fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Orzeczenia nominantów neo-KRS będą kwestionowane - pisze Tomasz Krawczyk

Prof. Kamil Zaradkiewicz
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Złożenie przez dr. hab. Kamila Zaradkiewicza jako sędziego SN pytań prawnych do Trybunału Konstytucyjnego media i część prawników uznały za próbę podważenia wszystkich nominacji sędziowskich od 2000 r. do 2017 r., a tym samym wpłynięcia na spodziewane niekorzystne dla obecnych zmian w sądownictwie orzeczenie TSUE w sprawie legalności sędziów wybranych przez neo-KRS. Pojawiły się nawet głosy, że autor pytań cyt.: „rozwali system", bo zostanie w Polsce ledwie 3000 sędziów. Nic bardziej mylnego.

Pytania odwołują się do wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 20 czerwca 2017 r. (K 5/17), kiedy to na wniosek Zbigniewa Ziobry w składzie złożonym wyłącznie z sędziów wybranych przez Sejm VIII kadencji (a więc głosami posłów PiS), w tym z dwoma „dublerami" (Mariusz Muszyński, Lech Morawski), uznano wybór poprzedniej KRS za niekonstytucyjny. Posłużyło to wtedy partii rządzącej jako pretekst do skrócenia konstytucyjnej kadencji „starej" Rady i osadzenia w tym organie sprzyjających sobie sędziów.

Czytaj także: Hermeliński: Pytanie (bez)prawne

Nadreprezentacja sędziów wybranych przez PiS

Wielokrotnie na łamach „Rzeczpospolitej" (m.in.: „Czy Trybunał zna alfabet") wskazywałem na fakt, że w sprawach istotnych dla większości parlamentarnej bezprawnie (wbrew dyspozycji art. 38 ust. 1 ustawy o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym) występuje stale nadreprezentacja sędziów wybranych przez Prawo i Sprawiedliwość.

Celem tej praktyki, dokonywanej z przekroczeniem uprawnień przez prezes Trybunału Konstytucyjnego, jest uzyskiwanie kolejnych orzeczeń o treści po myśli obecnej większości sejmowej.

Dotyczyło to też sprawy K 5/17. Na ten fakt nikt wtedy nie zwracał większej uwagi, bo bardziej opinię publiczną interesowało forsowanie przez PiS nowych zmian w KRS aniżeli zawiłości oceny trybu wyboru starej Rady. Opisane orzeczenie posłużyło teraz K. Zaradkiewiczowi jako baza dla jego dalszych pytań do Trybunału, które najogólniej zmierzają do ustalenia prawnej niedopuszczalności zakwestionowania prerogatywy Prezydenta RP w zakresie nominacji sędziowskich od strony ich wad formalnych i konstytucyjnych.

Autorowi pytań nie chodzi bynajmniej o uzyskanie potwierdzenia takiej możliwości. Wprawdzie zakwestionowanie ważności powołań „starych" sędziów SN teoretycznie pozbawi ich prawa do występowania przed TSUE, ale podważenie przy okazji legitymacji do orzekania większości sędziów RP to już tak atomowe rozwiązanie, że praktycznie wyprowadziłoby Polskę z UE, czego PiS nie byłby w stanie obronić politycznie. Sam Kamil Zaradkiewicz nic by wtedy nie uzyskał poza stwierdzeniem, że niemal wszyscy polscy sędziowie pozostają powołani w jakimś zakresie nielegalnie. Ryzykowałby zaś przesądzenie możliwości jego usunięcia w razie jakiegoś przyszłego uznania wad procedury naboru. Istotą całego wniosku dr. hab. Kamila Zaradkiewicza jest rozpaczliwa (w kontekście pytań SN, uzasadnienia wyroku TSUE z 24 czerwca 2019 r. i treści opinii jej rzecznika z 27 czerwca 2019 r.) chęć otrzymania z rąk Trybunału Konstytucyjnego certyfikatu własnej nieusuwalności – w formie stanowiska, że jakiekolwiek wady konstytucyjne czy formalne nie podważają aktu nominacji prezydenckiej (bo ta nie może być badana) i nie jest też możliwe uznanie nieważności orzeczenia takiego sędziego.

Będzie wola – będzie wyrok

Autor zmierza też do zawieszenia przez Trybunał Konstytucyjny w drodze postanowienia zabezpieczającego postępowań dotyczących kontroli procesów nominacyjnych do Sądu Najwyższego, w tym zablokowania rozpoznania przez Trybunału Sprawiedliwości UE pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego (nie wydaje się, aby zostało to uwzględnione przez Trybunał w Luksemburgu, skoro pytania zostały już tam wysłane, a intencja podjętych teraz działań aż kłuje w oczy). Atomowa otoczka pytań do TK ma dodatkowo przykryć ów wniosek o udzielenie zabezpieczenia poprzez zawieszenie postępowań przed Sądem Najwyższym.

Biorąc pod uwagę sytuację w Trybunale Konstytucyjnym, nie ma wątpliwości, że jeśli tylko zapadnie stosowna wola polityczna, sędziowie Trybunału wydadzą werdykt zgodny z potrzebami partii rządzącej czy też niezwłocznie oczekiwane przez Kamila Zaradkiewicza postanowienie zabezpieczające. Trudno nawet komentować oburzenie Julii Przyłębskiej na sformułowany niedawno przez pierwszą prezes SN, zasadny zarzut nadmiernej spolegliwości obecnego TK wobec polityków partii rządzącej. Pomijając ostatnią wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o swoim „odkryciu towarzyskim", od czasu objęcia przez Julię Przyłębską fotela prezesa TK statystycznie nie zapadło jeszcze w sprawie istotnej dla PiS żadne niekorzystne orzeczenie Trybunału. Rzecz się bowiem każdorazowo sprowadzała wyłącznie do arbitralnego doboru przez prezes TK odpowiedniego składu orzekającego, na tyle wyselekcjonowanego, by „nie zawiódł".

Wbrew swej intencji, Kamil Zaradkiewicz nie utrzyma jednak legalizacji własnego pobytu w Sądzie Najwyższym z perspektywy prawa europejskiego. Orzeczenia wydane przez sędziów powołanych z udziałem neo-KRS (w tym też uchylające wyroki Sądu Najwyższego) nieuchronnie zderzą się z kolejnymi pytaniami prejudycjalnymi sądów powszechnych o ich skuteczność i znaczenie z punktu widzenia prawa UE.

Przy dalszych wyrokach Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dojdzie więc do zakwestionowania na tej podstawie niezależności Rady, legitymacji nowych nominatów do orzekania oraz ważności ich decyzji. Nie można być sędzią polskim i nie być europejskim. Wyjątkowo wdzięcznym polem do podobnych pytań będą też np. wyroki asesorów.

Zmiany ad hoc

W takim kierunku pośrednio już poszły ostatnie pytania SN do TSUE z 21 maja 2019 r. w sprawie sygn. III CZP 25/19. Forsując zaś brak jakiejkolwiek kontroli nad prerogatywą nominacyjną Prezydenta RP, ryzykuje się to, że kolejny piastun tego urzędu w niekontrolowalny już sposób zechce uznać nieskuteczność powołań sędziowskich swojego poprzednika albo... przymusowo powołać nominatów na niższe stanowiska sędziowskie. Że będzie to sprzeczne z ustawą zasadniczą? A kto to wtedy stwierdzi i w jakim trybie?

Można oczywiście sięgnąć po dalsze ograniczanie kompetencji sądów powszechnych – poprzez uzyskiwane w analogiczny sposób kolejne wyroki TK czy wprowadzane ad hoc zapisy ustaw, które by zmierzały do podkreślenia prymatu polskiej Konstytucji RP nad prawem unijnym. Jest to już jednak prosta droga do prawnego polexitu. Przy postępującej integracji prawnej wewnątrz Unii Europejskiej, co jest niepodważalnym faktem, podobne próby będą skazane na niepowodzenie, a tylko niepotrzebnie zaszkodzą naszemu krajowi.

Naiwnością jest też sądzić, że możliwy bałagan prawny rzeczywiście powstrzyma kogokolwiek od kwestionowania orzeczeń nowych nominatów neo-KRS. To nie asesorzy czy wadliwie przenoszeni sędziowie, gdzie w gruncie rzeczy każdemu sądowi i politykowi zależało na możliwie bezbolesnym zalegalizowaniu ich wyroków, ale instytucja i nieprawna praktyka miały za moment w ogóle zniknąć z polskiego porządku prawnego.

Z uwagi na kontrowersje wokół powołania, jednostronnie polityczny charakter nominatów, czasem też ich wątpliwą jakość, wieloletnia obecność części tych osób w Sądzie Najwyższym czy na wyższych stanowiskach sędziowskich nie będzie służyła całemu polskiemu społeczeństwu. Przyblokowana ścieżka awansowa, przy urągającym wszelkim standardom funkcjonowaniu neo-KRS (które było skutkiem braku niezależności członków owego gremium od polityków), to zaś ważki argument przeciw temu, aby reszta sędziów pokornie uhonorowała ten skok na wyższe stanowiska.

Nie tędy droga

Cały chaos spowodowała próba zmiany polskiego wymiaru sprawiedliwości szybko, ale bezprawnie, w kierunku politycznego przejęcia (tak jak wcześniej w wypadku prokuratury), bez należytej refleksji, że aktualne tendencje wewnątrz UE idą dokładnie w kierunku przeciwnym, tj. harmonizacji systemów prawnych państw Wspólnoty oraz postępującego uniezależniania sądownictwa od wpływu polityków. Pierwszy wyrok TSUE i opinia jego rzecznika generalnego to symptomy tej ewolucji, z pewnością nie ostatnie. Może więc już czas powiedzieć, że nie tędy droga?

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Łodzi

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA