fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Narciarstwo alpejskie. Kadra, czyli dwie panie

Rok 1968. Andrzej Bachleda czyli „Ałuś” jest jednym z najlepszych alpejczyków świata. Potem już nigdy tak dobrze nie było
EAST NEWS
Najlepsi od kilku tygodni ścigają się w Pucharze Świata, lecz Polek i Polaków obok Mikaeli Shiffrin i Alexisa Pinturaulta nie ma – i prędko nie będzie.

Stan beznadziei trwa i trwa. Najstarsi pamiętają jeszcze sukcesy Andrzeja Bachledy-Curusia i jego brata Jana, nieco młodsi – Małgorzaty i Doroty Tlałek oraz Andrzeja Bachledy-Curusia juniora, ale dziś nawet nieodległe zwycięstwo Katarzyny Karasińskiej w klasyfikacji slalomowej Pucharu Europy wydaje się opowieścią z innej epoki.

Ta zima nie będzie lepsza, tym bardziej, że w styczniu 2019 roku firma Tauron zadeklarowała, iż ze względu na sytuację na rynku energii planuje obniżyć wydatki sponsorskie o połowę, i ofiarą tej decyzji padli alpejczycy. Kwot nie podano, ale skoro trzy zimy temu było to 2,5 mln zł rocznie, to jest czego żałować.

Polski Związek Narciarski dostał z Ministerstwa Sportu na 2019 rok 9 mln złotych – z tej puli 15 proc. poszło na narciarstwo alpejskie (skoki i biegi dostały po 30 proc., a resztę – kombinacja norweska i snowboard), więc krótka kołdra finansowa stała się jeszcze krótsza.

W tej sytuacji kadra A kobiet to dziś dwie alpejki. Pierwsza - Maryna Gąsienica-Daniel, to olimpijka z Soczi i Pjongczangu. Od czterech lat startuje od czasu do czasu w Pucharze Świata, zdobyła parę punktów. Tej zimy nie startuje, gdyż podczas wrześniowego treningu w Nowej Zelandii złamała nogę. Jest nadzieja, że wróci na stok w styczniu, do rywalizacji – może w marcu.

Drugą kadrowiczką jest Magdalena Łuczak, nastolatka (rocznik 2001), której dorosłe osiągnięcia to na razie tytuły mistrzyni Polski w slalomie i gigancie oraz jeden start w PŚ w Szpindlerowym Młynie. Trenerem głównym kadry i zarazem szkoleniowcem Gąsienicy-Daniel jest Marcin Orłowski. Młodszą alpejkę szkoli Słowak Ivan Ilanovsky, który pracował z jedną z obecnych gwiazd PŚ – Petrą Vlhovą. Oficjalnie jest trenerem polskiej kadry startującej w Pucharze Europy, ale kadra ta liczy tylko jedną osobę.

Kadrę męską prowadzoną drugi sezon przez Austriaka Christiana Leitnera tworzą Piotr Habdas, Michał Michalik, Jan Grodecki i Paweł Pyjas – wszyscy młodzi (18–21 lat), wszyscy na dorobku. Trener to w światku alpejskim znane nazwisko: w latach 90. zajmował się karierą sławnej żony, Michaeli Gerg, potem pracował z sukcesami w Finlandii – w czasach, gdy Palle Kalander zostawał mistrzem świata w slalomie.

Dochodzą jeszcze trzy dziewczyny z kadry młodzieżowej: Daria Krajewska, Zofia Zdort i Zuzanna Czapska. Inne grupy szkoleniowe w liczbie ośmiu zniknęły razem ze stanowiskiem szefa szkolenia.

Są tacy, którzy nie oglądając się na PZN, próbują trenować na własną rękę, zakładają własne zespoły – jak olimpijczyk z Soczi Michał Jasiczek, ale efekty tego wysiłku są skromne, by nie powiedzieć – żadne. W kraju, w którym co piąta osoba deklaruje umiejętność jazdy na nartach, narciarstwo turystyczne całkowicie rozmija się z wyczynowym. W zawodach PŚ oprócz krajów alpejskich są reprezentantki i reprezentanci Holandii, Belgii, Wielkiej Brytanii, Chorwacji, Bułgarii, Białorusi i Rosji. Polaków brak.

Przyczyny tego stanu są znane od lat – nie chodzi wyłącznie o brak Alp. Znany w środowisku ekspert Tomasz Kurdziel z Magazynu NTN Snow & More powtarza od lat słowa, które uwierają i działaczy, i sportowców.

– To mit, że w Polsce nie ma odpowiednich gór. Tak jak w Niemczech, 2 procent naszego kraju to góry, ale jeśli ktoś uważa, że można trenować tylko w Alpach, to proszę bardzo, niech wybierze drogę Rosjanina Aleksandra Woroszyłowa, który pojechał do Schladming, tam zamieszkał, zdobył pracę, zacisnął zęby i zaczął uczyć się profesjonalnego narciarstwa. Każdą wolną chwilę poświęcał treningom, w końcu zaczął odnosić sukcesy w PŚ. Nasi zawodnicy takiej pasji i samozaparcia w większości nie mają, nie rozumieją, że ktoś, kto decyduje się uprawiać narciarstwo, najpierw robi to dla idei, nie dla pieniędzy – mówi „Rzeczpospolitej" Kurdziel.

Problemem polskiego narciarstwa alpejskiego jest też to, że pojęcie sukcesu w tej dziedzinie bywa mocno naciągane tylko po to, by były dotacje z ministerstwa. Nieporozumieniem są kluby komercyjne, które obiecują zamożnym rodzicom sześciolatków, że zrobią z nich mistrzów.

– Najważniejsze jest przyciągnięcie na stoki dzieciaków z małych miejscowości górskich. Stąd biorą się mistrzowie. W długiej historii PŚ tylko dwoje wielkich narciarzy pochodziło z dużych miast: Włoch Alberto Tomba z Bolonii i Niemka Katja Seizinger ze Stuttgartu. Inni mają skuteczne programy: w wybranych lokalnych ośrodkach dzieci dostają darmowe karnety na stok, rodzice kupują tylko sprzęt. Dużo się zmieni, jeśli PZN pójdzie tą drogą – uważa Kurdziel.

Na razie jest jak jest – alpejskiego sponsora nie widać, nadzieje olimpijskie uciekają, w PŚ nie ma Polek i Polaków. Kilkoro przez peryferyjne zawody FIS z trudem zdobywa prawo startu w drugiej lidze – Pucharze Europy.

Wiele wskazuje, że polska narciarska zima, to jeszcze długo będą głównie skoki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA