają cierpliwi

Zgodnie z tą zasadą 25 czerwca Chiny zaprezentowały nową wersję mapy terytorium spornego terenu. 9 kresek zamieniło się już w 10 i kolejny raz powiększyło zasięg wpływów Pekinu. Na nic zdają się protesty Wietnamu i Filipin, ale i tak nie można zrobić nic innego. Chiny to przeciwnik zbyt silny militarnie, za mocny gospodarczo, by liczyć na ewentualną skuteczność jakichkolwiek sankcji i zbyt powiązany ze wszystkimi państwami na świecie, by tworzyć sojusz zdolny skutecznie przeciwstawić się takiemu graczowi. Takiemu językowi nienawiści, który składa się ze zmiennej liczby kresek może odpowiedzieć jedynie spokój i konsekwencja. Na język nienawiści odpowiedzią jest jedynie język cierpliwości.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL