fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Jak nie należy robić kampanii wyborczej?

Polska Press/ Andrzej Szkocki
Winne są błędy sztabowców, konflikty partyjne i procedury.

Dawno nie mieliśmy w Polsce kampanii, w której komitety wyborcze wykazywałyby się tak daleko posuniętą niekonsekwencją i ciągłą zmianą tematów debaty publicznej. Co rusz poszczególne partie zmieniały strategie i nie potrafiły przez dłuższy czas utrzymać jednego lejtmotywu swego politycznego przekazu. Zamiast wypełniać podstawowe zadanie kampanijne podkreślane w każdym podręczniku marketingu politycznego, czyli konsekwentnie powtarzać swój przekaz, prawie wszyscy prześcigali się we wrzucaniu do dyskusji coraz to nowych wątków i pomysłów.

Być może najbardziej widoczne było to w przypadku Koalicji Europejskiej, która w połowie kampanii przestała straszyć rodaków ewentualnym polexitem pod rządami PiS i zaczęła skupiać się na innych wątkach. Być może ktoś podsunął sztabowcom KE badania tygodnika „Polityka", z których jasno wynikało, że ten temat „nie grzeje", a być może ktoś w centrum decyzyjnym KE sam się w tym zorientował. Pozostaje faktem, że Schetyna i jego sojusznicy nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestali eksploatować ten temat i zajęli się innymi.

Polexit został zastąpiony tematyką zdrowia oraz zapewnieniami, że opozycja wynegocjuje wyższy unijny budżet dla Polski, niż zrobił to rząd PiS. I to o ponad 100 miliardów złotych. Problem w tym, o czym szybko przypomnieli politycy obozu rządzącego, że obecna propozycja KE jest dopiero początkiem negocjacji nad nową perspektywą budżetową, a jedynym politykiem z Polski, który przyłożył do niej rękę, jest...komisarz Bieńkowska, jako żywo mało mająca wspólnego z PiS, a o wiele więcej z PO.

Tak oto KE pozostała bez wiodącego tematu. Aż do sobotniego filmu braci Sekielskich. Już w niedzielę Grzegorz Schetyna krzyczał na wiecu w Szczecinie o tym, że ręka podniesiona na polskie dzieci jest ręką podniesioną na Polskę i że będzie ścigał pedofilów bez względu na to, jak wysoko są usytuowani w hierarchii społecznej. Czyli mówił prawie to samo co tydzień wcześniej Jarosław Kaczyński.

Lider PO jest jednak w tej materii o tyle mało wiarygodny, że jeszcze dziesięć dni wcześniej odcinał się od Leszka Jażdżewskiego, kiedy zarzucał on Kościołowi dokładnie to samo co bracia Sekielscy. Co więcej, jakoś dziwnie brzmiały słowa przewodniczącego PO mającego zamiar ścigać pedofilów w kilka lat po tym, jak poprzedni lider tej formacji grzmiał o chemicznej kastracji tychże. Jeśli wciąż są oni zagrożeniem dla naszych dzieci, to znaczy, że coś poszło dramatycznie nie tak z pracą ekipy Donalda Tuska.

Ale PiS także nie potrafił trzymać się kilku tematów kampanijnych. O ile wydawało się na początku, że będzie to „piątka Kaczyńskiego", o tyle potem została ona przykryta przez dyskusję zapoczątkowaną przez Kaczyńskiego o walucie euro, a potem o seksualizacji polskich dzieci. Wszystko na wszystko się nakładało i zamiast wybrzmieć jasnym przekazem, kampania PiS stała się kakofonią komunikatów. Jedne nakładały się na inne, w efekcie czego do wyborcy docierał przekaz godny Warszawskiej Jesieni, a nie kampanii do Parlamentu Europejskiego. Być może było to konsekwencją starć w sztabie, być może koniecznością obsłużenia zarówno wyborcy prounijnego, jak i podkradanego przez Kukiz'15 i, przede wszystkim, Konfederację wyborcy antyunijnego, ale efektem był wielogłos i brak jasnego przekazu politycznego płynącego z Nowogrodzkiej.

O ile kłopoty KE mogły wynikać z faktu, że składa się ona z partii różniących się między sobą (tak bardzo, że na zapytanie „Latarnika Wyborczego" nie potrafiła ona udzielić odpowiedzi na 19 z 25 pytań o program), a problemy PiS z konieczności zadowolenia swych wyborców zarówno eurosceptycznych, jak i euroentuzjastycznych, o tyle nie za bardzo wiadomo, dlaczego w przekazach Wiosny Biedronia także brakowało konsekwencji. Najpierw lider partii zwlekał kilka dni w kwestii praw par homoseksualnych. Być może było to spowodowane tym, że nie chciał być obsadzony w roli „dyżurnego geja w Polsce", ale brak jego głosu w tej sprawie był dziwaczny.

Jeszcze dziwniej sprawa się miała w przypadku „profanacji" obrazu Matki Boskiej – Robert Biedroń zapytany przez dziennikarzy, co o tym sądzi, odparł, że jest przeciwko takim aktom i je potępia. Dopiero następnego dnia się zreflektował i nie tylko stanął po stronie pani Podleśnej, ale nawet zażądał wycofania w kodeksu karnego przepisu penalizującego takie czyny. Z moich informacji wynika, że wcześniej lider Wiosny był zaskoczony, gdyż pytanie o „profanację" dostał od dziennikarzy w Częstochowie i początkowo myślał, że chodzi o znajdujący się tam obraz. Jeśli tak było, to tłumaczy to nieco jego dziwne słowa, ale fatalnie świadczy o służbach prasowych Wiosny i zarządzaniu kryzysami w tej formacji.

Biedroń dopiero w reakcji na film Sekielskich zachował się jak rasowy polityk – nie dość, że skrytykował Kościół (co musiało ucieszyć jego wyborców), to jeszcze zaatakował KE i jej liderów. Stał zresztą wówczas obok posłanki Joanny Scheuring-Wielgus, która w tym temacie ma naprawdę „mocne papiery", a której nie chcieli na swoich listach Schetyna i jego sojusznicy.

Jest zatem ta kampania przykładem tego, jak nie należy prowadzić tego typu działań politycznych. Abecadłem marketingu politycznego jest bowiem konsekwentne powtarzanie kilku jasnych komunikatów i wbijanie ich do głów wyborców, by mogli oni w łatwy sposób przyporządkować te kwestie poszczególnym partiom i komitetom wyborczym. Jednak tej wiosny liderzy największych koalicji, czyli PiS i KE, odstąpili od tej zasady (podobnie zresztą jak przywódcy Wiosny, i – po części – Kukiz'15 oraz Konfederacji). Być może działo się tak dlatego, że nie do końca wiadomo, kim będzie te 30–35 proc. wyborców, którzy jednak udadzą się 26 maja do lokali wyborczych, i nie ma jasności, z jakimi komunikatami się do nich zgłosić. Ale możliwe, że wynika to ze słabości sztabowców, konfliktów partyjnych, niejasnych procedur wewnątrz partii.

Można jednak zaryzykować tezę, że w elekcji europejskiej ostateczny sukces odniosą te partie, które uporządkują na ostatniej prostej swoją kampanię i nadadzą jej spójność oraz utrzymają konsekwencję. To właśnie rozstrzygnie, kto wygra te wybory (PiS lub KE) oraz które „maluchy" przekroczą próg wyborczy (Wiosna, Konfederacja, Kukiz'15).

Autor jest politologiem, dr. hab. ?na Uniwersytecie Śląskim.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA