fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo dyscyplinarne

Kto ma pilnować strażników - komentuje Tomasz Krawczyk

123RF
Rzecznik dyscyplinarny ma szansę udowodnić, że model dyscyplinarek nie służy tylko do krycia przewinień kolegów.

Niektórzy może jeszcze pamiętają brytyjski cykl filmów komediowych, które łączył w tytule zwrot: „carry on", przetłumaczony w Polsce jako: „do dzieła". Mieliśmy więc np. „Szeregowcu, do dzieła !", „Szpiegu, do dzieła!", „Kleopatro, do dzieła!" itp. Opisana konwencja idealnie się nadaje do wezwania do szybkiego i aktywnego działania rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych Piotra Schaba, z nadzieją wszakże, że nie przybierze ono ostatecznie formy równie kabaretowej jak rzeczona seria filmowa.

Na samej górze

W aferze dotyczącej udziału grupy sędziów w zorganizowanej akcji hejtowania sprzeciwiających się obecnym zmianom w sądownictwie, pojawiły się nazwiska obu zastępców rzecznika dyscyplinarnego, pewnego sędziego – podsekretarza stanu oraz jednego z sędziów Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

Ziściło się to, co przewidywałem od początku tworzenia przez PiS z udziałem przychylnych sobie sędziów scentralizowanego modelu sędziowskiego postępowania dyscyplinarnego. Co zrobić, gdy zarzuty dotyczyć będą osób, które mają „na górze" decydować o odpowiedzialności dyscyplinarnej? Ten dylemat związany z egzekwowaniem odpowiedzialności od osób wyznaczonych teoretycznie do jej pilnowania przewidział już w starożytności Juwenalis z Akwinum, sprowadzając go do pytania: „Quis custodiet ipsos custodes?" (kto będzie pilnował strażników?).

Gdy zatem w mediach pojawiają się nazwiska sędziów: Przemysława Radzika, Michała Lasoty, Konrada Wytrykowskiego i Łukasza Piebiaka, ciekawi reakcja na całą sytuację rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba. Chodziło wszak o jego podwładnych, osobę, która zdecydowała o desygnowaniu go na zajmowane obecnie stanowisko oraz delegowała do Sądu Apelacyjnego w Warszawie, a także, najpewniej nieobcego mu, nowego sędziego Izby Dyscyplinarnej SN.

Niepowtarzalna szansa

Biorąc pod uwagę dotychczasową praktykę centralnych rzeczników, znaną sędziom np. ze spraw Ewy Maciejewskiej i Igora Tulei w odpowiedzi na ich pytania prejudycjalne do TSUE, niezwłocznie wzywali oni osoby potencjalnie podejrzane do Warszawy, aby z nagrywaniem czynności na kamerę i po pouczeniu o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań, przesłuchiwać je na okoliczności interesujące przesłuchującego. Rzecznik Radzik pozwolił sobie później na Twitterze nawet na spekulacyjny komentarz, skądinąd skandaliczny, sugerujący, że w pewnym zakresie przesłuchiwani oboje sędziowie mogli zeznawać nieprawdziwie. Gdy zatem wybuchła afera grupy Kasta, interesujące było, co w tej sytuacji pocznie rzecznik Schab, którego dwóch bezpośrednich podwładnych również wymienia się przecież w jej kontekście. Konsekwentnie stosując dotychczasową praktykę, powinien zrobić dokładnie to samo co w poprzednich postępowaniach: szczegółowo przesłuchać wszystkie osoby mające mieć rzekomo związek z całą sprawą, po pouczeniu ich o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.

Zeznający muszą się tu liczyć z możliwością wypłynięcia w przyszłości jakichś dodatkowych, obciążających ich materiałów. Będą naturalnie też posiadali prawo do odmowy odpowiedzi na pytanie z racji obawy przed własną odpowiedzialnością karną (stosowany odpowiednio art. 183 kodeksu postępowania karnego). Gdy jednak wszyscy zainteresowani zaczną się uchylać w opisany sposób od odpowiedzi na niewygodne pytania albo nagle zasłaniać zbiorową amnezją, to też będzie jasny sygnał, czy taka afera była czy nie i na ile wiarygodne są np. ostatnie rewelacje pełnomocnika sędziego Arkadiusza Cichockiego oraz samego Cichockiego. Zaczęli rzucać wkoło oskarżeniami, jakoby cała afera została sfabrykowana (m.in. przez Iustitię), twierdząc zarazem, że nie jest możliwe z racji stanu zdrowia przesłuchanie samego sędziego Cichockiego. Czy tak jest w istocie nie wiadomo, bo powiedzieliby to przecież dopiero właściwi biegli.

Reasumując, rzecznik Schab ma teraz niepowtarzalną szansę na udowodnienie, że obecny model postępowania dyscyplinarnego może służyć podniesieniu poziomu etycznego sędziów, a nie stanowi li tylko narzędzia do dyscyplinowania „niepokornych" oraz krycia przewinień własnych kolegów z kręgu „dobrej zmiany" w sądownictwie. Aby to jednak zrobić, przesłuchania – i to prowadzone z należytą dynamiką oraz przy wyłączeniu możliwości np. konsultowania się przesłuchiwanych ze sobą (np. po kilku przesłuchiwanych w ciągu jednego dnia) – są oczywiście niezbędne.

W tym kontekście symptomatyczne jest również milczenie właściwych rzeczników dyscyplinarnych (w szczególności warszawskich). Budzi wątpliwości to, czy obecny system nie działa z należytym entuzjazmem tylko wtedy, gdy chodzi akurat o sędziów opornych wobec dokonywanych zmian.

Trzeba mieć tupet

Na koniec, nie sposób się powstrzymać od pewnej refleksji rysującej się na tle ostatniej rozprawy dyscyplinarnej sędziego Waldemara Żurka, na której byli obecni jako oskarżyciele obaj zastępcy rzecznika. Jeśli jednego dnia muszą się sami tłumaczyć w mediach z zarzutów o udział w zorganizowanym hejcie w stosunku do sędziów krytycznych wobec obecnych zmian, a już nazajutrz oskarżają jednego z tych najbardziej hejtowanych, to sytuacja jest całkowicie nienormalna. I tu pojawia się pytanie, jak rzecznik Schab mógł dopuścić do podobnej sytuacji. A także o to, jak w ogóle oceniać postawę obu zastępców rzecznika, którzy nie tylko nie widzą żadnych przeszkód, aby przy podobnym kalibrze zarzutów nadal pozostawać na zajmowanych stanowiskach, ale jeszcze mają tupet stawić się na rozprawie dyscyplinarnej Waldemara Żurka i w najlepsze osobiście popierać zarzuty oskarżenia.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Łodzi

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA