fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Reforma sądownictwa: jeżeli członkowie nowej KRS pójdą drogą rewanżyzmu, konflikt będzie trwał

AdobeStock
Jeżeli członkowie nowej KRS pójdą drogą rewanżyzmu, konflikt będzie trwał.

Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że konflikt w sprawie polskich sądów wszedł właśnie w fazę przesilenia. Dzieje się tak wbrew kalendarzowi astronomicznemu, który daty przesilenia sytuuje w zgoła innych terminach. W sprawie sądów przesilenie następuje wiosną, co ma rzecz jasna związek z kalendarzem politycznym, a nie astronomicznym.

Reforma sądownictwa przypomina klasyczny dramat. Po prologu, obejmującym zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, mamy do czynienia z dramatem w trzech aktach dotyczącym prezesów sądów, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Z tą różnicą, że wszystkie akty odgrywają się równolegle.

Mogło być gorzej

Akt pierwszy dotyczący prezesów sądów wszedł już w fazę rozwiązania akcji. 12 lutego skończyło się sześć miesięcy, podczas których minister sprawiedliwości mógł zupełnie dowolnie odwoływać i powoływać prezesów sądów, bez pytania o zdanie samorządu sędziowskiego i bez uzasadnienia. Zmiany personalne nie były tak głębokie, jak – przez analogię z prokuraturą – obawiali się pesymiści. Odwołano trzech prezesów apelacyjnych, 21 prezesów okręgowych i 45 prezesów rejonowych. W sumie zmiany prezesów objęły 16 proc. wszystkich sądów. Nie oddaje to jednak rozmiarów całej operacji, bo dominowały jednak zmiany na szczeblach wyższych, które pośrednio dotknęły także podległych sądów rejonowych. Jeśli doliczyć zmiany wiceprezesów to okaże się, że jedynie siedmiu (na 45) okręgów sądowych nie dotknęły żadne zmiany.

„Operacja prezesowska" spotkała się z potępieniem środowiska. Dość wspomnieć o kilkudziesięciu mniej lub bardziej krytycznych uchwałach sędziowskich samorządów, które zapadały prawie w każdym miejscu, w którym zmiana nastąpiła. Nie ma się co temu dziwić, bo rzeczywiście pozbawienie sędziów jakiegokolwiek wpływu na obsadę stanowisk funkcyjnych w sądach trudno pogodzić z zasadą niezależności władzy sądowniczej. I nie zmienia tego fakt, że dotychczas ta niezależność też była mocno ograniczona, ponieważ sprowadzała się do możliwości zawetowania kandydata zgłoszonego przez ministra, przy czym weto to mogło zostać podważone przez KRS.

Złe wrażenie wywołała forma doręczania odwołań za pomocą faksu. Motywem było przyspieszenie obiegu dokumentów i ten efekt został bez wątpienia osiągnięty. Ale przy okazji powstało przykre wrażenie lekceważenia odwoływanych prezesów czy szerzej – arogancji władzy wykonawczej wobec władzy sądowniczej. Nic chyba nie stało na przeszkodzie, aby do tych 69 sądów udał się jakiś wyższy rangą przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości i osobiście wręczył akt odwołania. Kilka dni opóźnienia nic by nie zmieniło, a wyglądałoby to znacznie lepiej.

Słabo też wypadły próby uzasadnienia decyzji personalnych na stronie MS. Podawane tam wskaźniki statystyczne brzmiały zaskakująco, bo trudno podejść poważnie do takich motywów odwołania prezesów, jak wysoki wskaźnik spraw ponownie wpisanych czy przewlekłość w pionie ksiąg wieczystych. W dodatku wiele wskaźników okazało się nieprawdziwych, co wykazał np. Sąd Apelacyjny w Szczecinie. Nie pierwszy to, niestety, przypadek, gdy Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji kiepsko promuje swój resort.

Bardziej złożona jest kwestia merytorycznej oceny dokonanych zmian. Tu jednoznaczna ocena stu kilkudziesięciu przypadków prezesów i wiceprezesów nie wydaje się możliwa. Lokalne sytuacje bywają bowiem różne i pod jeden mianownik podciągnąć się nie dają. Dochodzą głosy, że po odwołaniu niektórych niepopularnych prezesów strzelały korki szampana. Rozbicie kilku lokalnych „układów prezesowskich" można zapisać na plus. Ale bywały też sytuacje odmienne, gdy sędziowie stawali murem za odwołanymi prezesami. W niektórych przypadkach pojawiły się problemy z obsadzeniem zwolnionych stanowisk, a nawet kilka przypadków rezygnacji nowych prezesów.

W sumie jednak kwestia skutków wymiany prezesów jest wyolbrzymiana. I to zarówno przez zwolenników, jak i przeciwników „dobrej zmiany". Rola prezesa w sądzie jest dużo mniejsza, niż podejrzewa opinia publiczna. Sprowadza się do kwestii organizacyjnych, a na orzecznictwo w istocie żadnego wpływu nie ma. Zwłaszcza przy losowym przydziale spraw i odebraniu prezesom możliwości swobodnego przenoszenia sędziego między wydziałami. Nie widać więc realnego wpływu zmian personalnych na stanowiskach prezesów na fundamentalną dla obywateli kwestię niezawisłości sędziowskiej.

Potwierdza to praktyka ostatnich miesięcy. Od wejścia w życie nowego ustroju sądów minęło osiem miesięcy i nie słychać o przypadkach wpływania przez nowych prezesów na sędziowską niezawisłość. Sądy orzekają jak dotąd, a media co i rusz donoszą o wyrokach niekorzystnych dla obecnej władzy. W dodatku wyroki te często zapadają w okręgach, w których zmiany prezesów nastąpiły. Najbardziej znana sprawa, wytoczona ministrowi Ziobrze przez sędzię Koskę-Janusz o ochronę dóbr osobistych, zakończyła się porażką ministra, co jest najlepszym dowodem, że niezawisłość sędziowska nadal w Polsce istnieje. Wygląda więc na to, że teza o „przejęciu sądów przez PiS", wysnuta na podstawie zmiany prezesów w co szóstym sądzie, jest mocno przesadzona.

Akt pierwszy dramatu dobiega więc końca. Owszem, w miejscach, w których doszło do szczególnego napięcia, lokalne konflikty trwają. W Krakowie doszło do regularnej wojny podjazdowej między nową prezes a grupą sędziów skupionych wokół prezes odwołanej. W Łodzi sędziowie potępiają każdego nowego prezesa, co sugeruje, że fotel prezesa tamtejszego Sądu Okręgowego pozostanie przeklęty na wieki. W Toruniu sędziowie nie chcieli przyjść na zebranie, a w Słupsku – wybrać kolegium sądu. Być może jeszcze jakiś nowy prezes pod wpływem ostracyzmu zrezygnuje z funkcji. Kogoś tam pewnie jeszcze w kilku oddziałach wyrzucą z Iustitii, a prezes Markiewicz udzieli kolejnego katastroficznego wywiadu. Ale w skali kraju problem odwoływania prezesów odchodzi w przeszłość.

Na kolana nie rzuciło

Drugi akt dramatu, czyli wybór Krajowej Rady Sądownictwa, znalazł się w punkcie kulminacyjnym. Tu, rzecz jasna, padło już wiele argumentów prawnych i nie ma sensu ich szczegółowo powtarzać. Dość powiedzieć, że większość sędziów (włącznie z niżej podpisanym) uważa, iż sędziowie do Rady powinni być wybierani tak jak dotychczas, przez sędziów. Pojawia się jedynie postulat demokratyzacji procedury wyborczej, która do tej pory miała charakter oligarchiczny i preferowała sędziów wyższych szczebli (sędziowie rejonowi stanowiący 63 proc. wszystkich sędziów mieli zaledwie 2 proc. przedstawicieli). Z kolei przedstawiciele opcji przeciwnej uważają, że zasada zwierzchności narodu działającego przez swych przedstawicieli pozwala na wybór członków KRS przez Sejm.

Niestety, autorzy art. 187 konstytucji wykazali się słabą wyobraźnią i nie napisali wprost, kto sędziów do KRS wybiera. Stwarza to różne możliwości interpretacyjne, a jedynym organem, który może to ostatecznie i wiążąco stwierdzić, jest Trybunał Konstytucyjny. Nawet jednak, gdyby TK orzekł w tej sprawie na korzyść stanowiska sędziów, to i tak orzeczenia trybunalskie co do zasady nie działają wstecz, więc dokonany ostatnio wybór nie mógłby być w ten sposób zakwestionowany.

W porządku konstytucyjnym nie mieści się dokonywanie powszechnie obowiązującej oceny zgodności przepisów z konstytucją przez sędziów sądów powszechnych. Ocena konstytucyjności może być dokonywana w ramach tzw. kontroli rozproszonej, ale tylko w procesie orzekania na potrzeby konkretnej sprawy. Poza procesem orzekania do oceny konstytucyjności przepisów nie są uprawnieni sędziowie, a nawet bardzo liczne grupy sędziów, wliczając w to organy samorządu sędziowskiego oraz stowarzyszenia Iustitia i Themis.

Podnoszone są także drobniejsze kwestie proceduralne. Sędziowie popierający jednego z kandydatów wycofali swoje podpisy. Powstaje kwestia, czy takie wycofanie podpisów poparcia jest w ogóle skuteczne? Przez analogię z kodeksem wyborczym, w którym takiej możliwości nie ma, wydaje się, że nie, więc sędzia Maciej Nawacki został słusznie dopuszczony do procedury wyborczej.

Pojawia się też zarzut zbyt małej liczby kandydatów. 18 kandydatów na 15 miejsc istotnie nie rzuca na kolana, ale trzeba brać pod uwagę, że dotychczas liczba kandydatów też nie była imponująca i  oscylowała w okolicy 20. Jakoś nie robiono z tego problemu. A przy obecnej presji środowiskowej, groźbach dyscyplinarek i wyrzucaniu ze stowarzyszeń, 18 kandydatów to i tak sporo.

Podobnie trudno zgodzić się z tezą, iż w skład KRS muszą wchodzić sędziowie wszystkich rodzajów sądów. Fakt, że wyboru dokonuje się spośród sędziów różnych sądów nie oznacza konieczności reprezentacji każdego z tych rodzajów. Skoro nie zgłosił się żaden sędzia Sądu Najwyższego ani czynny sędzia wojskowy, to trudno. Nie można ich zmuszać do kandydowania.

Najnowsza kwestia, zauważona przez jednego z łódzkich sędziów i podchwycona także przez pierwszą prezes SN, to zgłoszenie kandydatów przez klub parlamentarny, a nie – jak napisano w ustawie – poselski. Wydaje się jednak, że ten problem jest pozorny. W tym przypadku wykładnia ściśle językowa prowadzi bowiem do absurdu, wobec czego trzeba uciec się do wykładni celowościowej i systemowej. Założenie, że grupujący największą liczbę posłów klub ma mieć mniejsze uprawnienia tylko dlatego, że wchodzą do niego także senatorowie, nie wytrzymuje krytyki. Klub parlamentarny jest pojęciem szerszym niż klub poselski. W praktyce sejmowej klub parlamentarny skupiający powyżej 15 posłów, ma takie same uprawnienia jak klub poselski. Ta zasada wydaje się słuszna także w zakresie zgłaszania kandydatów do KRS. Rzecz jasna pretensje trzeba mieć przede wszystkim do ustawodawcy, który podczas pospiesznego procesu legislacyjnego nie zadbał o należytą precyzję przepisu.

Tymczasem wybór KRS jest kwestionowany w dalszym ciągu. Co więcej, pojawiają się głosy – ostatnio m.in. prof. Adama Strzembosza – iż można zakwestionować powołania sędziów zawnioskowanych przez nową Radę, a nawet, że pojawi się możliwość zakwestionowania wyroków wydanych przez tych sędziów. Z całym szacunkiem dla Pana Profesora, ale z takim stanowiskiem zgodzić się nie sposób. Oczywiście, można mieć wątpliwości, co do trybu powołania KRS, ale przewidywanie tak dalekich skutków prowadzić może jedynie do eskalacji chaosu prawnego.

Warto wspomnieć, że po 1989 r. żadnej weryfikacji sędziów nie było. Wszyscy sędziowie powołani w okresie PRL automatycznie stali się sędziami III RP. A przecież sędziowie powołani przed 1989 r. uzyskali nominacje nie tylko bez żadnego udziału KRS (której wtedy nie było), ale nastąpiło to pod rządami systemu całkowicie niedemokratycznego. Skoro zatem wówczas prof. Strzembosz – skądinąd słusznie – nie widział potrzeby powszechnej weryfikacji, to dziwić może taka potrzeba w stosunku do sędziów powołanych po 2018 r.

Warto zaznaczyć, że rocznie KRS decyduje o obsadzie około 500 stanowisk sędziów i asesorów, więc przez cztery lata kadencji nowe mianowania obejmą około 2 tys. sędziów, czyli 20 proc. wszystkich orzeczników.

Co dalej?

Trzeba też zauważyć, że kwestia niezgodnego z konstytucją trybu powołania sędziego na dane stanowisko nigdy dotąd nie działała wstecz ani nie powodowała kwestionowania wydanych orzeczeń. Gdy Trybunał Konstytucyjny zakwestionował instytucję asesora sądowego, pozwolił niekonstytucyjnym asesorom orzekać jeszcze przez półtora roku. Rzecz jasna nie było mowy o kwestionowaniu orzeczeń wydanych przez asesorów. Podobnie było w przypadku reformy ministra Gowina. Podnoszono wówczas niekonstytucyjność przenoszenia sędziów do innych sądów przez podsekretarzy stanu. I choć Sąd Najwyższy stwierdził, że sędziowie mogą być przenoszeni tylko przez ministra konstytucyjnego, a nie wiceministrów, to wyroki wydane przez nieprawidłowo przeniesionych sędziów pozostały w mocy. Akty przeniesienia również.

Dlaczego obecnie należałoby podważać dotychczasowe zasady? Czy istotnie sędziowie powołani obecnie będą gorsi niż sędziowie z okresu PRL czy niekonstytucyjni asesorzy sądowi? Śmiem wątpić. A 408 wolnych stanowisk sędziowskich zamrożonych od roku zostało właśnie obwieszczonych w Monitorze Polskim i oczekuje na obsadzenie...

Szczytowa faza konfliktu wokół KRS powinna wkrótce minąć. Kalendarz jest nieubłagany. 29 marca skończyła się liczona łącznie konstytucyjna kadencja dotychczasowych sędziów z Rady. Zgodnie z nową ustawą kadencja ta skończyć się miała 7 marca, co w praktyce nic nie zmienia. Pierwsza prezes SN – pomimo perturbacji w tym zakresie – zadeklarowała zwołanie KRS w nowym składzie. Ma na to czas do 3 maja.

Co dalej? To już zależy od członków nowej KRS. Jeśli skupią się na kwestiach rozliczeń i rewanżyzmu – konflikt będzie trwał. Jeśli zajmą się na spokojnie pracą merytoryczną – jest szansa na wygaszenie konfliktu. A pracy merytorycznej nie zabraknie.

Trzeci akt dramatu to Sąd Najwyższy. Tu rozwinięcie akcji właśnie następuje. Ale to już temat na osobny artykuł...

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, prezesem Oddziału Płockiego SSP Iustitia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA