fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Islam na miarę naszych możliwości

Największa inwestycja Ligi Muzułmańskiej – meczet na warszawskiej Ochocie
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski Krzysztof Skłodowski
Warszawa nie Londyn czy Berlin ze swoim multi kulti, Polska nie Szwecja z hojnymi zasiłkami dla imigrantów. Naiwnością byłoby jednak wierzyć, że islam, na drodze do globalnej dominacji, pogardzi wygodnym zapleczem nowoczesnej Europy.
Iwona Abi Issa, muzułmanka, przewodnicząca Wydziału Kobiet i koordynator ds. edukacji Ligi Muzułmańskiej RP, jest wychowawczynią klasy VI w podstawówce w Psarach między Wrocławiem a Trzebnicą. Kiedy uczy matematyki, informatyki i historii – na głowie ma hidżab. A szkoła nosi imię Jana Pawła II.

Trudno o szczęśliwszy symbol kulturowej i religijnej koegzystencji.

Telefon z „Plusa Minusa" ją zaskakuje, ale jest uprzejma. Tak, jeśli tylko znajdzie czas, chętnie porozmawia o sobie, życiu muzułmanki w polskiej rzeczywistości, roli i aktywności w Lidze. Tak, przekaże też prośbę o rozmowę mężowi, choć ten jest naprawdę bardzo zajęty – może uda się porozmawiać, podyskutować w trójkę. Na pewno zaś oddzwoni.

Jej mąż, Ali Abi Issa, to od listopada ubiegłego roku nowy przewodniczący Ligi Muzułmańskiej RP, wcześniej dyrektor wrocławskiego Muzułmańskiego Centrum Kulturalno-Oświatowego. Numeru telefonu do niego nie ujawnia oficjalna strona Ligi, podobnie zresztą jak innych członków władz organizacji. A redakcyjne e-maile – włącznie z tym do biura public relations Ligi, pozostają bez odpowiedzi.
Kończy się na wstępnych uprzejmościach – telefon nie dzwoni. Szkoda, bo jedyny bodaj większy portret wpływowej pary muzułmanów z Dolnośląskiego, niegdyś wyrysowany w entuzjastycznym artykule wrocławskiej „Gazety Wyborczej" sprzed ośmiu lat, aż się prosi, by dziś – w świetle coraz ostrzejszych tarć między islamistami a rdzennymi Europejczykami – nieco go uzupełnić. Tym bardziej że w kręgach mniej entuzjastycznych o liderze Ligi, który przy każdej okazji podkreśla, iż islam jest religią pokoju, nie mówi się jak o łagodnym baranku. – To radykał, może największy w Polsce – uważa Piotr Ślusarczyk, rzecznik Stowarzyszenia Europa Przyszłości i autor tekstów na portalu euroislam.pl, które krytycznie oceniają aktywność muzułmanów nad Wisłą. – To przecież on tłumaczył hadisy (didaskalia prorocze interpretujące Koran – red.) do tzw. wersetów miecza.
Wiadomo, że Abi Issowie mieszkają w Pierwoszowie pod Trzebnicą, gdzie kupili dom. Że Ali to Palestyńczyk z Libanu, który dzięki aktywności Organizacji Wyzwolenia Palestyny w krajach bloku wschodniego w 1987 r. wyemigrował do Polski wprost z obozu dla uchodźców. Z Iwoną poznali się w Opolu, na studiach – on kończył mechanikę na politechnice, ona historię, potem informatykę. Pod Wrocław przyjechali w 2004 r., gdy Muzułmańskie Stowarzyszenie Kształtowania Kulturalnego kupiło kamienicę we Wrocławiu pod meczet i centrum kultury. Kamienica sąsiadowała z siedzibą franciszkanów. – Wysłaliśmy delegację z pytaniem, czy nie mają nic przeciwko muzułmańskim sąsiadom. Odpowiedzieli: To dla nas zaszczyt – podkreślał wówczas Ali Abi Issa. Z nielicznych wywiadów przeprowadzonych w przeszłości z liderem Ligi wyłania się obraz człowieka zasymilowanego i zatroskanego „terrorystycznym" wizerunkiem muzułmanów. –  Zabijanie jest największym grzechem – tłumaczył w 2007 r. na Przystanku Woodstock, gdzie spotykał się z ludźmi, siedząc obok naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha i metropolity lubelskiego abp. Józefa Życińskiego. Tam też przekonywał, że islam nie zagraża wolności kobiet. – Obraz kobiety w czadorze, maltretowanej i pozbawionej praw, funkcjonuje tam, gdzie górę wzięły zacofanie, bieda, układy plemienne, np. w Afganistanie. Z islamem ten obraz nie ma nic wspólnego. Jestem Palestyńczykiem, mam trzy siostry, każda z nich skończyła studia, pracuje, chodzą w dżinsach, a nie w czadorze. Ali Abi Issa jest specjalistą od prawa muzułmańskiego, czyli szariatu. Ukończył nie którąś z religijnych uczelni na Bliskim Wschodzie, lecz Europejski Instytut Badań i Studiów Islamistycznych we Francji.  Ślusarczyk: – Ten fakt jest nie bez znaczenia, bo środowisko islamskich studentów we Francji uchodzi za bardzo radykalne. Tymczasem według szefa Ligi Muzułmańskiej niechęć wobec aktywności muzułmanów w Polsce to efekt niezrozumienia i nieznajomości zasad islamu, wybiórczego charakteru przekazów medialnych i islamofobii. To wiadomo. Nie wiadomo zaś do końca, w którą stronę poprowadzi Ligę.

Oszukiwać i zwodzić

Niemuzułmański świat ma problem ze zrozumieniem islamu, tym bardziej nad Wisłą, gdzie czador to wciąż egzotyka. Bo z jednej strony oburzenie z powodu aktów terroru, strasznych i bezwzględnych, jak choćby ostatni, na ulicach Londynu, gdzie młodzi islamiści zaszlachtowali wręcz brytyjskiego żołnierza, do turystycznych kamer wykrzykując „Allah Akbar!". Z drugiej zaś strony przekonanie, że nie wszyscy muzułmanie, a może wręcz mniejszość, popierają agresywny, ekspansywny islam i akty terroru. Co mówią ci, którzy mają z islamem bogatsze doświadczenia? Że kluczem jest interpretacja Koranu. Robert Spencer z Islam Watch w filmie BBC „Co Zachód powinien wiedzieć o islamie" wskazuje, że islamskie źródła i teksty, zaczynając od Koranu, tradycja, teologia, prawo, historia islamu, a przede wszystkim interpretacje Koranu, wszystko to świadczy, że islam zezwala na przemoc w stosunku do niewiernych. – Źródłem tego jest pragnienie muzułmanów, aby narzucić całemu światu jedną, prawdziwą religię – kwituje. Drugim po Koranie źródłem islamskiego prawa i systemu władzy – bo islam to nie tylko religia, ale i polityka – są hadisy. Tymczasem sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że Koran składa się z dwóch części. Jedna to ta, którą prorok Mahomet pisał w Mekce – tu przeważają wersety przepełnione pokojem i wolą współistnienia z Żydami i chrześcijanami. Ale drugą stworzył w Medynie, gdy już zdążył założyć teokratyczne państwo i zmienił strategię. Spencer: – W Koranie Allah mówi: „Jeśli odwołam jakiś werset, dam wam lepszy". To tzw. naskh, unieważnienie. Nowy werset jest obowiązujący dla muzułmanina.  Serge Trifkovic w „Chronicals Magazine" wskazuje na jeden z wielu przykładów – werset z 614 r., czyli pochodzący z Mekki: „Nie ma przymusu w religii". I na ten z 627 r., z Medyny: „Zabijajcie niewiernych, gdziekolwiek ich znajdziecie. Ale jeśli przyjmą islam, puśćcie ich wolno". Robert Spencer: – W tej sytuacji trudno umiarkowanemu muzułmaninowi stanąć naprzeciwko społeczności i powiedzieć, że nie jest to część islamu. Sprawę dodatkowo komplikuje prawo do tzw. tavijji. – Pozwala ona, zgodnie z zasadami Koranu, oszukiwać i zwodzić, jeśli służy to interesowi islamu – podkreśla Piotr Ślusarczyk z Europy dla Przyszłości. W związku z tym w kręgach zdystansowanych wobec ekspansji islamu mówi się wręcz o trzech etapach dżihadu. Według tej teorii pierwszy (dżihad ukryty) – gdy muzułmanie są słabi – należy promować islam pod przykrywką religii pokoju, tolerancji i miłości. Gdy społeczność muzułmańska krzepnie, należy zacząć walkę z krytykami islamu – poprzez m.in. stawianie się w roli ofiary, podkreślanie ksenofobii, często faszyzmu przeciwników – to dżihad defensywny. Pojawiają się manifestacje, nacisk na polityków, żądania wprowadzenia szariatu. Dżihadu agresywnego tłumaczyć nie trzeba, choć warto podkreślić, że w grę wchodzi tu także „wojna demograficzna". A według prognoz World Population w 2010 r. rdzennych Europejczyków było niespełna 16,5 proc., w 2030 ma być ich 13 proc., a w 2060 ma spaść do niespełna 10 proc. W tym czasie liczba muzułmanów ma się co najmniej potroić.

Minaret na Ochocie

W Polsce na razie mieszka ok. 30–40 tys. muzułmanów, trudno więc zakładać, że czeka nas jakaś erupcja islamu, albo że któraś z warszawskich dzielnic utonie w islamskich flagach. Warszawa nie Londyn czy Berlin ze swoim multi-kulti, Polska nie Szwecja z hojnymi zasiłkami dla imigrantów. Naiwnością byłoby jednak wierzyć, że islam, na drodze do globalnej dominacji, pogardzi wygodnym zapleczem nowoczesnej Europy. Polska może być bowiem atrakcyjna dla nawet ekspansjonistycznie nastawionych islamistów, zwłaszcza odkąd weszła do strefy Schengen. Potencjalne atuty? Od przychylności politycznie poprawnych elit do niskiego poziomu kontroli przepływów finansowych. Trudno takich scenariuszy nie snuć, gdy władze Ligi Muzułmańskiej niechętnie odnoszą się do prześwietlania finansów największej swojej inwestycji – budowy Ośrodka Kultury Muzułmańskiej z meczetem i minaretem na warszawskiej Ochocie. W grę wchodzi co najmniej kilkanaście milionów złotych (prace stanęły w ubiegłym roku z powodu – tak podaje LM – sporów z wykonawcami na tle rozliczeń), a do dziś Liga nie ujawniła nazwisk sponsorów, przyznając jedynie, że pieniądze pochodzą od filantropa z Arabii Saudyjskiej. Trzy lata temu, gdy budowa ruszyła, spotkała się z protestami środowisk krytycznych wobec radykalnego islamu. Protest się zaostrzył, gdy Agnieszka Rybak na łamach „Rzeczpospolitej" opisała przy okazji związki władz Ligi ze środowiskami uznawanymi na Zachodzie za ekstremistyczne, w tym związki samego ówczesnego szefa Samira Ismaila, prywatnie lekarza pediatry z jednego ze stołecznych szpitali. Ismail przyjechał do Polski w 1986 r. z Kuwejtu, w 2004 r. założył Ligę Muzułmańską, przejmując wiodącą rolę w polskim świecie islamskim po Muzułmańskim Związku Religijnym. Stara, głównie tatarska zasymilowana imigracja została zdominowana przez nową – z Bliskiego Wschodu. Z ówczesnych ustaleń „Rzeczpospolitej" wynikało, że  Samir Ismail figurował na stronie Federacji Islamskich Organizacji w Europie – a według amerykańskiej fundacji NEFA badającej i zwalczającej islamski terroryzm, FIOE to „przykrywka" „zrzeszająca członków Bractwa Muzułmańskiego w Europie". Ismail był tam przewodniczącym sekcji wychowawczej. Wraz z nim wymieniany był Walid Abu Shawarib, urodzony w Strefie Gazy bezpaństwowiec. Prokuratura w Monachium oraz Krajowy Urząd Ochrony Konstytucji w Berlinie wskazywały na jego więzi z Hamasem, a według tygodnika „Der Spiegel" w kręgach islamskich uchodził za szefa Hamasu w Niemczech. Niemcy wszczęli śledztwo w jego sprawie o „oszustwa, pranie brudnych pieniędzy, fałszerstwa dokumentów oraz wspieranie organizacji znajdujących się na unijnej liście ugrupowań terrorystycznych". Z dokumentów, do których dotarła wówczas „Rzeczpospolita", wynikało, że Shawarib miał zebrać na zlecenie przewodniczącego Wspólnoty Islamskiej Niemiec (IGD) Ibrahima El-Zayata setki tysięcy euro i „przekazać je za pośrednictwem belgijskiej filii fundacji al Aksa islamskim ekstremistom". El-Zayat zaś uchodzi za głównego przedstawiciela Bractwa Muzułmańskiego w Niemczech. Bractwo ma filie w 70 krajach i walczy ze świeckimi tendencjami w krajach muzułmańskich, a jego członkowie popierają świętą wojnę przeciwko Zachodowi. Samir Ismail nigdy nie odniósł się szczegółowo do tych informacji. Używał za to retoryki, która miała uspokajać. – Kiedyś zaatakowano mnie, że używam zwrotu „nasi bracia chrześcijanie". Odpowiedziałem, że przecież w Koranie wysłannicy Boga zwracają się do niewiernych słowami „nasi bracia" – mówił dwa lata temu w wywiadzie dla KAI pod sugestywnym tytułem pt. „Zamknąć szatana w klatce". Na działaczach Europy Przyszłości takie deklaracje nie zrobiły wrażenia, bo jak twierdzą, Ismaila obciąża więcej grzechów, choćby wydanie przez Stowarzyszenie Studentów Muzułmańskich w Polsce (działają w Lidze) w 1995 r. pism Sayyida Qutba przy wsparciu finansowym wydawnictwa z siedzibą w Arabii Saudyjskiej. – Qutb był głównym ideologiem Bractwa Muzułmańskiego, współtworzył teoretyczne podstawy dla terroryzmu i fundamentalizmu islamskiego – mówi Piotr Ślusarczyk. – Jego słowa prowadzą do walki członków Al-Kaidy. Zarówno Osama bin Laden, jak i jego prawa ręka Zawahiri wyrastali w kulcie Qutba nazywanego „Leninem dżihadu". Dziś Europa Przyszłości protestuje przeciwko gościom czerwcowego Zjazdu Muzułmanów, który ma się odbyć w Puławach. Według działaczy stowarzyszenia zjazd gościć będzie m.in. Ingrid Mattson, amerykańską konwertytkę, liderkę Islamic Society of North America, która wg „EP" m.in. „wybiela pakistański terroryzm". Taki obrazek z YouTube może szokować, ale nie jest już niczym szczególnym w Anglii. Na parę młodych, rodowitych Anglików spacerujących wieczorem ulicami Londynu napiera kilku muzułmanów. – Odejdźcie stąd! – grożą. – To strefa islamu. Jesteśmy muzułmańskim patrolem, a to jest miejsce muzułmanów, rozumiesz? To jest demokracja, to jest wolność, to jest nasza dzielnica! Idźcie stąd i nie wracajcie. Nie szanujemy tych, którzy nie są posłuszni Bogu. Zaatakowani próbują się bronić. – O co wam chodzi? Przecież to jest Wielka Brytania... – To wcale nie jest Wielka Brytania – słyszą. – Będziemy wam wbijać islam do głowy. Na Wyspach muzułmanie wywalczyli szariat i już nie muszą swoimi sprawami dzielić się z brytyjskim wymiarem sprawiedliwości. Tu już nikt nie ukrywa, że islamu chcą nie tylko od Mekki do Medyny, ale od Arabii Saudyjskiej do Londynu. Fragment dokumentu BBC pt. „Mój brat islamista": – Jesteś dżihadystą? – pyta reporter 27-letniego Richarda, mężczyznę, który urodził się biały, jak większość rodowitych mieszkańców nadmorskiego Weymouth w hrabstwie Domerset w Anglii. – Jestem muzułmaninem i popieram dżihad – mówi dawny Rich, dziś już Salahuddin. Richard był sympatycznym, brytyjskim chłopakiem, który lubił futbol, dziewczyny i piwo. Ale ówczesny elegancko ostrzyżony mężczyzna w T-shircie i modnych ciemnych okularach z rodzinnych zdjęć jako 22-latek wyjechał do Londynu. Wrócił z długą brodą i żelazem w oczach.

Krzyż mnie ograniczał

W Polsce muzułmanie nie łowią jeszcze tylu neofitów, ale szacunki i tak szokują – według reporterów „Superwizjera" co miesiąc na islam przechodzi 20–30 naszych obywateli. Agnieszka Amatullah-Witkowska, zanim wypowiedziała szahadę, czyli wyznanie wiary, była katoliczką. Jak sama mówi: „taką tradycyjną". – Zaliczyłam, że tak powiem, wszystkie sakramenty – mówi w jednym z dokumentów „Superwizjera". Czemu przeszła na islam? – Ograniczał mnie krzyż, ograniczało cierpienie. Szukałam czegoś – opowiada niezbyt jasno. Agnieszka mówi, że „zawsze brakowało jej jakichś konkretnych zasad i reguł" i że z tymi, które znalazła w islamie, „doskonale się czuje". – Dla mnie islam to wolność, a nie ograniczenie – mówi. W tej wolności mieści się na równi zgoda na pełną dominację mężczyzny w małżeństwie („generalnie facet w islamie to pierwsza osoba po Allahu") z prawem do bicia żony przez męża, gdy uzna, że na to zasłużyła – włącznie. – Można uderzyć żonę, podobnie jak rzucić kamieniem. Tak jest napisane w Koranie – wskazuje polska muzułmanka, dodając, że jeśli bierze sobie do serca religię, to całą, ze wszystkimi jej konsekwencjami. Salafitka z Pragi-Północ ma dwójkę, dziś niemal dorosłych, dzieci z pierwszego małżeństwa. Dzieci są katolikami, bo Agnieszka uważa, że nie powinno się nikogo do religii zmuszać. – Ale codziennie im przypominam, że będą w piekle, bo z punktu widzenia Koranu tylko muzułmanie wejdą do raju – mówi do kamery „Superwizjera". Stacja podpatruje  Amatullah Witkowską podczas m.in. pogadanki w jednym z warszawskich liceów. – Jeżeli w prawie szariatu jest napisane: obetnij mu głowę, no to ja idę za prawem szariatu, tutaj nie ma dwóch zdań – tłumaczy. I szokuje: – Gdyby doszło do tego, że mojemu synowi trzeba by obciąć głowę, to muszę to wziąć „na klatę". Agnieszka uważa się za „moherowy welon" – salafitkę, czyli fundamentalną i tradycyjną wierną literalnie podążającą za przykładem proroka i trzech następujących po nim pokoleń. W nieislamskim świecie powszechne uważa się, że salafizm (podobnie jak wahabizm – oba nurty żywe w np. Bractwie Muzułmańskim) leży u podstaw terroryzmu islamskiego. Dr Tomasz Aleksandrowicz, specjalista ds. terroryzmu Collegium Civitas: – Konsumpcyjny model życia nudzi, szczególnie młodych. A islam jest gorący, więc przyciąga. Święta wojna nie musi być spektakularna. – Każdy dzień, w którym zakładam chustkę na głowę, to dla mnie dżihad – mówi Agnieszka Amatullah Witkowska. W Europie Zachodniej misja odbywa się przez ośrodki i centra kultury, uliczne rozmowy agitacyjne i rozdawanie ulotek propagandowych, wydawanie książek i pism, kręcenie filmów, które trafią do sieci. Zachowując proporcje, podobnie jest już także w Polsce. Liga Muzułmańska RP inwestuje w wydawnictwa, wśród których uwagę szczególnie zwraca periodyk „As-Salam". Ostatni numer przynosi czołówkę, która – chcąc nie chcąc – kojarzy się z teorią trzech etapów dżihadu, a w szczególności z pierwszym. Artykuł pt. „Dyskurs islamofaszyzmu: islamofobia i produkcja nienawiści" to już nawet nie agitacja. To agresywna propaganda. Do tego dochodzi oddziaływanie na polskich muzułmanów nieradykalnych. – Jest prawdą, że np. polscy, zasymilowani Tatarzy byli i są poddawani presji świeższej, radykalniejszej imigracji związanej z Bractwem Muzułmańskim – przyznaje, choć anonimowo, muzułmanin z Podlasia.

Szariat na Pradze-Północ

Transparent: „Communism is dead, capitalism is dying, islam is the way for people", sfotografowany gdzieś w Londynie koresponduje z tym, co kiedyś powiedziała o islamie Oriana Fallaci, burząc krew polityków nie tylko w świecie muzułmańskim. Tymczasem polityczna poprawność sprawia, że od podejmowania problemu dystansują się politycy, a uznani arabiści brną nadal w stereotypach kompromitującego się na naszych oczach multi-kulti. Można zrozumieć tych drugich, choćby z powodu naukowych poglądowych zakotwiczeń i fascynacji. I praktycznego motywu – nie bardzo mogą sobie pozwolić na podcinanie gałęzi, na której siedzą. – Zamiast rozładowywać realne problemy i konflikty, próbuje się je nagłaśniać i pogłębiać – mówił niedawno w wywiadzie dla lewicowego portalu natemat.pl Bogusław R. Zagórski, arabista, dyrektor Instytutu Ibn Chalduna. – A przecież nie ma żadnych poważnych badań, które dowodziłyby twierdzenia o zagrażającej Europie wojnie religijnej. Tymczasem nawet Agnieszka Amatullah-Witkowska z warszawskiej Pragi-Północ mówi wprost: – Mieszkam w Polsce, więc szariat nakazuje mi respektować prawo polskie, ale jeśli będzie kolidowało, to pójdę za prawem szariatu.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA