fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Potyczki z mitem o sfałszowanych wyborach - komentuje sędzia Mariusz Królikowski

Adobe Stock
By dokonać przestępstwa wyborczego na wynikach głosowania tylko w skali okręgu, w zmowie musiałoby być nawet kilkuset członków komisji zgłoszonych przez różne komitety wyborcze.

Był 26 listopada 2014 r. Na mównicę sejmową wszedł prezes ówcześnie największej partii opozycyjnej Jarosław Kaczyński. W toku polemiki z posłami partii podówczas rządzącej padły słowa: „Z tej najważniejszej w Polsce trybuny muszą paść słowa prawdy: te wybory zostały sfałszowane". I to była zapowiedź rewolucji w prawie wyborczym.

Skąd tak radykalna teza? Kilka dni wcześniej, 16 listopada 2014 r., odbyła się pierwsza tura wyborów samorządowych, która wzbudziła chyba największe emocje społeczne w historii III RP. Początkowo nic nie zapowiadało katastrofy. Owszem, testy systemu informatycznego wypadły negatywnie, ale twórcy systemu zapewniali, że błędy zostały wyeliminowane, a system komputerowy zadziała.

Czytaj też:

Nie zadziałał. Komisje obwodowe policzyły głosy, sporządziły protokoły i zaczęły je wprowadzać do systemu. I wtedy nastąpiła katastrofa. System padł i już się nie podniósł. Co gorsza, Państwowa Komisja Wyborcza najwyraźniej nie miała planu „B". W rezultacie bezskutecznie czekano na naprawienie systemu informatycznego, a komisje niższego szczebla na możliwość wydrukowania swoich protokołów. Dni mijały i nic. Nie podjęto w porę decyzji o przejściu na ręczny sposób sporządzania protokołów. Podkreślę – sporządzania protokołów, bo wyniki w komisjach obwodowych były gotowe już w poniedziałek. Był tylko problem z ich przekazaniem na wyższe szczeble.

W tych okolicznościach napięcie społeczne rosło. Pod siedzibą PKW pojawili się demonstranci, którzy ostatecznie wtargnęli do wnętrza i zaczęli okupację, co wstrzymało wszelkie prace i jeszcze powiększyło chaos. W rezultacie, gdy w końcu zapadła decyzja o ręcznym sporządzaniu protokołów, narosło tyle zarzutów i wątpliwości, że skutkowało to dymisją prawie całego składu PKW oraz cytowaną na wstępie tezą o sfałszowaniu wyborów.

Cóż się jednak tak naprawdę stało w roku 2014? Doszło do zbiegu kilku niefortunnych okoliczności. Pierwszą była opisana wyżej awaria systemu informatycznego, który został zakupiony zbyt późno od zbyt niedoświadczonego producenta i najwyraźniej jednak zbyt tanio, by dawał gwarancję bezawaryjnego działania. Drugą – brak szybkiej właściwej reakcji i wdrożenia alternatywnego planu ręcznego sporządzania protokołów. Trzecią kwestią było niezbyt fortunne sporządzenie kart do głosowania na radnych sejmików wojewódzkich w formie broszury. Wyborcy często nie bardzo wiedzieli, jak oddać głos na kartę w kształcie małej książeczki, traktując poszczególne jej strony jako odrębne karty do głosowania. W rezultacie stawiali znak „x" na każdej stronie broszury (lub na kilku stronach) zamiast tylko na jednej z nich. Skutek – rekordowa liczba głosów nieważnych, co wzbudzało w politykach i publicystach dodatkowe podejrzenia. Było to pewne zniekształcenie wyniku wyborów, ale przecież nie ich celowe fałszowanie.

Mimo to mit sfałszowanych wyborów samorządowych był nadal żywy w partii obecnie rządzącej. Stąd szybko podjęte prace nad nowelizacją kodeksu wyborczego. Zmiany były szerokie, aczkolwiek niestety wiele z nich bynajmniej nie przyczyniło się do usprawnienia procesu wyborczego.

Średnio udane innowacje

Przede wszystkim zerwano z tradycją, że wybory przeprowadza w całości jedna komisja obwodowa. Tradycją, która obowiązywała prawie sto lat, od wyborów sejmowych ze stycznia roku 1919. Tym razem wybory przeprowadzały dwie komisje – jedna do spraw przeprowadzenia głosowania, zwana „dzienną", a druga do spraw ustalania wyników, zwana „nocną".

Teoretycznie powołanie dwóch komisji miało uniemożliwić ewentualne fałszerstwa wyborcze. W praktyce zakończyło się to katastrofą. Po pierwsze, liczenie głosów trwało znacznie dłużej, gdyż zanim komisje przekazały sobie karty do głosowania i wszystkie dokumenty, mijało kilka godzin. Po drugie, dochodziło do pomyłek przy pieczętowaniu kart pieczęcią nie tej komisji co trzeba, co skutkowało nawet nieważnością kart do głosowania. Co jednak ważniejsze, dochodziło do rekordowo licznych błędów przy przeliczaniu przekazywanych kart, przez co w końcowych protokołach głosowania roiło się od ostrzeżeń. Wszystko to spowodowało, że szybko zrezygnowano z pomysłu podwójnych komisji i w kolejnych wyborach szczęśliwie powrócono do koncepcji jednej komisji obwodowej.

Drugą istotną rewolucją było stworzenie w gminach korpusu urzędników wyborczych, którzy przejęli czynności do tej pory przypisane urzędom gmin. W założeniu miało to odseparować samorządy od procesu wyborczego. Pomysł ten okazał się średnio udany, zwłaszcza że część z tych urzędników było zupełnymi nowicjuszami w dziedzinie wyborczej. Dodatkowo ustawa wyjątkowo niejasno określała podział kompetencji między urzędnika wyborczego a gminę, co powodowało liczne spory kompetencyjne. Poza tym izolacja gmin od wyborów okazała się mocno iluzoryczna, bo i tak wszelkie czynności obsługi technicznej wyborów pozostały przy gminach. Szczęśliwie większość problemów z tym związanych udało się z czasem przezwyciężyć. Urzędnicy wyborczy nabrali doświadczenia i wypracowali na ogół dobre zasady współpracy z gminami.

Trzecim istotnym elementem było powołanie nowych komisarzy wyborczych, zresztą nie wiedzieć czemu w podwojonej liczbie. Co istotne, połowa komisarzy wyborczych nie była już – wbrew dotychczasowej tradycji – sędziami. Co prawda udział sędziów w procesie wyborczym nie jest niezbędny, a wręcz można powiedzieć, że jest ewenementem na skalę europejską, niemniej fakt, że wśród komisarzy wyborczych znalazła się grupa sędziów, wydaje się pozytywem. Oczywiście komisarze wyborczy nie mają bezpośredniego wpływu na proces wyborczy, tylko go organizują i nadzorują. Dodatkowo uczestniczą w pracach komisji okręgowych, które jednak wpływu na wynik nie mają.

W tej sytuacji nie było zaskoczeniem, że opozycyjni politycy i media zaczęli napomykać o możliwości sfałszowania wyborów. Tym razem w przeciwnym kierunku. Głosy te szybko jednak ucichły wobec wyniku wyborów samorządowych, który – mimo wygranej w sejmikach wojewódzkich – nie okazał się wcale miażdżącym sukcesem partii rządzącej i każda ze stron była względnie zadowolona. W przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego głosów o wyborczych fałszerstwach już praktycznie nie było. Być może dlatego, że dla polskiej polityki mają one jednak stosunkowo najmniejsze znaczenie.

Podejrzenia wyborczych fałszerstw odżyły jednak przed obecnymi wyborami parlamentarnymi. Hasło „nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy" znów zyskało na popularności. Co zaskakujące, głosy o możliwym fałszowaniu wyborów pojawiły się ze strony... polityków PiS. Jest to o tyle dziwne, że przecież nowy system wyborczy był stworzony przez tychże polityków właśnie po to, by uniemożliwić – pod względem organizacyjnym i personalnym – jakiekolwiek fałszerstwa. O ile zarzuty opozycji, że partia rządząca fałszuje wybory byłyby przynajmniej w miarę logiczne (co nie znaczy, że słuszne), o tyle zarzuty partii rządzącej, że po zmianie systemu wyborczego wybory fałszuje opozycja w granicach logiki mieszczą się z trudem.

Historia zatoczyła koło

W każdym razie historia zatoczyła koło i znów politycy Prawa i Sprawiedliwości, mimo wprowadzonych zmian ustawowych, kwestionują wynik wyborczy. Nie wnikając w szczegóły poszczególnych protestów wyborczych i zostawiając ich ocenę Sądowi Najwyższemu, zauważyć jedynie należy, że podawany w mediach główny argument protestów nieco zaskakuje. Mianowicie ich autorzy przyjęli najwyraźniej założenie, że należy złożyć protest w każdej sytuacji, gdy liczba głosów nieważnych jest wyższa od różnicy głosów, którą przegrali kandydaci ich komitetu. Innymi słowy – uważają, że wszystkie głosy uznane za nieważne powinny być zaliczone na kandydatów ich komitetu wyborczego...

Warto jednak rozważyć, czy twierdzenia o możliwości fałszowania wyborów mogą mieć – choćby teoretycznie – w ogóle jakieś oparcie w stanie faktycznym. W mojej ocenie na tak postawione pytanie trzeba stanowczo udzielić odpowiedzi przeczącej. System wyborczy jest tak skonstruowany, że w praktyce uniemożliwia fałszerstwa na skalę mogącą mieć wpływ na wynik wyborów parlamentarnych. I chyba każda osoba, która zetknęła się z systemem wyborczym, może potwierdzić, że tezy o możliwości fałszowania wyborów można włożyć między bajki. Niezależnie od tego, kto je głosi.

Najważniejszym etapem liczenia głosów są działania komisji obwodowych. Tutaj teoretycznie może dochodzić – i nieraz dochodzi – do pomyłek. Teoretycznie można też sobie wyobrazić, że jakaś część kart zostanie sfałszowana, na przykład poprzez dostawienie dodatkowego znaku „x", co powoduje nieważność głosu. Znacznie trudniej uwierzyć w opowieści o długopisach ze znikającym tuszem, które zresztą łatwo wyeliminować, przynosząc własny długopis.

W praktyce jednak fałszerstwo na najniższym szczeblu jest bardzo trudne. Przede wszystkim w skład komisji nie wchodzą jakieś „zielone ludziki", tylko kandydaci zgłoszeni przez wszystkie komitety wyborcze. Generalnie wszyscy patrzą wszystkim na ręce. A w tych wyborach patrzyli szczególnie uważnie. Do tego dochodzą mężowie zaufania i obserwatorzy społeczni. Oczywiście może się zdarzyć jakiś domorosły iluzjonista, któremu mimo to uda się sfałszować kilka kart. Albo może nastąpić jakaś zmowa ponad podziałami ze strony członków komisji. W skali okręgu wyborczego mieć nie może. Nawet gdyby taka sytuacja zaistniała, bo w rzeczywistości w żadnej z komisji niczego takiego nie stwierdzono.

Zmowa komisji

Aby sfałszować wybory w skali okręgu, taka zmowa musiałaby obejmować kilkadziesiąt albo i kilkaset komisji wyborczych. Czyli od kilkuset do kilku tysięcy ludzi zgłoszonych przez różne komitety wyborcze musiałoby się umówić na popełnienie przestępstwa wyborczego. Kwestię oceny prawdopodobieństwa przestępczej zmowy o takiej skali pozostawiam czytelnikom...

Po sporządzeniu protokołów przez komisje obwodowe możliwości wpływania na wynik są żadne. Na etapie komisji okręgowej bada się jedynie poprawność protokołów pod względem formalnym. Pod względem matematycznym głosy w okręgu zlicza system komputerowy. W razie jakichkolwiek wątpliwości zawsze można zweryfikować te obliczania ręcznie, na podstawie protokołów papierowych, chociaż najczęściej nie ma takiej potrzeby. Na szczeblu Państwowej Komisji Wyborczej tym bardziej nie ma żadnej możliwości manipulacji, gdyż tu następuje jedynie sumowanie danych z komisji okręgowych.

W sumie zatem możliwości sfałszowania wyników wyborów są na tyle znikome, że tego rodzaju opowieści śmiało można włożyć między bajki. Takie sugestie są wręcz obraźliwe dla tych setek tysięcy ochotników, którzy za niezbyt wysokie pieniądze poświęcili swój czas na pracę w komisjach wyborczych dla dobra publicznego.

Co dalej? Oczywiście Sąd Najwyższy będzie rozpoznawał wszystkie protesty. I nie martwiłbym się nadmiernie faktem, że będzie to czynić nowo powołana Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Co prawda tryb powołania nowych sędziów SN wciąż wzbudza kontrowersje, ale dotychczasowe orzecznictwo nowej izby nie budzi zastrzeżeń. Nie ma więc żadnego realnego powodu, by nie ufać w rzetelność i uczciwość rozpoznania protestów wyborczych tylko dlatego, że istnieją wątpliwości co do trybu wyboru KRS. Myślę, że warto dać sędziom IKN kredyt zaufania w tym zakresie.

Warto przy tym zaznaczyć, że samo złożenie protestu wyborczego nie oznacza automatycznie konieczności ponownego liczenia głosów. Owszem, czasami taka potrzeba występuje, ale jedynie wtedy, gdy jest to w danej sytuacji uzasadnione i konieczne. O ile bywały w historii przypadki ponownego liczenia głosów z jednej komisji, o tyle trudno sobie wyobrazić takie liczenie w skali kilkuset komisji w okręgu. Nawet gdyby takiego ponownego przeliczenia miały dokonywać sądy rejonowe w drodze pomocy prawnej.

Pozostaje więc spokojnie poczekać na zaopiniowanie poszczególnych projektów przez składy SN, a następnie na ostateczne rozstrzygnięcie przez pełny skład Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Mam nadzieję, że uchwała ta rozwieje ostatecznie wątpliwości co do prawidłowości przeprowadzenia wyborów.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, komisarzem wyborczym w Ciechanowie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA