fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Kultura sporu niszczy sądy

123rf
Są znane różne rodzaje kultury, od osobistej przez lokalne zwyczaje po kulturę narodową. Jest też uznawana za osobny byt kultura korporacyjna, a nawet kultura techniczna. Pojęcie kultury jest więc bardzo szerokie. Nie występuje raczej jako zbiór przepisów, co nie przeszkadza wymagać i egzekwować stosowania się do jej zasad.

To, czy w danej dziedzinie obowiązuje jakiś rodzaj kultury, ma ogromne znaczenie praktyczne. Albowiem ten rodzaj miękkich zasad może być twardo egzekwowany i zasadniczo kształtować realia, w których żyjemy, pracujemy i rozwiązujemy swoje problemy. Jest przyczyną lepszej lub gorszej jakości życia, staranności i porządku (lub jego braku) na co dzień.

Czytaj także: Henryk Walczewski: Mediacja może być lepsza od postępowania sądowego, ale nie musi

Czy prawo i jego doktryna ma swoją kulturę?

Z pewnością, bo nic tak nie kształtuje realnej sytuacji prawnej obywatela, jak rozpowszechnione poglądy doktryny, piśmiennictwa i orzecznictwo. Żadna z tych form nie ma statusu prawodawstwa, ale przesądza o tym, jak prawo jest stosowane. Można więc powiedzieć, że na kulturę prawną składają się poglądy o faktycznym stosowaniu prawa. Z teoretycznego punktu widzenia jest to logiczne i zrozumiałe, bo każda norma prawna jest z natury ogólna i abstrakcyjna, musi więc zostać każdorazowo sprowadzona do poziomu szczegółu i konkretu dla danego przypadku. Zawsze więc ktoś musi decydować, jak prawo będzie stosowane, a będzie to czynić według poglądów, które uzna za własne lub obowiązujące. Tak powstaje kultura prawna.

Powszechne jest przekonanie, że mamy do czynienia z kryzysem w sądownictwie, który się pogłębia, bo nie zastosowano jeszcze recepty, aby mu zaradzić. Szczery wysiłek ustawodawcy poświadczają liczne nowelizacje kodeksów i innych przepisów. Jak dotąd nie przyniosło to oczekiwanego przełomu i odwrócenia złych tendencji: nieustannego wzrostu liczby spraw, zaległości, przeciągających się procesów i innych niedogodności. Ustawodawca, nie ustając w wysiłkach, pozostaje wierny tym samym zasadom i metodom. A więc tworzy nowe procedury i czynności, przenosi i zmienia obowiązki, wprowadza sankcje itd. Skoro jednak spektakularnych efektów brakuje, może warto rozważyć zastosowanie innych rozwiązań. Przecież z doświadczenia życiowego wiemy, że lekarz, którego pacjent nie zdrowieje, szuka dla niego nowego lekarstwa, zamiast narzekać i z uporem podsuwać te stare i nieskuteczne.

Czy kultura prawna może odpowiadać za kryzys w sądach?

Spójrzmy inaczej na przyczyny złej kondycji sądów. Może są to wadliwe poglądy doktryny, połączone z niezdarnością praktyki? Postawmy więc w celu sprawdzenia tezę: „Za kryzys sądów odpowiada zła kultura prawna". Trzeba zatem wykazać, że to ona właśnie odpowiada za czynniki szkodliwe dla sądów, jak:

1) wnoszenie nadmiernej ilości spraw bez realnego powodu,

2) ślamazarne postępowania dowodowe,

3) nadmiar formalizmu utrudniającego podejmowanie decyzji,

4) rozwlekłość, w tym wielomiesięczne odroczenia i odwoływania rozpraw z błahych powodów,

5) nieustanne problemy z pozyskiwaniem rzetelnych i terminowych opinii biegłych oraz stawiennictwem świadków.

Ad 1) Wnoszenie nadmiernej ilości spraw bez realnego powodu – można rozpatrywać wyłącznie w kategoriach skali i proporcji. Prawo do sądu jest prawem dla obywatela i ma charakter bezwzględny. A więc nie można nikomu indywidualnie czynić zarzutu, że jego pozew dotyczy błahej sprawy. W pełni słuszne są za to spostrzeżenia w skali makro- o liczbach i proporcjach spraw wniesionych do sądów wobec spraw powierzonych mediatorom lub np. notariuszom. Przyglądając się odpowiednim liczbom i proporcjom w innych krajach, widać, jak wiele spraw i problemów można rozwiązywać bez pomocy sądu. Wystarczy sprawdzić relację pomiędzy sprawą sądową a alternatywnym załatwieniem sprawy. A więc:

a) porównać opłaty i koszty,

b) porównać pewność uzyskania werdyktu i jego wdrożenia,

c) sprawdzić możliwości zaskarżenia i drogę odwoławczą.

Jeżeli obywatele nie kwapią się np. z załatwianiem swoich spraw spadkowych przed notariuszem, to z pewnością zachodzi jedna lub więcej z wymienionych przyczyn. Mizerna popularność mediacji też ma swoje przyczyny. Zbadanie ich pomogłoby wyciągnąć wnioski pozwalające na zmianę istniejących proporcji.

Ad 2) Ślamazarne postępowania dowodowe, bo świadkowie się nie stawiają, biegli nie piszą opinii w terminie, a wnioski dowodowe można składać do ostatniego dnia procesu (art. 217 k.p.c.).

Czy będzie lepiej, jeżeli strony będą skłonne zgłaszać mniej świadków, biegli otrzymają wyższe wynagrodzenie, składanie nowych wniosków dowodowych pod koniec procesu stanie się ryzykowne, o ile w ogóle możliwe? Zapewne tak, ale jak dotąd rządzi pogląd, że takich zmian wprowadzać nie wolno lub nie jest to możliwe. Czy na pewno? Bo jeśli da się do nich doprowadzić, postępowania potoczą się szybciej i lepiej.

Ad 3) Nadmiar formalizmu utrudniającego podejmowanie decyzji – ten zarzut, a może tylko ocena ma wiele przesłanek. Jeżeli jednak odnosi się do rozstrzygania spraw, przyczyną mogą być zasady postępowania dowodowego i oceny dowodów. Może więc trzeba zdecydować bardziej konkretnie – np. w postępowaniu uproszczonym sąd zawsze miarkuje, a nie tylko może miarkować (art. 5056 § 3 k.p.c.). Bo jeśli ma możliwość, a nie obowiązek, to w obliczu zarzutu niestarannego zbadania sprawy (art. 50512 § 1 k.p.c.) sądy miarkować nie będą, i tak właśnie jest.

Konieczność dokładnego badania i precyzyjnego ustalania należnych kwot często odpowiada za dodatkowe dowody oraz koszty – zazwyczaj nieodpowiadające korzyściom. Zostają więc pominięte społeczne koszty przedłużającego się postępowania w imię skrupulatności, która nie jest dla sprawiedliwości najważniejsza. Warto więc wspomnieć stare anglosaskie przysłowie, że sprawiedliwość spóźniona przestaje być sprawiedliwa.

Ad 4) Fatalną rozwlekłość, w tym wielomiesięczne odroczenia i odwoływanie rozpraw z błahych powodów – tutaj nie ma żadnych usprawiedliwień normatywnych, doktrynalnych lub merytorycznych. Są tylko przesłanki formalne i błahe powody, jak brak dowodów doręczenia czy absencja osób, które powinny się stawić, a jakoś nich nie ma, a trzeba wyjaśnić dlaczego, zamiast zastosować sankcje procesowe. To typowe słabości procedury połączone z wadami rozwiązań organizacyjnych, które zapewne dają się poprawić – ale nie dotychczasowymi metodami. Mamy przecież realia XXI w., z których sądy nie korzystają, a powinny – np. komunikacja elektroniczna (bo prawie każdy ma w kieszeni smartfon, a w nim całą paletę różnych komunikatorów). Warto też dostrzec inne przyziemne problemy, np. zniechęcające świadków do stawiennictwa, jak wyłożenie kosztów podróży, utrata urlopu lub wynagrodzenia – powinny być zwracane natychmiast po złożeniu zeznań.

Zwyczaj odraczania rozpraw na długie terminy i bez daty, bo za osobnym powiadomieniem, jest sprzeczny z zasadami kodeksowymi. Da się wyrugować tylko poprzez równoczesne usunięcie powodów. Konieczny jest nowy ustawowy porządek rozprawy, która musi być planowana w całości i do końca – a nie na raty i bez świadomości, gdzie, jak i po co zmierza postępowanie dowodowe.

Ad 5) Nieustanne problemy z pozyskiwaniem rzetelnych i terminowych opinii biegłych oraz niestawiennictwem świadków – zapewne kluczowe jest tu podłoże ekonomiczne. Wynagrodzenie biegłych przestało być konkurencyjne na rynku, więc najlepsi eksperci nie chcą być biegłymi w sądzie. Bardziej odstraszać może czas oczekiwania na wynagrodzenie i niepewność jego otrzymania oraz ryzyko znacznego obniżenia na podstawie zarzutów stron. Także rygory sądowe, w tym grzywny nakładane na biegłych, są dla nich trudne do zaakceptowania ekonomicznie i godnościowo. Pora więc zmierzyć się z dawno oczekiwanymi założeniami i projektem ustawy o biegłych sądowych. A może skorzystać z rozwiązań znanych w innych krajach? Na przykład instytucji biegłego – sędziego ad hoc, który zasiada w składzie tylko na czas roztrząsania kwestii wymagających specjalistycznej wiedzy i doświadczenia. Gdyby taka idea była zbyt radykalna, można dopuścić opinię biegłego składaną wyłącznie ustnie na rozprawie i odnotowaną w protokole. W wielu sprawach wydaje się to możliwe, a znacznie przyspieszy procedowanie i obniży koszty. Zresztą stosunek do biegłych w procesie świetnie pokazuje, jak bardzo zwyczaje i procedury są przeformalizowane. Jeżeli są rozliczani z każdego słowa zapisanego w opinii, a nie z konkluzji i wniosków – biegli czują się zobowiązani do przygotowywania sążnistych. I tak opinie sądowe zmierzają w kierunku pseudobadań naukowych. Na sprawiedliwość miejsca jest coraz mniej.

Dzisiejsza kultura prawna sprzyja czynnikom kryzysu w sądach i je utrwala

Jeżeli kultura prawna jest emanacją doktryny w praktyce i skupia się na apologii istniejącego stanu rzeczy, to pora na zmiany. Te zwyczaje łączą wszystkich prawników – tych z sądu, prokuratury, adwokatury, radcostwa, itd. Przez nich przenikają dalej w stronę stron, świadków i biegłych, a potem do reszty społeczeństwa.

Aby potrzebne zmiany były możliwe, ustawodawca musi zmienić metody i bodźce. Trzeba przyznać, że wiele dobrego już zrobiono. Dlaczego jednak pomimo tylu nowelizacji oraz pozytywnych zmian w sądach (informatyki, asystentów i referendarzy oraz profesjonalizacja zarządzania przez dyrektorów), a i poza sądami (mediacja, notarialne poświadczenie dziedziczenia) wciąż nie widać skutków? Brak efektów powinien wymusić zmianę metody. Wolę ustawodawcy kształtowały dotąd poglądy wybitnych prawników świata nauki, po części udzielającego się w SN. Stąd zapewne wiele przepisów zostało napisanych z perspektywy nauczyciela, egzaminatora albo sędziego najwyższej instancji. Codzienna rzeczywistość sądowa jest odmienna.

W świecie współczesnym, który przez uchylone drzwi biblioteki trudno zobaczyć, a co dopiero zrozumieć, skuteczne są inne postawy. Lider wyznacza cele i stwarza możliwości sięgania po nie. Trener uczy sprawności i doskonali umiejętności. A sądzenie jest po to, aby sprawować wymiar sprawiedliwości. Jako zbiór obowiązków pochodzących z samej natury i istoty sądzenia musi być pozostawiony sędziom. Im zaś potrzeba narzędzi do indywidualnej oceny prawa i dowodów w konkretnych przypadkach, jako niezbędny warunek należytego sprawowania powierzonej im władzy. Jest rzeczą zwyczajną, że oceny mogą się różnić. Procedury sądowe nie muszą więc zmierzać do jedynie słusznej prawdy (bo jej nie ma). Wystarczy, jeżeli pozwolą konkurować ze sobą różnym twierdzeniom i dowodom. Ocena sędziego jest jądrem działalności sądu, dlatego nic nie zastąpi jego bystrości i wiedzy oraz sumienia. Procedury są tylko po to, żeby postępowanie sądowe było zrozumiałe, przewidywalne i transparentne, co czyni werdykt prawidłowym. Dzięki procedurze każdy uczestnik postępowania zyskuje świadomość, jakie są jego prawa i obowiązki w przedstawianiu swoich żądań lub obrony.

Wynik postępowania nie może zależeć od procedury, ale siły argumentów stron i oceny sądu. Wiara w doskonałe procedury sądowe jako sposobu „usprawnienia sądów" może tylko doprowadzić do przemiany postępowania sądowego w nowy rodzaj postępowania administracyjnego. Czy nasza kultura prawna to zaakceptuje? A może już zaakceptowała? Dlatego nowe przepisy są bezwzględnie potrzebne i muszą być lepsze od tych, które dzisiaj mamy.

Autor jest sędzią sądu gospodarczego w Krakowie, głównym specjalistą w Departamencie Nadzoru Administracyjnego w Ministerstwie Sprawiedliwości

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA