Plus Minus

Ojciec Maciej Zięba: Pycha, pogarda i gnuśność liberalnej lewicy

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek
Jeżeli prawie cały naród jest ciemny, zacofany, ksenofobiczny i obciążony religijnie, a przecież każdy, kto nie wyznaje kanonu liberalnej lewicy, spełnia te kryteria, to nie tylko nie warto, ale i nie potrzeba nic robić. Takie społeczeństwo samo wejdzie na drogę autodestrukcji.

Biskupi są skazani na PiS" – to główna teza artykułu Jacka Gądka („Gazeta Wyborcza" 7 sierpnia 2018 r.). Autor trafnie zauważa, że wśród Episkopatu przeważają obecnie głosy krytyczne wobec PiS, ale konkluduje, że i tak nie ma to wielkiego znaczenia.

W opisie sytuacji trzeba mu przyznać rację. Nie wylicza co prawda wszystkich biskupów wyrażających się krytycznie o niektórych posunięciach PiS, a takich biskupów jest parunastu (wobec paru wspierających PiS – Gądek wymienia trzech) i zajmują oni eksponowane stanowiska w Episkopacie. Nie porusza też wszystkich tematów, w których biskupi krytykowali politykę rządzącej partii, a tych też jest sporo: problem imigrantów, polsko-niemieckie pojednanie, obrona demokratycznego państwa prawa (ładu konstytucyjnego, trójpodziału władz), ochrona życia nienarodzonych, krytyka zmiany ordynacji do europarlamentu, krytyka nacjonalizmu (także manifestacji i pielgrzymek promujących wątki nacjonalistyczne). Wszystkie te problemy doczekały się albo oficjalnych dokumentów Episkopatu, albo kilkukrotnego ich poruszenia przy istotnych okazjach przez najważniejszych hierarchów w kraju.

Ale – jak zauważa Gądek – wszystko to nie ma wielkiego znaczenia, bo biskupi doceniają w PiS elementy wspierające rodzinę (500+, wyprawki, zakaz handlu w niedzielę, koniec refundowania in vitro) i obawiają się rewolucji ideologicznej lewicy – liberalizacji dostępu do aborcji, usuwania symboli religijnych i religii z szkoły, małżeństw homoseksualnych oraz ich dostępu do adopcji.

Gądek ma rację i nie ma racji. Nie ma racji, bo – jak wielu komentatorów krytycznych wobec Kościoła – nie jest w stanie pojąć, że istnieje coś więcej niż gra o strefy wpływów, dążenia do dominacji i własnych korzyści. W Kościele – mimo że bez wątpienia istnieje w nim czynnik czysto ludzki – dominuje jednak pragnienie wierności Ewangelii. Jeżeli z Ewangelii wynika, że należy wspierać imigrantów, to Kościół będzie krytykował politykę zamkniętych granic, a jeżeli z Ewangelii wynika ochrona życia i pomoc ubogim rodzinom wielodzietnym, to będzie on przeciw liberalizowaniu prawa do aborcji i za 500+.

Klucz interpretacyjny do tekstu dziennikarza „Gazety Wyborczej" można odnaleźć na końcu. Jest nim nieskrywane zadowolenie, że „panowie w sukienkach przegięli" – biskupi nie dostrzegają, iż nowe pokolenie się buntuje i „hierarchia sprzedaje odpusty na pokładzie słonecznym tonącego »Titanica«". Ta agresywna tonacja analitycznego artykułu umacnia samospełniające się proroctwo: Kościół jest skazywany na PiS.

Gdzie są rozmówcy?

Bo z kim ma rozmawiać Episkopat? Z główną partią opozycyjną, która z bezideowości uczyniła i program, i cnotę. Pamiętam, jak jej przewodniczący pięć lat temu przez wiele miesięcy utrzymywał, że w ramach laickości państwa nie pojedzie na kanonizację Jana Pawła II. A gdy na trzy dni przed kanonizacją CBOS podał, że 92 proc. Polaków uważa kanonizację za ważne wydarzenie, błyskawicznie wynajął samolot, by zdążyć się uśmiechać do kamer z placu św. Piotra.

Jego następca najpierw oświadczył, że partia przesuwa się na prawo, „bo tam jest elektorat", a po dwóch latach zaczął się przesuwać na lewo, bo teraz tam zwietrzył potencjalnych wyborców. A 13 sierpnia tego roku – by dać przykład bardziej aktualny – znaczący polityk PO Jarosław Makowski opublikował w „Gazecie Wyborczej" tekst, w którym przekonuje, że każde zdystansowanie się biskupów od PiS to jedynie „ustawka" – fałszywa, cyniczna gra pozorów uprawiana przez polskich biskupów. I jeżeli Gądek w swoim tekście dokonuje jakiejś analizy postaw, to tekst Makowskiego jest już po prostu kłamliwy – wiele faktów nagina, większość ignoruje – wszystko pod z góry zadaną tezę o silnym sojuszu PiS i Episkopatu. I z kim tu rozmawiać?

Zresztą o czym? Jaki ta partia ma program? Jakie proponuje remedium na nasze dzisiejsze bolączki? A jaki program mają inne partie? Jedyną nowością AD 2018 jest „sezonowe" zadeklarowanie agresywnego antyklerykalizmu przez przewodniczącego SLD.

Tekst Gądka jest kolejnym potwierdzeniem, że bardzo szeroka koalicja oponentów dzisiejszej władzy żywi się małokaloryczną mieszanką pychy, pogardy i gnuśności. Mocne to słowa i wahałem się, czy mogę ich użyć. Taki jest jednak – jak mniemam – stan faktyczny i postaram się to uzasadnić.

Pycha i pogarda

Grupa, nazwijmy ją liberalną lewicą, której wielu przedstawicieli znajduje się w polityce, w mediach, na uczelniach i w świecie sztuki, poznała prawdę absolutną i po prostu „wie, jak ma być". Jest to dla niej punkt wyjścia i... dojścia. A ponieważ „wie", więc nie potrzebuje dyskusji, debaty, wymiany argumentów. Każdy, kto nie popiera dofinansowania in vitro, swobodnego dostępu do aborcji i prawa do adopcji dla par homoseksualnych, automatycznie jest człowiekiem nietolerancyjnym i fanatycznym, jest homofobem i mizoginem napędzanym przez religijny fanatyzm.

Argumentem za tym, że źródłem takiego myślenia jest właśnie pycha, może być niezmiernie wysoka samoocena tej grupy, poczucie, iż jest ona lepsza od ludzi mających inne poglądy. Gdyby bowiem traktowali partnersko ludzi myślących inaczej, to staraliby się ich przekonać, wytłumaczyć, uzasadnić swoje racje. Ale oni tego nie potrzebują. Jedynie pracowicie kolekcjonują ekstremalne cytaty i skrajne przejawy zachowań swoich antagonistów (ideologicznej prawicy, która też „wie, jak ma być"), by się utwierdzać w swych jedynie słusznych poglądach i móc „en bloc" lekceważyć tych, którzy ich nie podzielają.

Naturalną bowiem konsekwencją pychy jest pogarda. W tekście Gądka sporo jest lekceważących stwierdzeń i określeń. Choćby owo „panowie w sukienkach" jest sformułowaniem obraźliwym dla mnie, kochającego swój habit mający ośmiusetletnią tradycję.

I ta pogarda w przestrzeni publicznej pojawia się regularnie (a w reakcji często generuje agresję). Parę dni po tekście Gądka jeden z filarów KOD oznajmił, że ludzie jemu podobni stanowią w Polsce „rozumną mniejszość", natomiast zdecydowana większość Polaków to głupcy i – by postawić kropkę nad i – okrasił swoje odkrycie fotografią rozentuzjazmowanego tłumu pozdrawiającego Führera gestem „Heil Hitler". Parę dni wcześniej stosunkowo niedawno nawrócona na lewicowość dziennikarka podkreślała dumę ze swych życiowych osiągnięć, kontrastując ją z nieudacznictwem ludzi bezrobotnych, którzy sami są sobie winni. Przypomnę też profesorów dywagujących o polskim społeczeństwie jako „nieoświeconym plebsie" i „religijnych zacofańcach, którzy głosują na zacofanych".

Ta pogarda, acz w mniej dostrzegalny sposób, przejawia się również w tym, że problemy „zwykłych" ludzi nie interesują ludzi lewicy. Wyprawka szkolna, wakacje dla dzieci, w miarę tanie mieszkania, uczciwe sądownictwo, dostęp do służby zdrowia, głodowe emerytury to dla polskiej lewicy marginalia. „Płeć kulturowa" czy też adopcja dla związków jednopłciowych to są znacznie poważniejsze problemy.

Nie jest to bowiem mająca wspaniałe tradycje lewica „socjalna", ale lewica „liberalna" głosząca ideologię wyzwolenia z „tradycyjnej moralności" (tzn. moralności), „tradycyjnej rodziny" (tzn. rodziny), Kościoła i narodu, a także męskości i kobiecości. I jest to lewica kawiorowa (to nieco złośliwe określenie oznacza wielkomiejską „upper middle class", dobrze wykształconą i sytuowaną).

To ogólna choroba dzisiejszej lewicy na Zachodzie. Dziesiątki lat życia wśród elity zamieniły walkę o poprawę losu biednych i uciskanych w dążenie do poprawiania swojego komfortu – oderwały ją od życia zwykłych ludzi.

Wspomnę choćby Hiszpanię, gdzie socjalistyczny rząd w czasie kryzysu gospodarczego, w momencie masowych manifestacji przeciw podwyżkom cen benzyny przyznawał szympansom prawa człowieka (dodajmy, że w Hiszpanii nigdy nie było dziko żyjących szympansów).

Gnuśność

Jeżeli prawie cały naród jest ciemny, zacofany, ksenofobiczny i obciążony religijnie, a przecież każdy, kto nie wyznaje kanonu liberalnej lewicy, spełnia te kryteria, to nie tylko nie warto, ale i nie potrzeba nic robić. Takie społeczeństwo samo wejdzie na drogę autodestrukcji. Dlatego od paru lat słyszeliśmy z ust wielu polityków, ekspertów i dziennikarzy, że już za chwilę „Polska będzie w ruinie", bo budżet nie wytrzyma 500+, a co gorsza, program ten zdewastuje rynek pracy, a wolne niedziele oznaczają zniszczenie handlu i wyrzucenie na bruk dziesiątków tysięcy pracowników. Do tego warto dodać przekonanie, że luki VAT nie uda się zmniejszyć, a PKB zacznie się kurczyć. Dziś owi prorocy klęski wynajdują dziesiątki usprawiedliwień i wykrętów, ale – można sprawdzić w internecie – jeszcze niedawno ogłaszali oni swe werdykty w sposób całkowicie jednoznaczny, bez cienia niuansowania.

Nie słyszałem natomiast z ust tychże samych polityków, ekspertów i dziennikarzy ani słowa o tym, jak należy zadbać o polską obronność, co należy poprawić w służbie zdrowia, co w edukacji, ani też jak reperować system emerytalny, jak powinna wyglądać reforma sądów, jaką widzą rolę Kościoła w demokratycznym państwie prawa, czy chcą coś zmienić w podatkach albo jak widzą Polskę w Europie wielu prędkości i w jaki sposób chcą rozwiązywać problem imigrantów itd., itp.

W postawę pychy i pogardy wpisana jest bowiem gnuśność. Nie warto się interesować „innymi", bo ci „inni" są niewarci zainteresowania.

Wystarczy jedynie dłużej poczekać, a świat będzie należał do nas. Stąd te z lubością podchwytywane statystyki o spadku powołań kapłańskich i uczęszczania na Eucharystię, o krytyce katechezy w szkołach, o wzrastającej aprobacie dla antykoncepcji, o coraz większej liczbie nieślubnych dzieci i rozwodów. Wystarczy jedynie czekać, aż „hierarchia sprzedająca odpusty na pokładzie słonecznym tonącego »Titanica«" w końcu wpadnie na górę lodową.

A wtedy, gdy zacofani wymrą, a oświeceni przetrwają, gdy już całkiem nie będzie powołań kapłańskich, a na świat będą przychodziły same nieślubne dzieci (choć one są pierwszą ofiarą nietrwałych relacji między rodzicami, a drugą – kobiety), Królestwo Postępu zapanuje na ziemi.

Ponieważ mam już parę lat na karku, więc od lat 60. jestem bombardowany takimi statystykami i od pół wieku czytam o rychłym oraz finalnym upadku tradycyjnej moralności, o śmierci tradycyjnej rodziny, śmierci Boga, o społeczeństwach i państwach postnarodowych oraz transgresjach transpłciowych transhumanistów itd. Dlatego dosyć już się uodporniłem na koncert pobożnych życzeń ideologów postępu.

Ale ponieważ od wielu dziesiątków lat duszpasterzuję wśród realnych ludzi z realnych miast dużych i małych, a także ze wsi, to wiem, że te proroctwa nie spełnią się w przewidywalnej przyszłości. Jest tam bez liku ludzi mądrych, ideowych, głęboko religijnych. Owszem, czasem zdarzają się wśród nich antysemici, nacjonaliści, zwolennicy patriarchalnego modelu rodziny, ludzie wrodzy imigrantom, Niemcom i Ukraińcom czy agresywni wobec lewicy (a rzadziej wobec prawicy), ale staram się z tymi ludźmi rozmawiać. I ponieważ czują, że naprawdę zależy mi na rozmowie, prawie wszyscy szczerze rozmawiają.

Owszem, przed Kościołem w Polsce i na świecie istnieją bardzo poważne wyzwania, owszem, istnieją grzechy i słabości ludzi Kościoła, trzeba jednak je z mozołem przezwyciężać i bezustannie się nawracać. A tym, którzy uważają, że Kościół to RMS „Titanic", przypomnę, że jest to jednak „łódź Piotrowa". Przypomnę także, że gdy sternikiem owej łodzi został papież Grzegorz I, to takimi słowami opisywał kondycję Kościoła: „przejąłem okręt stary i mocno rozbity, w którym belki są przegniłe, a ze wszystkich stron wdzierają się fale". To był VI wiek.

Widziałem też Światowe Dni Młodzieży w Polsce, byłem na Lednicy, słuchałem relacji z Przystanku Jezus i wielu podobnych miejsc, odwiedzam liczne duszpasterstwa akademickie i seminaria duchowne i wiem, że te wszystkie wyzwania, które przed nami stoją, będą podejmowane w kolejnych pokoleniach w sposób twórczy, z nową energią, nowymi pomysłami i nowym zapałem.

Raczej więc ostrzegałbym wyznawców Królestwa Postępu przed samozadowoleniem. Jak poucza Księga spisana dwadzieścia pięć stuleci temu: „Duch pyszny poprzedza upadek"

Dialog i społeczeństwo

O czym biskupi mogliby rozmawiać? O dialogu społecznym. Mówili i pisali o tym wielokrotnie. Kościół w Polsce dowiódł, że potrafi mediować w najtrudniejszych konfiguracjach społecznych. Dialog jednak bazuje na prawdzie i na wzajemnym szacunku. Buduje przestrzeń spotkania. Tworzy możliwość budowania kompromisów społecznych i politycznych. Pomaga stworzyć nieideologiczne centrum, które mogłoby podjąć najważniejsze, wspólne i realne wyzwania stojące przed Polską AD 2018.

Jednym z nich jest fakt, że dzisiejsze podziały dotyczą nie tylko elit. Niestety, dotarły także „pod strzechy". I słusznie zauważył Rafał Matyja, że te setki tysięcy małych konfliktów to gigantyczna strata dla Polski. Kapitał społeczny, a więc współpraca, wzajemna asekuracja, innowacyjność na wszystkich szczeblach i jej wdrażanie, poczucie bezpieczeństwa, zależy przede wszystkim od wzajemnego zaufania. Jeśli to zaufanie jest rozbite przez konflikt, to na podstawowym międzyludzkim poziomie codziennie nie dochodzi do milionów małych porozumień, mikrotransakcji, niewielkich innowacji i usprawnień. Tych strat spowodowanych zaniechaniem nie da się obliczyć, ale kiedy Jan Paweł II przypominał nam o tragicznych skutkach „samoniszczącej świadomości, postawie i postępowaniu w czasach saskich", to nie odnosił się do historycznych abstrakcji. Dziś czasy też są niepewne i niebezpieczne, a Rzeczpospolita skłócona.

Komu jednak w Polsce zależy na budowaniu nieideologicznego centrum? Konflikty są nieusuwalne w życiu społecznym. Problemem są ilość, rodzaj i głębia konfliktów. Społeczeństwo obywatelskie to społeczeństwo dynamicznych obywateli, którzy często głęboko się różnią, ale łączy ich poczucie większej wspólnoty, wspólnie przeżywanego „my". Jest to społeczeństwo – jak pisze socjolog Larry Diamond ze Stanfordu – które „obejmuje obywateli działających wspólnotowo w sferze publicznej, aby wyrazić swoje interesy, pasje, preferencje, idee, wymieniać informacje, osiągać zbiorowe cele, formułować żądania wobec państwa, ulepszać struktury oraz funkcjonowanie państwa i kontrolować urzędników. Społeczeństwo obywatelskie jest więc zjawiskiem pośredniczącym lokującym się pomiędzy sferą prywatną a państwem". Jest to społeczeństwo zbudowane na pryncypiach pomocniczości, dobra wspólnego i solidarności, które troszczy się o poprawę losu najsłabszych i najuboższych.

Patriotyzm i moralne ramy

Ważnym czynnikiem budowania społeczeństwa obywatelskiego jest patriotyzm, bo to on konstytuuje wspólną tożsamość, to on jest warunkiem pomnażania kapitału społecznego. Niestety, „liberalna lewica" nie przepada za patriotyzmem. Stawia go często w jednym szeregu z rasizmem oraz faszyzmem. Dlatego od dawna przewidywałem, że ignorowanie lub wręcz rugowanie patriotyzmu przez szeroko pojęte kręgi „liberalnej lewicy" wzmocni w Polsce nacjonalizm. Przestrzegał też przed tym ponad 20 lat temu wybitny historyk idei, a zarazem przewodniczący rady Stowarzyszenia przeciwko Antysemityzmowi i Ksenofobii Jerzy Jedlicki. Był bowiem przekonany, że bez wzmacniania polskiego patriotyzmu „ta część młodych, która odczuwa niedosyt samookreślenia, będzie siłą rzeczy lgnęła do tych organizacji radykalnej prawicy, które tę pustkę potrafią jej wypełnić, uzurpując sobie monopol narodowej afirmacji i patriotycznych haseł".

Znowu, nie jest to tylko polski problem, lecz całego Zachodu. „Partie liberalne i lewicowe przestały mówić o patriotyzmie, jakby był domeną wyłącznie prawicy – mówił Michael Sandel z Harvardu – A to pozwoliło prawicowym populistom deklarować, że oni i tylko oni reprezentują patriotyzm i tożsamość narodową".

I jesteśmy, gdzie jesteśmy – z lubością i moralną wyższością „liberalna lewica" piętnuje dziś nacjonalizm i faszyzm. Jak jednak gorzko zauważał w swoim ostatnim tekście jeden z jej autorytetów prof. Wiktor Osiatyński: „odrzucenie, a nawet tylko zignorowanie twórczego patriotyzmu przez liberalne elity utorowało drogę nacjonalistycznej prawicy, która zagospodarowała te patriotyczne uczucia".

Coraz lepiej, w całym świecie Zachodu, rozumiemy, że wolnorynkowa gospodarka nie rozwija się w próżni, że potrzebuje moralnych ram, choćby dlatego, że „ethics pays", że rdzeniem kapitału społecznego jest kapitał moralny, a każda decyzja ekonomiczna lub jej brak (o inwestycji, zatrudnianiu, umowie, decyzji kupna itd.) zawiera w sobie także element moralny. Podobnie coraz lepiej rozumiemy, że demokracja to nie tylko wrzucanie kartki wyborczej, ale i system wspólnie uznawanych podstawowych wartości.

„Demokracje liberalne nie są samowystarczalne. Życie społeczne, od którego są zależne, musi pochodzić ze źródła innego niż liberalizm" – ten pogląd Fukuyamy, który dodaje, że fundamentem liberalnej demokracji są wartości moralne, dla „liberalnej lewicy" nadal brzmi jak herezja. Doszła ona bowiem do władzy pod hasłami wyzwolenia z „tradycyjnej moralności" i „tradycyjnej religii" oraz ogołocenia sfery publicznej z religii i etyki. Siłą rzeczy pozostaje na niej jedynie argumentacja wąsko pragmatyczna i ściśle ekonomiczna, czego nasza „ciepła woda w kranie" jest przykładem.

Prof. Michael Sandel przekonująco pokazuje, że taki minimalizm przynosi dla społeczeństwa groźne skutki. Jeżeli bowiem wyeliminujemy argumenty religijne i moralne z debaty publicznej, „zostanie w niej wyłącznie wąski, technokratyczny, ekonomiczny, rządzący się rynkowymi zasadami dyskurs, który nikogo nie inspiruje, tworzy moralną pustkę i daje ludziom poczucie, że ich głos nie jest ważny". To kolejny przejaw pychy, pogardy i gnuśności. Pychy, bo o moralności nie trzeba dyskutować, gdyż my wiemy, co dla ludzi jest dobre (a religia tylko nam przeszkadza). Pogardy, bo z fundamentalistami, nacjonalistami i mizoginami nie da się dyskutować. Gnuśności, bo po odrzuceniu dyskursu religijnego i etycznego pozostają do rozwiązania jednie problemy techniczne oraz dbałość o to, aby nadal było tak, jak jest.

Problem w tym, że świat nie jest taki, jak wyobraża go sobie „liberalna lewica". Natura nie znosi próżni. „Wydaje się, że trzymanie poważnych moralnych i religijnych sporów z dala od sfery publicznej to sposób na tolerancję i pluralizm – kontynuuje Sandel – ale paradoksalnie tworzy to taką moralną próżnię, że zaprasza wręcz fundamentalizm i autorytaryzm". To wielki problem, a raczej fundamentalne wyzwanie, które staje dziś przed całą liberalną demokracją Zachodu. Jednakże, żeby je dostrzec, trzeba dokonać rewizji „liberalnego" paradygmatu, trzeba też przyjąć współodpowiedzialność za dzisiejszy kryzys. „Debata publiczna, w której nie ma dyskusji o wartościach, niszczy demokrację i otwiera ją na najgorsze formy autorytaryzmu" – to pointa wywodu Sandela. Już to obserwujemy. A winne są liberalne elity, które odrzuciły język moralnych wartości.

Gołym okiem widać, jak skrajna, nacjonalistyczna prawica rośnie w siłę w USA i Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii oraz Włoszech, Austrii, Holandii i na Węgrzech, także w Polsce.

Ale rozmowa na ten temat wymagałaby rachunku sumienia, więc pewnie lepiej ją odłożyć. Zresztą z kim rozmawiać? Z „hierarchami sprzedającymi odpusty na »Titanicu«"? Znacznie łatwiej jest nic nie robić i marzyć o wielkiej górze lodowej, która rozwiąże problemy.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL