fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Sami swoi dla Małysza

Adam Małysz
Rzeczpospolita
Prezes Apoloniusz Tajner pojechał do Planicy po nowego trenera kadry, ale niewykluczone, że wróci z kandydatem, którego znalazłby nie ruszając się z Beskidów
Dziś rano kwalifikacjami na słoweńskim mamucie zaczynają się wielkie narciarskie targi pracy. Ci, którym sezon się udał, przyjeżdżają do Planicy świętować, przegrani – negocjować trenerskie transfery, żeby mieć za co wznosić toasty za 12 miesięcy. Tym razem ruch w interesie będzie wyjątkowo duży, a oferty pracy atrakcyjne.
Niemiecki DSV, najbogatszy narciarski związek świata, nie chce już Petera Rohweina. Finów postawił pod ścianą Tommi Nikunen, rezygnując po blisko sześciu latach pracy. Tamtejsza federacja nie jest bogata, ale ma Janne Ahonena i młode talenty, przy których można zapracować na wielkie nazwisko. Polacy kuszą szansą pracy z Małyszem i całkiem wysoką pensją – Hannu Lepistoe wynegocjował blisko 6 tysięcy euro.
DSV może przebić każdą finansową ofertę. Przełknąłby nawet żądania Miki Kojonkoskiego, który oczekuje 15 tys. euro miesięcznie, gdyby tylko Fin zechciał przyjść. Kojonkoski ma jednak do 2010 r. kontrakt z Norwegami i nie zamierza go rozwiązywać. Może być więc tak, że wszyscy będą sobie wyrywać tych samych kandydatów. Berni Schödler, były trener Simona Ammanna, a dziś delegat FIS i poszukiwacz talentów dla szwajcarskiej kadry, nie ukrywa, że ma wstępne propozycje z aż czterech krajów, w tym Niemiec i Polski. Austriak Stefan Horngacher zgłosił się do PZN, gdy usłyszał, że kontrakt Lepistoe nie zostanie przedłużony, ale wymienia się go też wśród kandydatów do awansu w DSV (dziś jest tam trenerem młodzieży i Martina Schmitta), choć może nie na pierwszego trenera. Na liście tych, z którymi Polacy byliby gotowi rozmawiać, jest jeszcze Nikunen. Równie prawdopodobny jest jednak inny wariant: do licytacji nie dojdzie, bo każda z tych federacji będzie się trzymać swoich ludzi. DSV trenerem skoczków zrobi twórcę niemieckich sukcesów w kombinacji norweskiej Andreasa Bauera, Finowie zaproszą do powrotu do kraju chwalonego za pracę ze Słoweńcami Ari Pekkę Nikkolę, a Polacy postawią na któregoś z wiecznych asystentów: Łukasza Kruczka, Zbigniewa Klimowskiego czy Piotra Fijasa. Albo na wszystkich razem, zbierając ich w jednym zespole, do którego mieliby też wrócić po dłuższej przerwie fizjolog Jerzy Żołądź i psycholog Kamil Wódka. Twarzą tego zespołu stałby się Kruczek, asystent najpierw Heinza Kuttina, a potem Lepistoe. Gdy był skoczkiem, mówiło się, że jest skłócony z ówczesnym trenerem Tajnerem i kolegami. Nie przystawał do kadry jako jedyny z zawodników, który studiował, zamiast na Puchar Świata był wysyłany na Uniwersjadę. Jako trener stał się jednym z najbardziej zaufanych ludzi Tajnera prezesa. Wziął jego stronę w sporze z Kuttinem, dzięki temu został również asystentem Lepistoe. Nie wszystkich decyzja o awansie Kruczka ucieszy. Ten wybór wyglądałby trochę jak poddanie się bez walki, ale z drugiej strony podobnie mówiono i pisano, gdy Austriacy sięgali po Alexandra Pointnera. Miał być kandydatem z odrzutu, bo wszyscy zdolniejsi wyjechali. Minęły cztery lata i zawzięty Austriak stał się symbolem sukcesu, firmuje swoim nazwiskiem najlepszą szkołę skoków. Im bliżej decyzji PZN – ma zapaść do 28 marca – tym bliżej wariantu polskiego. Apoloniusz Tajner wolałby to rozwiązanie, bo mając szefa z zagranicy, kadra zawsze w jakimś stopniu wymyka się spod kontroli. A to trener nie chce się zgodzić, żeby doradzał mu profesor Żołądź (Kuttin zgodził się po walce, Lepistoe w ogóle nie chciał o tym słyszeć), a to upiera się, by dawać skoczkom w kość, gdy były trener-prezes widzi, że lepiej odpuścić. Poza tym Tajner chciałby zostać w PZN na następną kadencję, a w żadnym związku nie zdobywa się elektoratu, stawiając na obcych. Jest jeszcze jeden argument: po remoncie skoczni w Szczyrku i wybudowaniu nowej w Wiśle to w Beskidach polscy skoczkowie mają mieć swoje centrum treningowe. Można powiedzieć: u Małysza, Kruczka i Tajnera na podwórku, pod ręką będzie jeszcze wujek mistrza Jan Szturc. Spokój, mniej zgrupowań za granicą, sami swoi – scenariusz w sam raz na ostatnie lata kariery Małysza. Pytanie tylko, czy to jest właśnie taki impuls, jakiego potrzebuje on dwa lata przed igrzyskami w Vancouver. Świętego spokoju u Lepistoe miał akurat pod dostatkiem, może teraz przydałby się raczej ktoś, kto jeszcze będzie go w stanie czymś zaskoczyć. Tak jak Schödler, którego Simon Ammann i Andreas Kuettel zapędzali do ciągłej pracy nad sobą, bo przed każdym ćwiczeniem życzyli sobie wyjaśnień, dlaczego właściwie mają coś robić tak, a nie inaczej. Ta trójka tworzyła przez ostatnie lata najweselszą grupę w skokach. Schödler, lojalny wobec pracodawców i uwielbiany przez skoczków, potrafił rozładować atmosferę. Nawet na platformie trenerskiej stał z taką miną, jakby właśnie myślał o kolejnym kawale. Schödler odszedł rok temu, gdy uznał, że on i grupa już więcej nie będą mogli sobie dać, ale zostawiał kadrę po jej najlepszym sezonie. Ammann był mistrzem świata, Szwajcaria zajęła trzecie miejsce w Pucharze Narodów. Dziś pracuje z młodzieżą, ale podobno przez rok zdążył się już stęsknić za zajęciem, które daje więcej adrenaliny. Niemiecka propozycja może jej zapewnić zbyt dużo, tam czeka mnóstwo pułapek. – Nie wiem, czy mam wystarczająco szerokie plecy, żeby nie dać się pożreć w DSV – mówił niedawno. W Polsce tak szerokich nie musiałby mieć, ale nie wiadomo, czy w ogóle dostanie szansę, by się o tym przekonać. Wszystko o Pucharze Świata w Planicy: www.planica.si 5 sezonów asystentem trenerów kadry A i B był Łukasz Kruczek. Teraz chce się usamodzielnić.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA