fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Wszystko, co czuję, odnajduję w wierszach

Teresa Budzisz-Krzyżanowska na ogół zaprzyjaźnia się z granymi przez siebie postaciami
PAP, Andrzej Rybczyński And Andrzej Rybczyński
Jan Bończa-Szabłowski
Teresa Budzisz-Krzyżanowska - o radości pracy w radiu, o Hamlecie, królowej Elżbiecie oraz o uczuleniu na poezję rozmawia z Janem Bończą-Szabłowskim.
Czego oczekuje pani od dzisiejszego teatru?
Teresa Budzisz--Krzyżanowska: Tego co zawsze – olśnienia. Spotkać prawdziwych ludzi, zyskać „dowód na istnienie drugiego" i prawdy o świecie, jaki jest, a jeszcze lepiej – jaki mógłby być.
Takiego, o jaki walczyła przed laty grana przez panią szalona Julka ze spektaklu, a potem serialu Andrzeja Wajdy ?„Z biegiem lat, z biegiem dni"? Dziś powiedzielibyśmy niepoprawna idealistka...
Raczej buntowniczka. Miała w sobie niezgodę na otaczającą rzeczywistość, twórczą pasję i chciała wolności za wszelką cenę, ?ale nie była w stanie tej ceny zapłacić, „bo miewamy często piękne sny, ale potem się budzimy i...". Tak jak w piosence Młynarskiego.
Dość wcześnie rozpoczęła pani swą przygodę z radiem.
Do radia zaprosiła mnie pani Roma Bobrowska w Krakowie. Nie mieliśmy wtedy w szkole teatralnej zajęć z pracy z mikrofonem. Pani Roma dawała nam szansę sprawdzenia się, a była w swoim fachu mistrzynią. Z nią nagrywaliśmy pierwsze audycje w stereo. Bardzo lubiłam przychodzić do radia na ulicę Szlak. Pamiętam swoje dziecinne zasłuchania w opowieści radiowe, teatrzyki dla dzieci. Byłam wtedy w innym świecie, poddawałam się wyobraźni i podejmowałam dialog z radiowymi postaciami, co było często źródłem rozbawienia mojej rodziny. Z tamtych krakowskich czasów najbardziej pamiętam radość z czytania „Gry w klasy" Cortázara. Pani Bobrowska zaproponowała, abym sama wybrała fragmenty. To była w moim odczuciu nobilitacja do pracy w radiu. Do dziś bardzo lubię radiowe „czytanki" i z ochotą przyjmuję każdą propozycję. Tam spotykam wspaniałych reżyserów, realizatorów, aktorów, których podziwiałam często tylko z daleka, a teraz mogę z nimi być i współpracować. I to jest miłe. Nie ma wśród nas m.in. Andrzeja Piszczatowskiego, który był i aktorem, i reżyserem radiowym. To w realizowanych przez niego i nagrodzonych „Termopilach polskich" grałam carycę Katarzynę.
Za tę carycę dostała pani nagrodę...
Myślę równie dobrze o wszystkich innych nienagrodzonych rolach. Zawsze było to interesujące spotkanie z Innym, dobra rozmowa, która pozwala lepiej rozpoznawać świat i siebie samego.
W pani karierze często pojawiają się kobiety, które tworzą historię - ostatnio nagrodzona Hanna Arendt w spektaklu Feliksa Falka. Co jest najtrudniejsze w graniu takich postaci?
Trudno się z nimi identyfikować. Mogę jedynie pokazać swoje wyobrażenie o nich. Przyglądać się z podziwem, niedowierzaniem lub dezaprobatą i nie wydawać sądów, bo jeśli się o kimś opowiada lub w czyimś imieniu się mówi, wymaga to taktu i pokory. Mogę więc ze świadomością własnych niedostatków „przyjąć ich wielkość", ale nigdy nie ścigać się z nimi.
Grając wielkie postacie historyczne, potrafi pani wyposażyć je w cechy normalnej kobiety, z różnymi jej wątpliwościami.
Bo na ogół zaprzyjaźniam się z tymi postaciami. To są ludzie, jak my wszyscy. I choć są nadzwyczajnie niezwyczajni myślą i czują tak samo jak my. Przeżywają radości i smutki, starają się sprostać wyzwaniom i odpowiedzialności. Rozpaczają. Tylko że w ich życiu zdarza się coś takiego, że stają się bohaterami dramatów, tragedii czy komedii pokazywanych w teatrze.
Zagranie Elżbiety królowej Anglii w Teatrze Telewizji było nie lada wyzwaniem. Polscy widzowie mieli w pamięci znakomity serial brytyjski z Glendą Jackson świetnie dubbingowaną przez Aleksandrę Śląską.
Oglądałam. I kiedy Laco Adamik zaproponował mi tę rolę, przestraszyłam się. Zdawało mi się, że jestem za młoda, że brak mi doświadczenia i w życiu, i w zawodzie, by sprostać takiemu zadaniu. Laco mnie uspokoił, dał poczucie bezpieczeństwa. Bardzo solidnie przygotowywał spektakl. Próbowaliśmy prawie jak w teatrze. Dziś nie zawsze mamy okazję pracować w takim komforcie. Ograniczają nas czas i pieniądze, a raczej ich brak. No i... oglądalność. W rezultacie oglądamy często byle co, zrobione byle jak. Nikt nie ma odwagi dotknąć rzeczy wielkich. A jestem przekonana, że ludzie tęsknią za czymś innym, lepszym.
Andrzej Łapicki powiedział mi kiedyś, że aby zaproponować pani rolę, musi być jakiś szczególny powód. Dla niego pani udział to święto teatru.
Dla mnie także były to szczególne spotkania. „Kłamstwo" Bergmana, „Pogarda" Moravii, „Wszystko, co najpiękniejsze" Hemara. Zawsze w towarzystwie znakomitych aktorów. W „Kłamstwie" – Łapicki, Pszoniak, Ania Nehrebecka i Maja Wachowiak. W „Pogardzie" – Wajda, Nowicki, Łapicki, w „Hemarze" – Holoubek. Czułam, że rosną mi skrzydła. Byłam na Parnasie.
Pani, Jan Nowicki i Andrzej Wajda to wspaniała trójca z „Nocy listopadowej", jednego z najpiękniejszych spektakli Teatru Telewizji.
To był doskonały spektakl Starego Teatru. Przeniesienie do telewizji to zwykle spore ryzyko, ale spektakl zachował swoją poezję i klimat. Cała teatralna magia przenikania się świata antycznego z rzeczywistym tym razem pokazana w autentycznych wnętrzach Belwederu, Łazienkach, w prawdziwych mgłach i na prawdziwych wodach była jeszcze bardziej zachwycająca niż w teatrze. A wszystko za sprawą niezwykłej wyobraźni Andrzeja Wajdy, realizatorki Anny Minkiewicz i muzyki Zygmunta Koniecznego.
„Noc listopadowa" czy „Elżbieta, królowa Anglii" to inscenizacje przygotowane z rozmachem, o jakim możemy tylko pomarzyć....
Aż szkoda.
Czy była jakaś rola, do której szczególnie trudno było panią namówić? Może Hamlet?
Propozycja pana Andrzeja Wajdy wydawała się szalona. Kobieta w roli Hamleta? A po co? Propozycja kusząca, bo przecież zagrać faceta to nie takie trudne, ale dlaczego? Bałam się. Dopiero kiedy przeczytałam na nowo monologi w tłumaczeniu Barańczaka, zrozumiałam, że problemy Hamleta mogą dotyczyć każdego z nas, bez względu na płeć. Poza tym Wajda zaproponował niezwykłą inscenizację całego przedsięwzięcia. Główna część spektaklu odbywała się nie na scenie, a w garderobie aktora, w tym przypadku aktorki, która przygotowuje się do zagrania roli Hamleta. Pomyślałam, że w takim „cudzysłowie" moja obecność na scenie (bo akcja czasem rozgrywała się też na scenie) może być usprawiedliwiona. To było piękne i największe doświadczenie w moim życiu. Nie tylko zawodowym.
Kilkakrotnie spotkałem się z określeniem: Teresa Budzisz-?Krzyżanowska to Modrzejewska naszych czasów. Pani miała okazję zmierzyć się z jej mitem i w Teatrze Telewizji, i w Teatrze Polskiego Radia.
Dzięki Januszowi Morgensternowi miałam szansę opowiedzieć o niej w końcowym etapie życia. Dzięki inicjatywie męża i wsparciu przyjaciół zdecydowała się ruszyć w ostatnie tournée artystyczne po Ameryce. To wielka pani. Niesamowicie silna i odważna kobieta. Szczerze ją podziwiam.
Wspominała pani o tęsknocie za poezją. Sporą jej dawkę dał telewizyjny „Król Edyp" w reżyserii Gustawa Holoubka. ?I pani w roli Jokasty.
Grałam tę rolę po raz drugi. Wcześniej w Krakowie Laco Adamik zrobił bardzo widowiskową wersję z Janem Fryczem w roli Edypa. Zupełnie inna była realizacja Gustawa Holoubka. Kameralna, ascetyczna, rapsodyczna w czystej formie. Taki teatr jest dziś prawie niemożliwy. Mało kto ma odwagę zaufać Słowu. Uwierzyć w jego twórczą moc. A przecież „Na początku było Słowo" i przez nie wszystko się stało, co się stało.
W „Królu Edypie" słowo było tak podane, że widzowie siedzieli jak zahipnotyzowani.
Bo słuchali jak wierszem, mową uroczystą, opowiada się tę przejmującą historię. ?I mogli pomyśleć o tym, czy rację ma Jokasta, gdy mówi, że los wszystkim rządzi.
Umie pani stąpać twardo po ziemi? Zawsze wydaje się być otoczona mgiełką poezji.
Jestem bardzo normalna, nie bujam w obłokach. Chodzę po ziemi, ale widzę na niej, jak Rachela z „Wesela" Wyspiańskiego „poezję żywą, zaklętą", która z wszystkiego fosforyzuje. Jestem przekonana, że życie bez „uczulenia'' na poezję jest dużo uboższe, niepełne. Żal, że nie umiem pisać o tym, ale na szczęście wszystko co widzę, czuję i o czym rozmyślam, odnajduję w wierszach poetów. Od Kochanowskiego, Norwida, Herberta, Miłosza, po Szymborską. Wymieniam tych najważniejszych dla mnie, ale ulubionych jest dużo więcej. I wszystkim jestem wdzięczna za to, że potrafią nazywać to, co niemożliwe dla mnie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA