fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Komedia musi mówić prawdę

Krzysztof Jaroszyński (pośrodku, od góry), satyryk, scenarzysta, autor „Rodziny Średnickich” z zespołem. Premiera kolejnego odcinka w czwartek 9 stycznia o godz. 13.05.
mat. pras.
Satyryk Krzysztof Jaroszyński o trójkowym serialu „Rodzina Średnickich” i swoim dorobku.

Sentyment do złotej ery radia polskich słuchowisk czy chęć sprawdzania się w tworzeniu na bieżąco sprawiła, że zdecydował się pisać na antenę Trójki familijny komediodramat „Rodzinę Średnickich. Mały Świat 21”?

Oba te powody miały znaczenie. Oczywiście, sentyment do miejsc, gdzie zaczynaliśmy, jest ogromny, a ja zaczynałem artystyczną przygodę właśnie w Trójce. Radio gwarantuje wyjątkowy zestaw doznań, zwłaszcza wobec telewizji, która jest doskonałym medium, ale na wyobraźnię w przeciwieństwie do radia pola daje niewiele. Ktoś, kto nie chce być obecny w telewizji za wszelką cenę, a posługuje się żartem łagodnym, lub, o zgrozo!, odwołującym się do elementarnej wiedzy literackiej – może mieć problem z ulokowania siebie we współczesnym pejzażu satyrycznym. Gdybym miał wystąpić przed widownią, która pozakładała na głowy mrugające kokardy – czułbym się lekko zaniepokojony. Ale jest jak jest. Słupki rządzą, mam na myśli tabele wyników.

Jak konstruował pan nowe postaci?

Obszar, który mnie zainteresował, to współczesna polska rodzina, ich przyjaciele, znajomi. Czyli ludzie przeciętni oraz sprawy codzienne. Później wszystko zaczęło się formatować częściowo mimowolnie. Jest na ten temat mądre powiedzenie: nie tylko autor tworzy tekst, ale i tekst tworzy autora. Jeśli słuchowisko się dotrze – to dobrze, a jeśli nie – zrezygnujemy. Na pewno uważnie przysłuchuję się temu, co zrobiłem, bo – pisząc na bieżąco – trudno o dystans. Najnowsze odcinki są na pewno najbliższe formuły, do jakiej dążę.

Od początku grał pan atutami, rolą Hanny Śleszyńskiej, czyli Doroty, prowadzącej mały, ale pełny plotek zakład kosmetyczny, oraz Pawła Wawrzeckiego, grającego jej męża emeryta, imającego się różnych zajęć. Skorzystał pan ze współpracy przy serialach „Szpital na perypetiach” i „Daleko od noszy”?

Oczywiście. Lubię tych aktorów i znam ich, a oni mnie. Upieram się przy tym, że aktor gra w życiu jedną postać, która oczywiście ciągle się zmienia, może występować w różnych konfiguracjach. Była tylko kwestia, czy Hania i Paweł zgodzą się zagrać, a potem skorzystałem z szansy na wygodniejszą realizację tego, co zamierzyłem.

A jakich pan używał argumentów, namawiając do udziału Mariana Opanię i Wiktora Zborowskiego?

Po pierwsze, znajomości. Jak zawsze i wszędzie. Wiktor Zborowski po otrzymaniu propozycji zapytał mnie, kogo miałby grać, co sprawiło, że musiałem dla niego stworzyć postać inną od tych, które grał dotąd.

Brata Doroty, powracającego z Niemiec do Polski i przyjaciela ze szkolnej ławy Emila – Mariana Opanii.

Ale jest przedstawicielem dwóch światów: to naukowiec filozof, który jednocześnie prowadzi warsztat blacharsko-lakierniczy. A to znaczy, że może kompetentnie cytować klasyków, ale również swobodnie rozmawiać z tymi, którzy dostarczyli samochód, żeby go „odpryskać na pic pod handel”. Z kolei Róża, narzeczona Emila, łączy różne cechy dojrzałej pani, która chce wciąż korzystać z życia w męskim towarzystwie. To też nie jest zjawisko zupełnie nieznane!

Mamy też przedstawicieli najmłodszego pokolenia Średnickich.

Pomyślałem, nie myląc się wiele, że dużo więcej wiem o pięćdziesięcioparolatkach niż o dwudziestoparolatkach, którzy są dla mnie „terra incognita” – jakby powiedział pan Lolek. Ale porozmawiałem z kolegami, sam jestem ojcem, i również te wątki zaczęły się szkicować. Córka Średnickich uosabia typ aktywny lecz poprawny, jej mąż – cwaniactwo, zaś syn – zagubienie w dżungli korporacji. Najtrudniejsze jest powiązanie życiowej filozofii młodych z życiem starszych. Trudno to wciąż nazywać konfliktem pokoleń, bo to już rozmijanie się generacji. Kto wie, może to jest dla mnie najciekawsze, a na pewno najbardziej pracochłonne, bo żeby relacje były wiarygodne, nie muszą być wyłącznie zabawne, ponieważ śmiech niekiedy zabija prawdę. A jeśli w komedii nie ma prawdy – jest nic niewarta.

Pana komediodramatu można też słuchać nie tylko w czasie premiery, korzystając ze strony internetowej Polskiego Radia www.polskieradio.pl, gdzie jest już dostępnych 16 odcinków. Dostajemy rodzaj audiobooka. Interesuje pana świat „książki mówionej”?

Ależ oczywiście. Audiobooki to dla mnie dobry znak, a może nawet zapowiedź – chciałbym w to wierzyć – odwrotu od upraszczania, a wręcz prymityzowania fabuły. Może takie poszerzanie pola odbioru sprawi, że chociaż części widowni zacznie brakować w serialach inteligentnych rozwiązań dramaturgicznych. Nie liczę na wszystkich, ale w Ameryce już nastąpił podział widowni. Mamy kilka stacji telewizyjnych, które produkują wyrafinowane seriale, oraz kina, gdzie pokazują filmy nieprawdopodobnie głupie.

Muszę pana zapytać o trójkowy magazyn „60 minut na godzinę”, bo do dziś pozostaje dla mnie wzorcem radiowej rozrywki.

Żywiołowej młodości nie da się pamiętać źle! Odwilż 1970 r. zaowocowała również tym, że w Trójce pojawił się Jerzy Markuszewski z STS-u. Zdawał sobie sprawę, że tradycyjna rozrywka w stylu „Podwieczorku przy mikrofonie” domaga się zmiany. Trafili się świetni artyści: Jonasz Kofta, Jan Tadeusz Stanisławski, Stefan Friedmann i cały legion talentów. Potem przyszła druga fala, czyli „60 minut na godzinę”, rozkręcone przez Jacka Fedorowicza, Marcina Wolskiego i Andrzeja Zaorskiego. Też otoczonych całkiem zdolną grupą. Taki „wysyp” osobowości pozwolił Trójce realizować inteligenckie aspiracje. Oczywiście była cenzura, nie zaprzeczam, ale nie demonizujmy na starość. Na ogół była to cenzura wewnętrzna, redakcyjna i można było negocjować. Z rozmaitym skutkiem – to inna sprawa.

Współpracował pan z Marcinem Wolskim i występował Pod Egidą Jana Pietrzaka. Czy dawni koledzy poznają się na ulicy pomimo różnic światopoglądowych?

Mam kontakt z wszystkimi żyjącymi kolegami. Oczywiście, nastał czas, kiedy polityka nas poróżniła, dlatego dla dobra ogólnego nie poruszamy w rozmowach tematów politycznych. O ile się da. Jednocześnie chcę przyznać, że świadomie zrezygnowałem z satyry politycznej, bo już dawno uznałem, że jeśli podział będzie dokonywał się w dotychczasowym tempie, to w końcu będę musiał stać się fanem jakiegoś jednego polityka, czego szczerze bym się obawiał. A już agitować ze sceny? Dziękuję. Za stary jestem. Zresztą uważam, że starszy pan żartujący na estradzie to niezbyt estetyczne doznanie. Dla obu stron. Zostawmy to młodym.

Ale pisze pan za to na teatralną scenę.

Zapraszam do Kwadratu na komedię „Roma i Julian”. Nie boję się polecać, bo to nie jest złe przedstawienie. Są już tłumaczenia na kilka obcych języków, były premiery w Pradze, w Wiedniu i Zittau. To fantastyczne uczucie dla autora – oglądanie własnej sztuki w obcym języku. A jeszcze gdy widzowie reagują tak, jak się wymarzyło? I mimo bariery językowej wszystko rozumiem, bo sam napisałem. Wymarzone. Tym bardziej warto pisać to, co ma uniwersalne przesłanie, a nie tylko tu i teraz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA