fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Reforma sądownictwa - gra o trony

Adobe Stock
Decyzje kadrowe w sądach nie przynoszą rewolucji.

Nowelizacja prawa o ustroju sądów powszechnych, przewidująca m.in. możliwość dowolnego odwoływania i powoływania prezesów sądów przez ministra sprawiedliwości 12 sierpnia weszła w życie. Mimo pesymistycznych prognoz nie było natychmiastowej rewolucji. Owszem, zapadły już pierwsze decyzje kadrowe, ale dotyczą zwykłego powoływania prezesów po upływie kadencji. Notabene powołanie na stanowiska prezesów sędziów Macieja Strączyńskiego w Szczecinie i Joanny Bitner w Warszawie czy Łukasza Kluski w Pruszkowie jest dobrą zmianą. Jako wieloletni aktywni działacze Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia gwarantują oni niezależność od polityków i eliminację dotychczasowych złych praktyk nadzorczych. Rewolucji nie było też w Gdańsku, gdzie wakujące stanowisko prezesa Sądu Apelacyjnego objął jego dotychczasowy wiceprezes sędzia Jacek Grela.

Spore wzburzenie w środowisku wzbudziło natomiast odwołanie przed upływem kadencji trzech wiceprezes Sądu Okręgowego w Warszawie. Było to motywowane dążeniem do umożliwienia nowej prezes współpracy z dobranymi przez nią zastępcami. Przez sędziów zostało to jednak odczytane jako początek „czystki", co znalazło wyraz w krytycznej ocenie tego kroku przez warszawski samorząd. Był to więc w mojej ocenie krok błędny.

Niemniej odwołanie w specjalnym trybie 0,3 proc. wszystkich prezesów i wiceprezesów sądów trudno uznać za masową „czystkę". Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i do takowej czystki jednak nie dojdzie.

Warto zaznaczyć, że nowe przepisy osłabiają pozycję prezesa wobec sędziego liniowego. Ograniczają np. znacząco możliwość przenoszenia go do innego wydziału, nie ma ocen okresowych sędziów, jest za to jednolita zasada losowego przydziału spraw. Tryb mianowania prezesów ma więc obecnie mniejsze niż dotychczas znaczenie dla niezawisłości sędziowskiej.

Niezależność pod ścianą

Przedstawiciele środowiska sędziowskiego postanowili jednak zadziałać prewencyjnie. Najpierw uchwałę wydało Prezydium Forum Współpracy Sędziów: „Nie wyrażajmy zgody na objęcie stanowisk i funkcji w trybie wynikającym z nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych z 12 lipca br., co z pewnością będzie odnotowane i może być w przyszłości poczytane jako współuczestnictwo w działaniach niezgodnych z obowiązującym porządkiem prawnym". Apel wystosowało też Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia, aczkolwiek został on ograniczony do stanowisk prezesów zwalnianych w trybie nadzwyczajnym.

Apele wzbudziły kontrowersje w środowisku. Z jednej strony kompetencje ministra sprawiedliwości rozszerzono jak nigdy dotąd. Konstytucyjna zasada niezależności władzy sądowniczej została właściwie sprowadzona do pustego sloganu. Z ograniczaniem autonomii sądownictwa mamy do czynienia właściwie nieprzerwanie od 1992 r. (za pełną aprobatą Trybunału Konstytucyjnego). Tym razem jednak niezależność organizacyjna sądownictwa została postawiona pod ścianą. A szanse na podważenie niekonstytucyjności zapisów ustawy w zwykłym trybie postępowania przed TK są znikome.

Z drugiej strony mamy do czynienia z legalnie uchwaloną i obowiązującą ustawą. Twierdzenie, że objęcie funkcji w nowym trybie może być zapamiętane jako działanie bezprawne, zaskakuje. Można rozważać tzw. rozproszoną kontrolę konstytucyjności ustaw przez sądy powszechne, ale trudno uznać możliwość takiej kontroli przez każdego z sędziów podczas czynności o charakterze administracyjnym. Tym bardziej że, w przeciwieństwie do zawetowanych ustaw o Sądzie Najwyższym czy Krajowej Radzie Sądownictwa, ustawa o sądach powszechnych nie zawiera przepisów oczywiście i rażąco łamiących podstawowe zasady konstytucyjne. Co najwyżej można mówić o dalszym istotnym naginaniu zasady niezależności sądów.

Takie apele wydają się też błędem taktycznym. Po pierwsze, wysokie jest ryzyko, że nie zostaną wysłuchane. Po drugie, sytuują całe sądownictwo na zabetonowanych pozycjach opozycji wobec władzy, co jest jej na rękę, bo tak właśnie sądownictwo postrzega i przedstawia. Po trzecie, w przypadku zmian ważne jest, aby prezesem został ktoś, kto zna funkcjonowanie danej jednostki i będzie się starał ochronić sędziów i zapewnić im względnie dobre warunki pracy. Po czwarte wreszcie, z apeli wynika pośrednio sugestia, że w Polsce jest duża grupa sędziów gotowych wysłuchiwać poleceń władzy politycznej i wymuszać ich wykonanie na podległych sędziach liniowych. W grę wchodzi przecież potencjalna wymiana około 2500 stanowisk funkcyjnych. Płynące z samego środowiska podejrzenie, że co czwarty sędzia może być gotów sprzeniewierzyć się zasadom niezawisłości, jest dla wizerunku sędziów znacznie bardziej szkodliwe niż cały czarny PR obecnej władzy.

Objęcie funkcji jest prawem, a nie obowiązkiem sędziego. Ocena moralna tego kroku zależy od konkretnej sytuacji. Potencjalny kandydat na prezesa powinien rozważyć, czy objęcie funkcji w danej sytuacji jest zgodne z normami etycznymi. Natomiast z dużym sceptycyzmem muszę ocenić pomysł wyciągania konsekwencji wobec osób, które nie zastosowały się do apeli czy ostracyzmu środowiskowego.

Co było, co jest...

Dotychczasowy system powoływania prezesów daleki był od ideału. Samorząd sędziowski, co prawda, opiniował kandydatów na prezesów, ale tych narzucał minister sprawiedliwości (w sądach rejonowych prezes sądu apelacyjnego). Wyłanianie było wynikiem nieformalnego porozumienia ministerstwa z ustępującym prezesem lub/i prezesem sądu wyższego rzędu albo była to własna propozycja ministra o jemu tylko znanych kryteriach. Negatywna opinia samorządu nie była wiążąca, gdyż mogła ją odrzucić Krajowa Rada Sądownictwa. Za rządów ministra Ziobry KRS chyba zawsze popiera sprzeciw samorządu, ale poprzednio często bywało odmiennie.

Tym samym istniał system, który z rzeczywistą władzą samorządu sędziowskiego nie miał wiele wspólnego. Oczywiście na stanowiska prezesów często były powoływane osoby o wysokich kompetencjach organizacyjnych i cieszące się poparciem lokalnego środowiska sędziowskiego, niemniej sam system obejmowania funkcji i tryb awansowania był słusznie krytykowany przez reformatorsko nastawionych sędziów, skupionych wokół Forum Sędziów RP i Stowarzyszenia Iustitia.

Odpowiedzią MS jest system, który śmiało można nazwać absolutyzmem. To rozwiązanie znacznie gorsze od „monarchii feudalnej". Do lutego 2018 r. minister będzie absolutnie władał powoływaniem i odwoływaniem prezesów. Potem pojawią się pewne ograniczenia, ale katalog przyczyn, dla których można będzie odwołać prezesa, jest bardzo pojemny. Lokalny samorząd nie będzie w ogóle pytany o zdanie, a KRS może zawetować odwołanie trudną do osiągnięcia większością 2/3 głosów. Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi, że nowy system zagwarantuje szybką reakcję na patologię, jak tę w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie. Argument jest chybiony, bo prezes sądu sam złożył dymisję niezwłocznie po ujawnieniu sprawy. Ciekawe, na jakiej podstawie Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji MS przyjmuje za pewnik, że „decydujące będą kompetencje kandydata, a nie układy czy szczebel sądu, w którym orzeka". Skąd urzędujący w Warszawie minister będzie znał kandydatów na prezesów, zwłaszcza małych sądów na prowincji?

Lekarstwo stało się więc gorsze od choroby. Pod względem organizacyjnym sądy zostały sprowadzone do roli kolejnego działu administracji publicznej. Zamiana „systemu prezesowskiego" na „system ministerialny" nie jest na pewno dobrą zmianą.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, prezesem Oddziału Płockiego SSP Iustitia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA