fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

#Odporninadezinformacje. Edwin Bendyk: Prenumerujmy dobre gazety

TOMASZ JASTRZĘBOWSKI/REPORTER
Powinniśmy kierować się zasadą podobną do tej, gdy wchodzimy do sklepu. Nauczyliśmy się już sprawdzać datę przydatności do spożycia produktu, jego świeżość. Dokładnie to samo musimy stosować podczas konsumowania informacji – mówi Edwin Bendyk, prezes Fundacji Batorego.

Dlaczego w dzisiejszych czasach odbiorca nie może ufać informacji i musi ją weryfikować?

U źródeł tego zjawiska leży spadek zaufania do instytucji medialnych, które w infrastrukturze społecznej pełniły rolę miejsc, gdzie dostaje się sprawdzoną, dobrej jakości informację. W badaniu „Edelman Trust Barometr”, które przeprowadzane jest rok rocznie, wyraźnie widać jak media straciły zaufanie. To pokazuje, że nie ma kotwic, punktów odniesienia. W Polsce to się pogłębiło również ze względu na sytuację w mediach publicznych. To one powinny być czymś w rodzaju punktów triangulacyjnych, powinny pełnić rolę wzorca w sytuacji, gdy fake news staje się orężem wykorzystywanym również w relacjach międzynarodowych, by oddziaływać na rzeczywistość wewnętrzną. Gdy media publiczne stosują dezinformację i fake news, realizując zamówienie mocodawców politycznych, trudno mówić o jakimkolwiek do nich zaufaniu. Z drugiej strony media generalnie przechodzą kryzys zaufania, co związane jest ze spadkiem zaufania do różnego typu instytucji.

Jakim informacjom w takim razie ufać i uznawać za sprawdzone?

„Edelman Trust Barometr” wykazał także, że Polacy ufają „innym takim jak ja”. To znaczy, że najchętniej ufamy wiadomościom ze swojej „bańki informacyjnej”, ludziom myślącym podobnie do nas. To zjawisko jest uzasadnione psychologicznie, podobnie myślący ludzie wzbudzają w sobie nawzajem większe zaufanie. Jeśli chodzi o Polaków i zaufanie do informacji, ciekawych danych dostarczają obserwacje przestrzeni komercyjnej. O ile jesteśmy nieufni w relacjach na co dzień i na pytanie czy drugiej osobie można zaufać odpowiada pozytywnie do 20 proc., o tyle inaczej jest w przestrzeni handlu internetowego. Poziom zaufania do rekomendacji przekroczył w jednym z badań 50 proc. i był to jeden z najwyższych wyników wśród badanych społeczeństw. Jak widać, przemiana przestrzeni medialnej, zarówno pojawienie się nowych mediów, upadek mediów publicznych, przekształcenia mediów tradycyjnych prowadzą do zmian w strukturze zaufania do instytucji medialnych, dziennikarzy i źródeł informacji w ogóle.

W jaki sposób odbiorcy mogą odróżnić fake newsy od informacji prawdziwych? Czy istnieją elementy charakterystyczne dla fake newsów?

Podstawowym kryterium jest źródło, to skąd dana informacja pochodzi. Najpierw trzeba spojrzeć kto jest nadawcą. Jeżeli nadawcą jest jakieś nieznane źródło, to od razu trzeba zachować czujność, tym bardziej, że w internecie wszystko wygląda podobnie. Lepiej ufać markom medialnym niż tzw. „no name’om”. Potem już jest trudniej, bo wszystko zależy od nastawienia odbiorcy, wkraczają mechanizmy psychologiczne. Jeżeli szukamy potwierdzenia dla naszego przekonania, to zrobimy wszystko, by je znaleźć. Jeżeli np. nabieramy podejrzenia, że pandemia jest fake newsem, że to spisek, to będziemy robić wszystko, by znajdować informacje potwierdzające tę tezę. Wtedy każdy fragment, który to potwierdzi będziemy interpretować pozytywnie. W takiej sytuacji nie przystępujemy do szukania informacji z nastawieniem krytycznym, tylko potrzebą potwierdzenia. Dlatego należy rekomendować nastawienie krytyczne, ono powinno nam zawsze towarzyszyć, ale tego się nie uczy, np. w szkołach. To jest ważne, nie tylko, gdy chodzi o internet. Mowa generalnie o krytycznej analizie tekstu, ona powinna być podstawą edukacji humanistycznej, bo takie nastawienie umożliwia wielostopniową analizę. Należy bowiem zwracać uwagę na źródło, ale także na język komunikatu. To nie jest łatwe, ponieważ fake newsy ewoluują. W 2014 roku, w czasie rewolucji ukraińskiej, pojawiało się mnóstwo komentarzy w obiegu twitterowym czy facebookowym, których język ewidentnie pokazywał, że są one rosyjskiego pochodzenia. Były pisane po polsku, ale dziwną składnią. Ktoś kompetentny językowo od razu widzi, że z taką informacją jest coś nie tak. Po trzecie, jeżeli oczywiście podchodzimy krytycznie, to często fake newsy nie są w stanie sprostać analizie logicznej, w środku są logiczne sprzeczności i to można wyłapać, jeżeli ma się kompetencje do logicznego rozbioru zdań. Charakterystyczne dla fake newsów jest też wykorzystywanie ogromnych uproszczeń, wielkich kwantyfikatorów czy przesadnych sądów. Doskonałym, aktualnym przykładem jest informacja, że Bill Gates wymyślił koronawirusa, po to by zmusić wszystkich do szczepienia, żeby podczas szczepienia nadać każdemu cyfrowy numer, który będzie podstawą systemu kastowego. Jeżeli się w to uwierzy, to będzie się szukało potwierdzenia takiej informacji, ale jeżeli użyje się zmysłu krytycznego, to zauważy się, że każdy z elementów tej łamigłówki jest nieprawdopodobny. To jest przykład, gdzie pojawia się tak znaczna przesada, że powinna przynajmniej budzić ostrożność. W takim momencie należałoby przejść przez wszystkie punkty „Dekalogu walki z fake newsami”, by zweryfikować taką informację.

Jak i gdzie zatem nauczyć się krytycznego, świadomego myślenia?

Moim zdaniem nie ma prostej recepty, nie chodzi o edukację medialną, którą się rekomenduje, tylko po prostu odpowiednią edukację humanistyczną. Dobrym przykładem jest Francja, gdzie kanonem edukacji jest krytyczna analiza tekstów, gdzie matura z filozofii jest obowiązkowa. Dzięki temu każdy we Francji wychodzi z liceum z przygotowaniem do świadomego odbioru informacji czy to w mediach czy na Facebooku, tak by sobie z tymi informacjami radzić. W 2017 roku siła oddziaływania rosyjskich trolli we Francji była zacznie słabsza niż w Wielkiej Brytanii podczas kampanii w sprawie brexitu czy w Stanach Zjednoczonych podczas wyborów prezydenckich. Szkoły nic nie zastąpi i o to trzeba walczyć. Po drugie ważna jest funkcja mediów publicznych, które powinny być źródłem pewnych informacji, a nie jak jest dzisiaj narzędziem wewnętrznej wojny hybrydowej przeciwko społeczeństwu. To niszczy całą logikę.

Jakie mogą być skutki tego, gdy uwierzymy w coś, co nie jest prawdą, nie zweryfikujemy tego?

Będziemy podejmować złe decyzje. Mówiąc np. w kontekście pandemii, jeżeli uwierzmy, że jest ona nieprawdą, to będziemy zachowywać się zgodnie z tym przekonaniem i zaczniemy zaniedbywać środki ostrożności. To się dzieje, fala antypandemiczna rośnie, zwiększa się liczba komunikatów z hasztagiem #pandemia_to_fake_news czy #wyjdźcie_z_matrixa_pandemii_nie_ma nie tylko w internecie, ale także w postaci murali w przestrzeni publicznej. Skutki tego mogą być tragiczne, bo odbiorca zaczyna zachowywać się irracjonalnie i to dotyczy każdego fake newsa. A takie zachowanie prowadzi do złych decyzji. To może dotyczyć np. politycznych wyborów dokonywanych w oparciu o emocje zamiast o racjonalną analizę. Podobnie jest w przestrzeni gospodarczej, np. w mechanizmach marketingu, które posługują się różnymi chwytami. Jednak to właśnie ta sfera jest objęta najliczniejszymi regulacjami. W reklamie, która ma przekonać odbiorcę do zakupu danego towaru pojawiają się pewne instrumenty skłaniające do konkretnej decyzji, ale to w reklamach posługiwanie się jawnym kłamstwem jest najmniej możliwe. To pewien paradoks, że sfera skomercjalizowana jest najbardziej uporządkowana, jeżeli chodzi o rzetelność. Ale dzisiaj reklama to tylko część, istnieje też obieg komunikacji marketingowej choćby w sieciach społecznościowych i tam już często pojawiają się fake newsy. Dlatego jeżeli ich nie weryfikujemy, to możemy podejmować błędne, często kosztowne decyzje.

W internecie pojawia się jeszcze jeden problem, każdy odbiorca staje się nadawcą. Jak wygląda rola jednostkowego nadawcy np. na Facebooku?

Zanim zdecydujemy się coś udostępnić, powinniśmy upewnić się, że nie „szerujemy” jakiegoś fake newsa. To nie jest łatwe, ponieważ gdy coś nam się podoba, to udostępniamy to bez głębszej analizy, np. gdy to jest coś kompromitującego polityka, którego nie lubimy, to czemu tego nie wykorzystać i nie puścić do swoich znajomych? A to często są fake newsy. Problem jest taki, że to robi się łatwo. To jest też pożywką dla ludzkiej potrzeby bycia w ciągłym kontakcie, pewnej kompulsywności. Przeciętny użytkownik Facebooka czy Twittera raczej coś „szeruje”, rzadziej tworzy własne treści. To jest moment, gdy wyłącza się krytycyzm. W takich momentach odbiorca, który staje się nadawcą, jest mniej czujny niż wtedy, gdy szuka informacji dla siebie. Przez to wszyscy stają się coraz bardziej cyniczni, wszyscy się tak zachowują. To jest jeszcze większy problem w przypadku osób, które w jakiś sposób biorą udział w tworzeniu opinii publicznej, co dotyczy np. dziennikarzy odpowiedzialnych za jakość informacji, także w relacjach prywatnych. Problemem jest to, że chcemy być nie tylko podłączeni do strumienia informacji, ale także chcemy być widoczni, a by to osiągnąć, trzeba cały czas nadawać.

Wspomniał pan o poziomie zaufania wśród Polaków. Czy my jako nardów doświadczony PRL-em, jego propagandą i cenzurą, jesteśmy bardziej czujni na fake newsy?

Problem sięga dalej, nie jest związany tylko z PRL-em, u nas jest przede wszystkim problem z państwowością i własnymi instytucjami publicznymi, bo praktycznie przez ostatnie dwieście lat niezależni byliśmy tylko przez krótkie momenty. PRL spowodował inny mechanizm. Wiedzieliśmy, że władza próbowała tę przestrzeń komunikacji publicznej konstruować, w pełni kontrolować, a w najmniejszym stopniu rzetelnie informować. Wśród kompetentnej części społeczeństwa ważną rolę odgrywały rytuały takie jak np. czytanie między wierszami. Czyli jak przeczytać komunikat z „Trybuny Ludu” i wyciągnąć właściwe wnioski. Generalnie jednak w Polsce chodzi o mający historyczne źródła problem niskiego zaufania do instytucji publicznych, zwłaszcza związanych z władzą. Jeżeli mówimy o obecnej sytuacji, to już na samym początku pandemii pani profesor Krystyna Skarżyńska robiła badania o Polakach w czasie pandemii. Tam było kilka zaskakujących informacji. Jedna to taka, że ponad 80 proc. Polaków zaakceptowało reżim pandemiczny w pełnej ostrości. To zaskakujące, że okazaliśmy się tacy potulni. Ta potulność nie wynikała z uległości i akceptacji dla autorytaryzmu, ale uznaliśmy, że tak należy postępować w sytuacji epidemii. Ale z tego samego badania wynikało, że ponad połowa Polaków, ponad 60 proc. badanych, nie ufała informacjom podawanym przez rząd i to dotyczyło nawet zwolenników obecnej władzy. To jest endemiczna cecha Polaków, choć pewnie podobnie jest też w innych postsocjalistycznych krajach. I to jest wyzwanie, że Polacy nie wierzą w oficjalne komunikaty. Co zaskakujące i ważne w obecnej sytuacji, okazuje się również, że Polacy nie ufają lekarzom. Z analizy przeprowadzonej w 2014 roku w trzydziestu krajach, głównie z obszaru Europy z Rosją włącznie, Polska pod względem zaufania do lekarzy była ostatnia. Natomiast ufamy np. organizacjom społecznym. 84 proc. Polaków ufa Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, 78 proc. Caritasowi. I, co wydaje się zaskakujące, 74 proc. badanych ufa władzom lokalnym, choć jeszcze dwie dekady temu podobnie twierdziło tylko ok. 40 proc. respondentów. Ten wzrost zaufania to chyba najlepsza miara sukcesu reformy samorządowej i postawienie na samorządność jako jeden z filarów ustroju Polski po 1989 r.

Jak będzie wyglądała przyszłość? Czy zmęczeni natłokiem informacji odejdziemy od nieprzemyślanego udostępniania na rzecz poszukiwania twardych danych, informacji pewnych? Czy jednak sfera informacji będzie coraz bardziej rozproszona?

Jeszcze dekadę temu problem z jakością komunikacji w internecie wydawał się mniejszy, nie mówiło się wtedy jeszcze zbyt często o fake newsach czy post-prawdzie. To narosło w 2016 r. po kampanii Donalda Trumpa i kampanii brexitowej. Większym problemem był wyraźny kryzys prasy drukowanej, niechybny zdaniem wielu ekspertów jej upadek. Nawet „The New York Times” szykował się do pogrzebu. Coś się jednak zmieniło, wiele tytułów upadło, ale inne znalazły sposób na odnowienie legitymacji i zaufania czytelników. Gazety pokazały, że są potrzebne bo tylko one potrafią zamieniać strumienie danych, jakich dostarczał np. serwis WikiLeaks w użyteczną dla odbiorców syntezę. Okazało się, że sam dostęp do nieprzefiltrowanej informacji nie oznacza jeszcze dostępu do prawdy. I wiele gazet to m.in. odkrycie wykorzystało do swojej odnowy. W Polsce sytuacja jest bardziej złożona, bo u nas w ogóle jest problem z czytelnictwem i używaniem mediów. Dane o czytelnictwie są niejednoznaczne, owszem obserwujemy tendencje spadkowe, ale też szybki wzrost liczby prenumerat internetowych wielu tytułów, co pokazuje przywiązanie do tradycyjnych marek medialnych i potrzebę posiadania czegoś w rodzaju kotwicy niezbędnej by nie utonąć w informacyjnym chaosie. Niestety sytuację utrudniają zmiany strukturalne i ucieczka wpływów z reklamy do platform takich jak Google i Facebook. Czy prasa zdoła wypracować takie modele biznesowe, żeby zniwelować utracone wpływy i utrzymać dochody niezbędne, by oferować treść i informację wysokiej jakości? To jedno z kluczowych pytań. Inne dotyczy tego, czy zdołamy odbudować media publiczne, gdy już dojdzie do zmian politycznych umożliwiających odzyskanie nad nimi społecznej kontroli?

Czy pojawił się kiedyś fake news, który wyjątkowo zapadł panu w pamięć?

Parę tygodni temu pojawiła się historia o podwójnym wydźwięku. W związku z pandemią i aktualną sytuacją polityczną, pojawiło się zdjęcie muralu rzekomo z Bydgoszczy, na którym widoczny był Jarosław Kaczyński z balonikiem w stylu Banksy’ego, ale zamiast balonika była cząsteczka koronawirusa. To był fotomontaż. Udostępniłem to nie jako informację, gdyż wiedziałem, że to nie jest prawdziwy mural, chodziło mi o ilustrację, która niosła pewną treść niezależnie od tego czy była prawdziwym muralem czy fotomontażem. Obrazek był „szerowany” i komentowany ale zauważyłem, że młodsi czytelnicy podkreślali, że to „fejk”, a mniej odnosili się do samego przekazu. W sumie to dość budująca sytuacja, bo pokazała, że młodzi ludzie mają krytyczny zmysł, nie dają się fake newsom, potrafią być fake-hunterami.

Jaka jest zatem złota rada na fake newsy? Jak być odbiorcą świadomym?

Powinniśmy kierować się zasadą podobną do tej, gdy wchodzimy do sklepu. Nauczyliśmy się już sprawdzać datę przydatności do spożycia produktu, jego świeżość. Dokładnie to samo musimy stosować podczas konsumowania informacji. Na półkach są różne produkty, komunikaty i można je odróżnić. To trzeba robić i warto w tym momencie zwracać uwagę na markę, na źródło. Znaleźć dobre źródło, któremu jesteśmy gotowi zaufać, ale zawsze krytycznie. Chodzi o źródło, na którym możemy polegać bardziej niż na innych. Warto też płacić za dobrą informację, podtrzymywać przy życiu te media, które karmią nas dobrymi informacjami, bo od tego zależy jakość. Płaćmy za dobre informacje, prenumerujmy dobre gazety czy serwisy informacyjne. Ufajmy sprawdzonym serwisom, czyli tym, którym jesteśmy w stanie przekazać pieniądze za ich pracę.

rozmawiała Magdalena Pernet

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA