fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Pieprz i wanilia, groch i kapusta

SAM
Rozmowa z Elżbietą Dzikowską. O tym, dlaczego popiera masowe zwiedzanie świata, co można podziwiać w Polsce i o Wielkanocach w Ustrzykach Górnych i Namibii
Rz: Co pani myśli o turystyce masowej?
Elżbieta Dzikowska: Zaskoczę panią: to jest bardzo dobre zjawisko! Użyję frazy, która dziś jest mocno wytarta, ale zawsze prawdziwy będzie jej sens: po prostu podróże kształcą. I nie dość, że dobrze kształcą, to jeszcze w wielu dziedzinach. O ile tylko nie spędzamy czasu na zatłoczonej plaży pod zakurzoną palmą, to można powiedzieć, że podczas wakacji uczęszczamy na uniwersytet i rozmaite jego wydziały: etnografii, archeologii, socjologii, geografii, historii i religioznawstwa. Ja sama mam świadomość, że bardzo się dzięki turystyce wzbogaciłam. A więc to dobrze, że dziś niemal każdy na własne oczy może zobaczyć świat, a doświadczenia zdobyte w podróży, kulinarne i inne, wykorzystać w swojej okolicy. Jako miłośnik przyrody i historyk sztuki nie widzi pani zagrożeń płynących z tłumnej turystyki?
Oczywiście, zagrożenia są. To naturalne, że gdybyśmy przemierzali np. Angkor Thom w Kambodży zbyt często i w zbyt dużych grupach, zagrażałoby to jego zabytkom. Dlatego jestem za regulacjami wprowadzanymi w niektórych miejscach, by chronić je przed ludzką dewastacją. Nawet jeśli ogranicza to naszą „wolność turystyczną”. Jeśli ludzie chcą oglądać Złotą Uliczkę w Pradze czy zwiedzać centrum Katmandu w Nepalu, muszą za to zapłacić. Zysk z płatnego wstępu przeznaczany jest na renowację i konserwację zabytków. Turystyka masowa może więc stanowić strumień kontrolowany. Czy pani kiedykolwiek musiała oglądać coś w tłumie? Chyba nie ma przyjemności w zachwycaniu się np. Moną Lizą w Luwrze, kiedy przed nami taki tłok. To dobrze, że dziś niemal każdy na własne oczy może zobaczyć świat Nie ma. Ale też nie ma na to rady. Nikomu przecież nie można zabraniać podziwiania cudów świata. Polsce turystyka masowa nie grozi. Spośród przybywających do nas cudzoziemców ledwie 27 proc. robi to w celach turystycznych. Pani jednak przekonuje, że jest u nas co podziwiać. Ze względu na pewien autorytet, jaki, mam nadzieję, zyskałam po programie „Pieprz i wanilia”, miałam odwagę zająć się „Grochem i kapustą” – czyli podróżowaniem po Polsce. Kiedyś Polacy dzięki nam uprawiali turystykę masową – robili to za pośrednictwem ekranu. Identyfikowali się z nami, kiedy nie mogli wyjeżdżać. Za to nie zaniedbywali Polski. Wycieczki po kraju organizowały szkoły, zakłady pracy. Dziś wśród wypadów grupowych zdarzają się już tylko tzw. integracyjne, które nie polegają bynajmniej na zwiedzaniu i poznawaniu regionów. A szkoda, bo naprawdę jest co podziwiać. Piszę o tym w przewodnikach. Czwarty z serii „Groch i kapusta” jest już w druku. Wyjeżdżając masowo za granicę, musimy znać Polskę, by wiedzieć, co o naszym kraju opowiadać cudzoziemcom i być przekonanym, że warto ich tu zaprosić. Myśli pani, że taka rekomendacja wystarczy, by ożywić nasz kraj turystycznie? Nie, dopóki mamy tak marną infrastrukturę. Kto będzie ryzykował rozbicie samochodu na polskich drogach, błądził wśród ciekawych co prawda okolic, ale w których nie ma gdzie się zatrzymać. Co najważniejsze jednak, nie ma u nas dobrze podanej, również regionalnie, informacji o Polsce. Tymczasem mamy bardzo ciekawe szlaki, które możemy z dumą polecić cudzoziemcom – np. szlak drewnianych kościołów. Nie ma co ukrywać, nie możemy równać się z innymi krajami europejskimi pod względem zabytków gotyckich czy romańskich. Ale nasze drewniane kościoły z przepięknymi polichromiami, z niezwykłą architekturą i urozmaiconą bryłą to narodowy skarb, z którego rangi większość nie zdaje sobie sprawy. Początkującym na tym szlaku polecam choć ten jego fragment, który ciągnie się od Opolszczyzny przez Górny Śląsk, okolice Gorlic, Tarnowa, aż po moje ukochane Bieszczady. Co jeszcze warto według pani zobaczyć w Polsce? Kotlinę Biebrzańską. To cudowne miejsce, gdzie, tak jak nigdzie, tokują ptaki. Polecam lot na rozlewiskami Biebrzy wieczorem lub rano, najlepiej balonem na gorące powietrze. Ciekawe, że tam właśnie spotykam częściej niż gdzie indziej w Polsce podziwiających tę okolicę Japończyków, Holendrów, Włochów, Szwedów, rzadko Polaków. Cudowne są też oczywiście Bieszczady. Z jednej strony wolałabym, by jak najmniej ludzi tam spotykać, bo lubię dzikie miejsca (w końcu jestem Dzikowska), z drugiej jednak – dlaczego ktoś nie ma cieszyć się przepięknymi widokami połonin. Poza tym Dolny Śląsk. Ma więcej pałaców i zamków, niż jest ich nad Loarą, prócz tego piękne kościoły i klasztory. A Górny Śląsk? Przywykliśmy uważać, że to hałdy i dym, a tymczasem jest zielony i pełen miejsc niezwykłych. Zapraszałabym też na Kaszuby. Można tam wędrować kilometrami po szlakach i duktach leśnych, dla chętnych leśnicy organizują nawet coś w rodzaju fotograficznego safari. Można oglądać też megalityczne kręgi i dzieła rzeźbiarzy ludowych. Będąc na Kaszubach, słyszała pani o tamtejszych, związanych z wiosną i Wielkanocą, kraszankach, klekotkach-terkotkach, ścinaniu ptaka Kani? Nie, to jakieś obrzędy, zwyczaje? Kraszanki, zwane też byczkami, to charakterystyczny dla tego regionu rodzaj pisanek. Klekotki-terkotki używane są w kościołach podczas Wielkiego Postu zamiast dzwonków. A ścinanie ptaka Kani to coś w rodzaju topienia Marzanny. Nie wiedziałam, a to pewnie dlatego, że nie byłam tam wiosną. Wielkanoc spędzam chętnie w moich ukochanych Ustrzykach Górnych, choć niewiele zachowało się tam regionalnych zwyczajów świątecznych, bo rdzennej ludności łemkowskiej już prawie nie ma. Ale w Wielki Piątek odbywa się tu tłumna doroczna pielgrzymka na Tarnicę. Ludzie wspinają się na sam szczyt, aż pod Krzyż, który jest pamiątką podobnej wędrówki, jaką odbył tam w 1954 r. ks. Karol Wojtyła. Polskie święta wielkanocne są kolorowe i pogodne. Ale to też dobry moment na podróż. Wielki Tydzień jest na świecie tak różnie przeżywany. W Ameryce Łacińskiej np. to Wielki Piątek, nie Niedziela, jest najważniejszym dniem tych świąt. W Wielki Piątek organizowane są niezwykłe procesje, podczas których grzesznicy zakutani w fioletowe płachty noszą ciężkie feretrony. Na Wyspie Wielkanocnej z kolei ważne jest święcone. Tu najbogatszy mieszkaniec ma zwyczajowe prawo urządzać święcone dla mieszkańców całej wyspy. Na gorących kamieniach piecze się tuńczyki, słodkie ziemniaki, banany. Potem 1500 osób ustawia się w kolejce, z reklamówkami niestety, i to poświęcone jadło ładuje do worków, by je spożyć gdzieś z boku lub zabrać do domu. Mieszkańcy wyspy składają też ofiary na wielkanocnym ołtarzu w postaci ryb, mięsa, owoców. Nie zapomnę też świąt w Namibii, które spędziłam tam z czwórką przyjaciół. Spaliśmy wtedy w namiotach, nie mieliśmy stołu, nakryliśmy więc obrusem maskę samochodu. Na śniadanie podzieliliśmy się strusim jajem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA