Ustrój i kompetencje

Nowe przepisy dot. ordynacji wyborczej a zaangażowanie obywateli w działanie samorządów

Fotorzepa, Marian Zubrzycki MZub Marian Zubrzycki
Przyjęcie projektu przepisów nie zwiększy zaangażowania obywateli w działanie samorządów.

Projekt zmian w ordynacji wyborczej do samorządu to mieszanina rzeczy nieistotnych, słusznych i szkodliwych. I może o to chodzi, bo trudno w tym zamęcie znaleźć prawdziwe intencje autorów. My jednak spróbowaliśmy.

Przeciw lokalnym komitetom

Prezentacji projektu towarzyszy akcja propagandowa kierująca uwagę na przypadki korupcji i innych nieprawidłowości w działaniu władz samorządowych. Zapobiec im ma niesłychana liczba drobiazgowych środków mających rzekomo wzmocnić kontrolę obywateli nad przebiegiem wyborów i działaniem tych władz. Wydaje się jednak, że rzeczywistym celem projektu jest przejęcie władz samorządowych przez partie polityczne, a jedną z dróg do niego prowadzących jest zmiana ordynacji wyborczej do władz samorządów gminnych. Innymi słowy, chodzi m.in. o to, by pozbyć się jednomandatowych okręgów wyborczych oraz utrudnić start niezależnym i bezpartyjnym komitetom. Bo czemu służyć ma podniesienie liczby zbieranych podpisów w okręgu do 150 w mniejszych gminach? W wielu będzie to oznaczało, że przed startem większość komitetów będzie miała trudność z zebraniem podpisów (wiele okręgów w małych gminach liczy mniej niż 1000 osób).

Zapowiadał to już wcześniej prezes Jarosław Kaczyński. Komentując przygotowany przez kolegów partyjnych projekt ustroju metropolitalnego Warszawy, zgłosił jedno zastrzeżenie: „Nie będzie żadnych jednomandatowych okręgów wyborczych w gminach, bo to oznaczałoby ogromną dysproporcję w reprezentacji, poza tym jesteśmy przeciwnikami jednomandatowych okręgów wyborczych. Będą normalne wybory proporcjonalne". W uzasadnieniu projektu znajdujemy niemal dosłowne powtórzenie tej opinii prezesa: „System jednomandatowy w gminach prowadził do sytuacji nieproporcjonalności w wyborze rządzących. Nie uwzględniał wszystkich głosów, a co za tym idzie preferencji wszystkich mieszkańców gminy. Zastosowanie zasady proporcjonalności spowoduje, że rada gminy będzie reprezentantem wszystkich jej mieszkańców". Zauważmy, że ten passus poprzedza rozbudowana krytyka wyborów do władz samorządowych w 2014 roku. W uzasadnieniu czytamy, że był to „skandal, który zaszokował opinię publiczną", ale przecież te nieprawidłowości dotyczyły wyborów do rad powiatowych i sejmików wojewódzkich przeprowadzonych zgodnie z ordynacją proporcjonalną, a nie JOW. W JOW wyniki były znane szybko po zakończeniu głosowania i nie było tu żadnych kontrowersji.

W stronę upartyjnienia

Termin „proporcjonalność" może mieć tu co najmniej dwa znaczenia. Po pierwsze, metodę wyboru w okręgach wielomandatowych w przeciwieństwie do okręgów jednomandatowych. W tym przypadku mamy do czynienia z dwoma systemami służącymi odmiennym celom. Przy czym istnieje zgoda wśród badaczy, że JOW jest bardziej skuteczny od ordynacji proporcjonalnej, gdy chodzi o kontrolę elektoratu nad reprezentacją polityczną. Jednym słowem, przyjęcie przez Sejm ustawy w tym kształcie osłabi nadzór obywateli nad władzą samorządową.

Nieprawdą jest, że w tych warunkach „zastosowanie zasady proporcjonalności spowoduje, że rada gminy będzie reprezentantem wszystkich jej mieszkańców". Małe okręgi wyborcze faworyzują duże partie. Na przykład w proponowanych w projekcie trzymandatowych okręgach partia, która zdobędzie nieco ponad 30 proc. głosów (tj. 13 proc. głosów wszystkich wyborców), może uzyskać 2/3 mandatów! Przepadnie więc ponad 50 proc. głosów.

Po drugie, „proporcjonalność" może się odnosić do relacji między rozkładem pewnych cech w populacji wyborców a rozkładem tych cech wśród radnych. Jeżeli to miał na myśli prezes, mówiąc o „ogromnej dysproporcji w reprezentacji", to należałoby wyjaśnić, o jakie cechy prezesowi chodzi? Jakie jest źródło wiedzy prezesa o reprezentatywności rad gminnych?

Powody, dla których PiS chce się pozbyć JOW w wyborach do rad gminnych, są zupełnie inne. Wydaje się, iż są one banalne: wprowadzenie okręgów jednomandatowych w wyborach do samorządów gminnych w 2014 roku miało, z punktu widzenia interesów partii politycznych, jeden namacalny efekt: partie zostały z większości gminnych władz samorządowych wyeliminowane przez komitety lokalne, tracąc dostęp do tysięcy stanowisk i znacznych funduszy będących w gestii tych samorządów.

Lekarstwo gorsze od choroby

Lektura projektu nasuwa wniosek, że mamy na poziomie władz samorządowych do czynienia z dwiema powszechnymi nieprawidłowościami: nepotyzmem oraz z „szeroko rozumianymi powiązaniami korupcyjnymi", których przyczyną ma być wielokadencyjność. Ograniczeniu pierwszej patologii ma służyć następujący zapis: „Wójtowie i radni oraz małżonkowie członków i pracowników władz samorządowych nie mogą brać udziału w zarządzie lub nadzorze, lub pełnieniu innych funkcji w spółkach prawa handlowego z udziałem gminnych osób prawnych lub przedsiębiorców, w których uczestniczą takie osoby". Słusznie, tylko dziwi, że to ograniczenie m się a pojawić dopiero teraz.

Co do zasady dwukadencyjności, jej uzasadnienie budzi poważne wątpliwości. W Europie dwukadencyjność na stanowiskach samorządowych występuje we Włoszech i w Portugalii. Żaden z tych krajów nie wyróżnił się specjalnie pod względem rzetelności i sprawności samorządów lokalnych. Nasuwa to wniosek, że problem nie tkwi w kadencjach. Oczywiście istnieje on. Nieuczciwy wójt, burmistrz lub prezydent miasta dysponuje ogromną liczbą stanowisk w administracji samorządowej, spółkach komunalnych lub innych podmiotach, których interesy zależą od jego/jej decyzji. Taka sieć zależności patron–klient sprzyja bez wątpienia trwaniu jego/jej na stanowisku. Ta patologia nie dotyczy wyłącznie szczebla samorządowego, ale także szczebli partyjnych i wymaga innych środków zaradczych. Co więcej po wprowadzeniu dwukadencyjności swe funkcje straci wielu działaczy samorządowych, którzy sprawują je rzetelnie, kompetentnie i z pełnym zaangażowaniem.

Dwukadencyjność może mieć jeszcze jeden ujemny skutek. Możliwości awansu z poziomu polityki lokalnej na wyższe szczeble są obecnie w Polsce zablokowane. Nie znamy ani jednego przypadku, by osoba skutecznie działająca na szczeblu gminy lub miasta zdołała uzyskać znaczący sukces w polityce krajowej. Tu drogi kariery kontrolowane są przez przywódców partii, którzy są aktywnie zainteresowani w eliminacji potencjalnych konkurentów. Niezależnie od przyczyny takiej blokady karier osoby, które skończą drugą kadencję na stanowiskach we władzach samorządowych, staną przed pytaniem, co robić dalej ze swoim życiem. Jest prawdopodobne, że przynajmniej niektóre z nich w trakcie drugiej kadencji zajmą się zapewnianiem sobie przyszłości, a jedną z niewielu dostępnych dróg są działania o charakterze korupcyjnym. Paradoksalnie, dwukadencyjność będzie więc sprzyjać korupcji, zamiast jej przeciwdziałać. Do tego możemy dodać liczbę dziesiątek tysięcy radnych wybranych w ostatnich wyborach w JOW. Będą oni zmuszeni przejść do którejś z partii lub zrezygnować z działalności publicznej. Czy przy dzisiejszej mizerii zaangażowania w sprawy publiczne naród o tak niskim kapitale społecznym może sobie na takie marnotrawstwo pozwolić?

Omówiony projekt jest mętny. Proponowane środki nie pozwolą osiągnąć założonych (deklarowanych?) w nim celów. Wbrew zapowiedziom nie przyniesie on większego zaangażowania obywateli w działanie samorządów – przeciwnie: podporządkuje samorządy partyjnym koteriom. Nie przyniesie też większej jawności w działaniu samorządów, bo proponowane środki są tylko paliatywami, tworzeniem pozorów czegoś, co w praktyce nie zaistnieje. Albo jego autorzy nie są świadomi braku związku między celami a środkami, albo należy przyjąć supozycję, iż działają oni w złej wierze, dążąc do wprowadzenia w błąd opinii publicznej.

Patryk Hałaszkiewicz – Bezpartyjni Samorządowcy

Profesor Antoni Z. Kamiński – PAN

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL