fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

Nieustająca uroda życia

KFP
Jan Bończa-Szabłowski
Nie ma znaczenia, czy grana przeze mnie kobieta jest atrakcyjna, czy wprost przeciwnie. Może być stara, głucha czy ślepa, byle rola była interesująco napisana - rozmowa z Ewą Wiśniewską
Rz: Miłośnicy seriali medycznych twierdzą, że wszystko zaczęło się od „Szpitala na peryferiach”. A przecież wcześniej była „Doktor Ewa” z panią w roli tytułowej. Pani więc należy się tytuł prekursorki…
Ewa Wiśniewska: To prawda. Ktoś z widzów nawet wpadł na pomysł, by po latach powrócić do tej postaci. Tylko kim, jako dr Ewa, mogłabym dziś być? Jeżeli nie ministrem zdrowia, to co najmniej zasłużonym dyrektorem jakiegoś ważnego szpitala. Zawsze, kiedy powtarzają „Doktor Ewę”, zastanawiam się, co tak piękna kobieta robiła w zapadłej dziurze. Tam przecież, jak pokazuje doświadczenie, z reguły trafiali życiowi nieudacznicy. Siłaczki, których wygląd nie przyciąga uwagi.
Myślę, że siłaczka nie musi być wcale pozbawiona kobiecości. Scenarzyści Wilhelmina Skulska i Jan Laskowski tak właśnie to wymyślili. Ewa miała okazję zostać w Warszawie, ale traktowała swój zawód jak posłannictwo i wiedziała, że w małym miasteczku jest bardziej potrzebna. A co do wyglądu, myślę, że akurat nie był tu najważniejszy. A w zawodzie aktorskim uroda pomaga? Jeśli nawet, to zawsze powinna być przy okazji, w żadnym wypadku nie może być podstawowym atutem. Żywot takiego aktora byłby bardzo krótki. Czym kieruje się pani w wyborze ról? To zawsze jest pewien rodzaj intuicji. Kiedy czytam scenariusz, czuję, że mam rentgen w oczach i prześwietlam nim tekst. Jeśli odnoszę wrażenie, że pojawił się interesujący temat, od razu się decyduję i daną postać przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Próbuję się z nią identyfikować. I nie ma znaczenia, czy grana przeze mnie kobieta jest atrakcyjna, czy wprost przeciwnie. Może być stara, głucha czy ślepa, byle rola była interesująco napisana. W jaki sposób wnika pani w osobowość tak skomplikowanych postaci jak obsypana nagrodami filmowa „Cudzoziemka” albo bohaterka filmu „Dotknięci”. Przygotowując się do roli schizofreniczki w „Dotkniętych”, spędziłam wiele czasu w szpitalach psychiatrycznych. Starałam się wniknąć w psychikę ludzi tam przebywających. Poznać świat, który wydaje mi się całkiem obcy. Różę, bohaterkę „Cudzoziemki” Marii Kuncewiczowej, oglądaliśmy na przestrzeni wielu lat, więc to było szczególnie trudne i zarazem fascynujące zadanie. Chodziło mi głównie o poznanie zachowań osób starszych ode mnie. Obserwowałam, jak się poruszają, jak reagują na określone bodźce. Podobno, kiedy przygotowywała się pani do granej na Scenie Prezentacje postaci lesbijki, odwiedziła pani też kilka klubów gejowskich. Starałam się zaobserwować różne osoby znane z odmiennych skłonności. Ale nie była to jakaś szczególnie wnikliwa analiza, bo sztuka „Bostońskie małżeństwo”, o której pan wspomniał, jest na szczęście komedią. Niemniej jednak próby na początku nie były wcale łatwe. Kiedy reżyser Romuald Szejd zaproponował Joasi Bogackiej i mnie główne role, zachowywałyśmy się w stosunku do siebie jak dwa jeże. Potem już z próby na próbę było coraz lepiej, choć nigdy nie przekraczałyśmy granicy. Czy są role, których by pani nie przyjęła? Udowodniłam, że nie boję się podejmować ryzyka. Wielokrotnie grywałam postacie starsze od siebie. Świetnie się czuję, grając damy, i nie mniej świetnie, grając czarownice. Dobrze się bawiłam jako wiedźma w „Starej Baśni” z czarnymi zębami, pomarszczoną skórą. Nie zdecydowałabym się jednak na role, które narażałyby mnie na śmieszność jako człowieka. Wiem, że w aktorstwie wiek jest pojęciem umownym, ale odrzuciłabym np. rolę, która by mnie zanadto odmładzała. Rolę we wspomnianym „Bostońskim małżeństwie” przyjęłam bez oporów, bo miałam świadomość, że to postacie o zabarwieniu komediowym. Nie przypuszczam, że dobrze by to wyszło, kiedy miałabym grać serio. Choć pamiętam genialne role Jadwigi Jankowskiej-Cieślak i Grażyny Szapołowskiej w „Innym spojrzeniu”, nie wiem, czy sama zdobyłabym się na to. Jeśli już, to musiałyby być świetnie napisane sceny. Jeśli zaś wszystko miałoby odbywać się wokół łóżka, zupełnie by mnie to nie interesowało. Rodzice bardzo chcieli, by została pani pianistką. Najnowsza premiera w Teatrze Ateneum z pani udziałem, czyli „Sonata jesienna”, w jakimś sensie stanowi spełnienie tamtego ich marzenia… To także spełnienie mojego marzenia, bo o takich rolach można tylko pomarzyć. Ingmar Bergman to doskonały znawca ludzkiej psychiki. Świetnie czuje skomplikowane relacje między ludźmi. „Sonata” jest przedstawieniem niezwykle kameralnym, widz jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Mamy tego świadomość i to bardzo dopinguje, bo w takich warunkach łatwo wychwycić nawet najmniejszy fałsz. Cisza i skupienie, jakie panują podczas tego spektaklu, są dla nas największą nagrodą. Bywa, że emocje związane z zawodem przenosi pani na życie prywatne? Czasami niestety tak, choć staram się nad tym panować. Teraz, kiedy rozmawiamy, mogę pozwolić sobie na pewien luz, jutro jednak będę miała wznowienie „Sonaty jesiennej” i z taką rozmową już byłoby znacznie trudniej. Od rana będę się starała wyciszyć, uspokoić emocje. Bywają sytuacje, że człowiek pochłonięty ukochanym zawodem stara się wszystko inne odsuwać na bok i iść tylko w kierunku tego punktu świecącego gdzieś na horyzoncie. Tak się zdarza. Ale kiedy ma się taką córkę jak moja, łatwo zachować równowagę. Pani córka oglądała już „Sonatę jesienną”? Jeszcze nie. I bardzo ciekawa jestem jej zdania. Pani dotychczasowe osiągnięcia zawodowe łączą się nie tylko z wieloma nagrodami, ale też z uznaniem i sympatią widzów. Czy mimo to były jakieś chwile zwątpienia? Ciągle są. Może to cecha, której specjalnie nie demonstruję, ale niewątpliwie ją mam. Nie wyglądam na osobę niepewną, a jednak jestem wciąż pełna wątpliwości. To prawda, że najchętniej uczy się pani tekstu przy muzyce? Nie tylko, także podczas układania pasjansa, czasem przy telewizorze. Na przykład „Sonaty jesiennej” uczyłam się, jeżdżąc na rowerze z Chałup do Jastarni i z powrotem. Przyswajałam tekst w swoim pokoju nad morzem, po czym udawałam się na wycieczkę rowerową i w czasie jazdy powtarzałam nauczone słowa. Kiedy czegoś zapomniałam, dręczyło mnie to tak, że skracałam sobie jazdę, by powrócić do słowa, które uleciało mi z pamięci. Wielkim wyzwaniem teatralnym było „Błądzenie” Jerzego Jarockiego na scenie narodowej. Zagrała tam pani szereg wybitnych kobiet pojawiających się w dramatach Gombrowicza. Dla wielu aktorów grać u Jarockiego to szczególny rodzaj nobilitacji. I wcale się nie dziwię. Na początku było bardzo ciężko. Wiele miesięcy prób to prawdziwe wzloty i upadki. Były chwile, kiedy mówiliśmy sobie „Nigdy więcej”. A potem znów przychodziliśmy na próby, by ćwiczyć wielokrotnie tę samą scenę, każdy najdrobniejszy gest, dokładnie tak, jak chciał tego Jarocki. Bo on z matematyczną dokładnością i precyzją napisał pewną partyturę. I potem, kiedy układało się to w całość, mieliśmy coraz większą przyjemność z tej pracy. Dziś, mając świadomość efektu całości, wielu z nas marzy o kolejnym spotkaniu. A jak wspomina pani pracę z dyrektorem swego macierzystego teatru Gustawem Holoubkiem? Wspominam go jako cierpliwego, spokojnego obserwatora, który nigdy nie narzucał swojego pomysłu. Nie łamał karku aktorowi. Przyglądał mu się uważnie i delikatnie, ale konsekwentnie sugerował rozwiązanie. Nawet gdy nic nie mówił, jego milczenie było znaczące. Miał zaufanie do ludzi, z którymi grał i których reżyserował. Pamiętam, jak wystawiając „Fantazego”, wszedł na scenę i pokazał mi wejście Kasztelanowej. Miał cudowne wyczucie wiersza. Wszyscy zapamiętaliśmy jego opowieść o monologu. Podkreślał wtedy, że mówiąc monolog, nie powinno się dać do zrozumienia widzowi, że ma się do powiedzenia dwie strony maszynopisu. Że tam każde zdanie jest właściwie ostatnie. Tak jak w myśli człowieka, która się rodzi, zamiera. Jak będzie pani spędzać święta? Tradycyjnie. Pierwszego dnia ze święconym pójdziemy na grób mojego ojca, a potem śniadanie wielkanocne spędzimy u mnie. Ponieważ mama nie uznaje, że po święconym można już jeść mięso, więc śniadanie będzie urozmaicone, choć postne. A poniedziałek spędzimy najprawdopodobniej u mojej siostry Małgosi Niemirskiej. Będzie więc okazja do wielu rozmów, chwili refleksji, odpoczynku i oczywiście śmigus-dyngus. Umiejętnie łączy urodę z talentem. Pochodzi z rodziny muzyków, którzy bardzo chcieli, by zarówno ona, jak i siostra Małgorzata Niemirska zostały pianistkami. Obie wybrały aktorstwo. Na początku kariery wielką popularność przyniosła jej tytułowa postać w serialu „Doktor Ewa”. Wtedy przez lata wygrywała plebiscyty na najpopularniejszą aktorkę. Potem coraz bardziej zyskiwała też uznanie krytyki. Zachwyciła rolą Róży w ekranizacji „Cudzoziemki”, za którą otrzymała Złotą Kaczkę i Brązowe Lwy w Gdańsku, postać Kurcewiczowej w „Ogniem i mieczem” dała jej Orła. Popularność umocnił udział w filmach „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, „Hallo Szpicbródka”, „Dolina Issy”. Pracuje z najwybitniejszymi reżyserami filmowymi i teatralnymi. Świetnie czuje się w spektaklach muzycznych. Za udział w „Błądzeniu”, spektaklu zagranym gościnnie w Teatrze Narodowym w reżyserii Jerzego Jarockiego, otrzymała nagrodę Feliksa Warszawskiego. Od 25 lat jest aktorką Teatru Ateneum. Tu zagrała m.in. zmysłową Podstolinę w „Zemście”, matkę w „Domu wariatów” czy tytułową „Madame de Sade”. Ostatnio właśnie z myślą o niej młoda reżyserka Edyta Pietrowiak wystawiła w Ateneum słynną Bergmanowską „Sonatę jesienną”, gdzie Ewa Wiśniewska gra Charlottę. Ewa Wiśniewska w tym tygodniu w filmie „Roman i Magda” (Kino Polska, czwartek, godz. 12.00, 23.35) oraz w serialu „Na Wspólnej” (TVN, piątek, godz. 8.00, sobota, godz. 11.30, wtorek, godz. 20.55, środa – czwartek, godz. 8.00, 20.55)
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA