fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Diabeł to złe alibi

Maciej Stuhr jako Pius XIII w spektaklu Nowego Teatru w Warszawie
materiały prasowe
„Matka Joanna od aniołów" Klaty kpi z niedojrzałości i hipokryzji ludzi Kościoła.

Spektakl o egzorcyście, który walczy z opętaniem mniszek, zaskakuje irytującą, ale i zastanawiającą rezygnacją z aury metafizycznego thrillera. W przeciwieństwie do autora opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Kawalerowicza, autora filmowej adaptacji – Jan Klata zdaje się sygnalizować, że czas, gdy serio i bogobojnie podejmowano temat dewiacji ludzi Kościoła, dawno już się skończył.

Kościelny Edyp

Iwaszkiewicz i Kawalerowicz opukiwali kościelne tabu, dlatego ekranizację potępił Episkopat. Jednak po powtarzających się ekscesach, jest już oczywistą oczywistością, sugeruje Klata, że problemem nie jest diabeł, tylko to, że tacy księża jak Suryn nie znają życia, boją się go i ludzi, są powierzchowni, niedouczeni, co podkreśla Reb Isze (Jacek Poniedziałek). I dodaje, że też niczego nie jest pewien. Komentarzem jest obraz sklepienia świątyni wyświetlany na podłodze sceny: ludzie Kościoła postawili go na głowie i zrobili z niego kabaret.

Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że przeorysza Joanna (Małgorzata Gorol) najpierw grzeszyła pychą, pragnąc być świętą, a gdy się nie udało – popadła w obłęd uwiedzenia przez diabła, bo chce żyć mocno tu i teraz. To, że pogubionych księży trzeba traktować jak nieświadomych siebie przebierańców – akcentuje już pierwsza scena.

Suryna gra chłopięco uśmiechnięty Bartosz Bielenia znany m. in. z „Bożego Ciała". Deklaruje, że reprezentuje Boga, ale idąc po omacku jak zaślepiony Edyp, nie wie jeszcze, że w zetknięciu z matką Joanną nie ma siły na celibat i chce kochać kobietę. Seks to fatum. Poprzedni egzorcysta miał dzieci, za co został spalony na stosie. Wspomina to półprywatnym tonem ksiądz Bryn (Zygmunt Malanowicz), ciągnąc wózeczek z grillem.

Suryn nie egzorcyzmuje Joanny, tylko obwiązuje ją erotycznymi węzłami bondage i tańczy w nią w wtulony przy bluesie „Blessed Easter" Holgera Czukaya z wielojęzycznymi cytatami z Jana Pawła II.

To jedna z najlepszych scen, diagnozująca rozdarcie osób duchownych, pokazane już przez Sorentino w „Młodym papieżu", gdzie fikcyjny Pius XIII był na zmianę konserwatystą i liberałem. A gdy media ścigały się w interpretacjach – stanowił kliniczny przykład zranionego przez rodziców chaotycznego dzieciaka.

Przeklęta samotność

Pius XIII pojawia się na kościelnych schodach pomiędzy czerwonymi kurtynami zaprojektowanymi przez Justynę Łagowską. Schody są białe, kurtyny czerwone. Najlepszy w spektaklu Maciej Stuhr mówi „Zapomnieliśmy" i nie musi dodawać frazy: „o kobietach i dzieciach, które zmienią ten świat swoją miłością i dobrocią", by publiczność wybuchnęła śmiechem.

Pius XIII upada (przygnieciony przez meteoryt?) i jak na pyszałka przystało znika w dymie, chyba piekielnym. A może Pius był diabłem, który ubrał się w ornat i na mszę dzwonił? Diabeł powraca zresztą w ekologicznie białym kostiumie do joggingu. Rozgrzewa się i obiecuje księdzu, że już nigdy nie będzie sam.

Samotność we wszechświecie wobec dalekiej perspektywy zbawienia i poczucia nieobecności Boga jest największym problemem. Wielkie wrażenie robi scena, gdy Bielenia namawia kilkusetosobową publiczność, by nie wstydziła się z nim modlić słowami „Ojcze nasz".

Jego emocjonalny śpiew pozostaje wyobcowany, jakby nikt nie wierzył w modlitewną wspólnotę lub nie chciał łączyć jej z instytucją, która została pokazana również przez pryzmat „Rzymu" Felliniego. Jako rewia mody kardynalskich kreacji, z brokatem na sukniach i twarzach.

Pastorał jest rekwizytem, gadżetem, a propozycja egzorcyzmowania publiczności przez kardynała Callarusa (Wojciech Kalarus) budzi pusty śmiech. Recytowana przez niego „Pieśń nad pieśniami" ośmiesza hipokryzję hierarchy, zaś oazowe śpiewanie z gitarą „Odpowiedź zna wiatr" Dylana – jest odwracaniem kota ogonem.

Problem ze spektaklem Klaty polega na tym, że dając do myślenia – jest nonszalancko naszkicowany (co z tego jeśli celowo), razi dłużyznami i nie angażuje emocji jak Iwaszkiewicz czy Kawalerowicz. Klacie zarzucano kabaretowość, grepsiarstwo i sceniczną gimnastykę i teraz zrobił wiele, by nadać tym zarzutom sens. A Maćko Prusak, który z Klatą tworzył oryginalne formy teatralne, przygotował słabą choreografię. Siostry mają tańczyć na linach od dzwonu jak na rurach go-go, ale realizacja nie jest sexy, tylko nudna.

Ofiary egzorcysty

Spektakl rozpada się też na solówki Wojciecha Kalarusa, Jacka Poniedziałka i Ewy Dałkowskiej. Szkoda, bo Klata wnikliwie opisywał kryzys Kościoła. W „Uśmiechu grejpruta" i „Królu Learze" podjął temat odchodzenia papieży i umierania instytucji. W „Lochach Watykanu" fanatyzm, hipokryzja i nietolerancja były dla Kościoła równie groźne jak głupi antyklerykalizm.

Z „Matki Joanny" powinien zostać w pamięci finał, gdy oszalały egzorcysta goni z siekierą maluczkich, mordując wiernych i ich wiarę. Ale i ta scena została odegrana farsowo, szkicowo w stylu „wiele hałasu o nic". A jak mówił król Lear – „z niczego nic nie ma".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA