Film

Premiera Pocztówek z Republiki Absurdu

Jan Holoubek (ur. 1978) absolwent Wydziału Operatorskiego PWSFTviT w Łodzi (2001). Autor dokumentu "Słońce i cień" (2007) opowiadającego o Tadeuszu Konwickim ?i Gustawie Holoubku. ?Na zdjęciu ?w trakcie pracy nad „Pocztówkami ?z Republiki Absurdu”. ?Z tyłu ?Piotr Polk
materiały prasowe, Piotr Litwic p.li. Piotr Litwic
W TVP 2 premiera „Pocztówek z Republiki Absurdu" Jana Holoubka – pisze Małgorzata Piwowar.
Pomysł na film powstał sześć lat temu, gdy TVP ogłosiła konkurs na scenariusz dokumentu dotyczącego Okrągłego Stołu. Miał być adresowany do młodych ludzi.
– Nie chciałem mówić o polityce – opowiada „Rz" Jan Holoubek. – Pomyślałem, że spróbuję przenieść młodych w tamte czasy, żeby chociaż przez jeden dzień zobaczyli, jak było, i mogli to porównać z dzisiejszym życiem. Dzięki temu rozumie się błyskawicznie, ile się zmieniło. Film miesza konwencję dokumentu (materiały archiwalne) i fabuły. Akcja toczy się w Warszawie A.D. 2014. Przyjeżdża tu młoda Szwedka (narratorka), by nakręcić film o swoich polskich rówieśnikach. Jednak realia, które pokazuje film, są niemal całkowicie wykreowane – żyjemy w innym kraju niż ten, który oglądamy. – Chciałem, żeby widzowie odwiedzili Polskę tak jak obcokrajowiec w latach 70. czy 80., który lądując w naszej rzeczywistości, zapewne czuł się jak na innej planecie – wyjaśnia reżyser. – Obcokrajowcowi łatwiej się dziwić i zadawać pytania. A Skandynawia kojarzy mi się jako rejon Europy bardzo nam kibicujący w demokratycznych przemianach i będący oazą dla polskich emigrantów.

Kraj wielu ograniczeń

Pokazane w filmie wyimaginowane życie w Polsce to rzeczywistość wielu dotkliwych ograniczeń, zarówno swobód obywatelskich, jak i ekonomicznych. Zamiast swobodnego dostępu do internetu jest Knogolico, czyli internet dla mieszkańców państw wschodniego bloku. Żeby mieć telefon komórkowy, trzeba zebrać 360 kg makulatury, by dostać talon umożliwiający zakup i czekać następnie półtora roku. – Nie chodzi tylko o kazanie, co by było, gdyby komunizm trwał dalej. Myślałem, jak dzisiejsze czasy przenieść w czasy PRL i tam je umieścić. Co by było, gdybyśmy w latach 80. mieli telefony komórkowe i internet. Kraje reżimowe, takie jak Chiny, są dziś przecież pod kontrolą. Nie można mówić tego, na co się ma ochotę, nie można swobodnie podróżować. Ale przyznaję, że chcieliśmy się też trochę pobawić, wyobrażając sobie utrudnienia życia codziennego. W filmie oglądamy relacje jakoby z „Dziennika telewizyjnego", o zamieszkach w Kijowie, które miały miejsce w lutym tego roku. Tyle że w innej wersji, niż opowiadały ją wolne media. – Myślę, że tak jak w moim filmie wypadki były relacjonowane po drugiej stronie barykady, czyli w Moskwie. Na Ukrainie na naszych oczach zrealizował się scenariusz, w którym nie udało się dogadać stronie rządowej i opozycyjnej i zginęło kilkaset osób. Jeśli ktoś narzeka w Polsce na Okrągły Stół, a takich ludzi jest dużo, powinien dostrzec, co się tam wydarzyło. I że tak mogło być i u nas, gdyby któraś ze stron nie chciała kompromisu. Dla mnie ważne jest, żeby docenić, że udało nam się przejść 1989 rok bezkrwawo. W 1989 roku autor filmu miał 11 lat i sporo pamięta z tamtego czasu.

Każdy kiosk jak Pewex

– Przede wszystkim atmosferę czegoś bardzo ważnego – wspomina Jan Holoubek. – Jeździłem na rowerze z kolegą i rozwoziłem ulotki przedwyborcze, choć nie pamiętam, którego kandydata, ale na pewno solidarnościowego. Na tym zakończyłbym jednak opowieść o mej dysydenckiej karierze. Wiele pamiętam jednak z czasów komuny. Poprzez rodziców (Magdalena Zawadzka i Gustaw Holoubek – red.) miałem kontakt z Zachodem i nawet jako dziecko dostrzegałem potworny dysonans między rzeczywistością, w jakiej żyjemy, a tą za zachodnią granicą. Pamiętam, jak na gwiazdkę nasi znajomi z Norwegii przysłali nam papier toaletowy, jakiego dziś wszyscy używamy. Byłem w szoku, że coś takiego istnieje. A gdy pierwszy raz wyjechałem za granicę, do Jugosławii, która była w dużo lepszej kondycji gospodarczej niż my, myślałem, że każdy kiosk jest Pewexem. Jak pierwszy raz znalazłem się w McDonaldzie na Zachodzie, przywiozłem ulotki z tacek, bo nie wierzyłem, że takie kanapki istnieją. I pamiętam też rodzaj wstydu, że u nas jest zupełnie inaczej. Za najistotniejszy wątek autor filmu uważa rozmowy z bohaterami – Julią i Karolem (zagrali ich naturszczycy wyłonieni w castingu), w których opowiadają o swoim codziennym życiu i marzeniach. – Chciałem, by byli zaprzeczeniem systemu, w którym żyją: piękni, naturalni, pozytywni wewnętrznie, mimo że otacza ich świat, który nie daje zbyt wiele szans. Żeby opowiedzieli o ograniczeniach, które ich dotykają, a które dziś praktycznie nie istnieją. To, co mówią, jest aktualne i dziś. Bo to nie tak, że kiedyś było tylko źle, a teraz jest tylko dobrze. Chciałem, żeby młodzi bohaterowie prezentowali wartości, które kiedyś były bardzo ważne, a dzisiaj obawiam się, że zanikają: gotowość do wspólnoty, działania w imię dobra wspólnego, a nie tylko własnego. Nie jest najważniejsze zarabianie pieniędzy. Ktoś może powiedzieć, że mieli takie ideały, bo nie dano im możliwości pracy w korporacji i zarabiania pieniędzy. Ale chyba nie tylko. Chciałbym, żeby młodzi jak w lustrze przejrzeli się w bohaterach. Autor mówi, że nie chciał nakręcić filmu politycznego ani opowiadającego się za jakąkolwiek opcją: – Nasze społeczeństwo jest dziś bardzo mocno podzielone na tych, którzy cieszą się z tego, jak wyglądała przemiana w 1989 roku, i tych, którzy są wściekli, że tak się to potoczyło. Nie chcę się opowiadać po żadnej ze stron konfliktu politycznego. Chciałbym, żeby film był ponad to i mówił o sprawach ponadczasowych, takich jak wolność, solidarność, wspólnota – nie w sensie związkowym, ale ludzkim.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL