fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Zabić Boga!

Dzwonnica prawosławnego kościoła Bożego Narodzenia wysadzona przez władze radzieckie. Murom, 1929 r.
Getty Images
W 1923 r. bolszewicki trybunał rewolucyjny osądził Boga. Zwieńczeniem antyreligijnej nagonki stała się „bezbożna pięciolatka", po której Bóg miał zniknąć z powszechnej świadomości. Dlaczego tak się nie stało i jaką rolę odegrał Związek Wojujących Bezbożników?

Pod koniec stycznia 1923 r. mieszkańcy Moskwy byli świadkami niecodziennego wydarzenia. Aktu tak bezprecedensowego, że wstrząsnął całym ZSRR, który dopiero co przeżył okrucieństwa wojny domowej. Doszło do sądu nad Bogiem, zresztą na podobny eksces zanosiło się od dawna.

Już w 1918 r. Włodzimierz Lenin jednym z pierwszych dekretów oddzielił Kościół od państwa, czym zainicjował pierwszą falę antyreligijnej nagonki. Po umocnieniu władzy w 1922 r. jego współpracownik Nikołaj Bucharin postawił na porządku dnia kolejne zadanie: „wysiedlenie bogów ze świątyń i przenosiny do piwnic historii". Ludowy komisarz (minister) oświaty Anatolij Łunaczarskij miał zorganizować specjalny trybunał, który osądzi bogów, kierując się rewolucyjnym poczuciem sprawiedliwości. I tak się stało rok później, a na miejsce farsy wybrano moskiewski klub garnizonowy.

Sąd nad Bogiem

Rozprawa nosiła znamiona przewodu sądowego, o czym informował wstrząśnięty korespondent gazety „Berliner Tagesblatt" obecny na widowni. Sowiecki rząd uznał, że ma wszelkie pełnomocnictwa do oskarżenia Boga o „przestępstwa przeciwko rodzajowi ludzkiemu" dokonane w skali, która później uzyska prawny status ludobójstwa.

Państwo reprezentował ludowy prokurator, a w imieniu oskarżonego wystąpili dwaj obrońcy. Co prawda z powodu kłopotów z fizyczną materializacją podsądnego jego miejsce zajmował egzemplarz Biblii. Jako świadkowie wystąpili Anatolij Łunaczarski oraz Lew Trocki, zwany „demonem rewolucji". Ostatni, jako zwierzchnik sił zbrojnych, zapewnił propagandową oprawę, którą stanowiło 5 tys. czerwonoarmistów.

Na początku rozprawy oskarżyciel występujący w imieniu „ruskiego ludu" przeczytał obszerną listę win, które zarzucał Bogu. Obrońcy przedstawili kontrargumenty, na czele z „niepoczytalnością oskarżonego, jaka miała być wynikiem odwiecznego szaleństwa". Była to zarazem jedyna przesłanka uznania boskiej niewinności.

Sąd, a dokładniej bezczeszczenie uczuć wierzących, trwał pięć godzin i, jak można było oczekiwać, zakończył się wyrokiem skazującym. Werdykt odczytał Łunaczarski, ogłaszając najwyższy wymiar kary. Rozstrzelanie Boga miało nastąpić następnego poranka. Faktycznie: o świcie pluton czerwonoarmistów skierował lufy karabinów w niebo, oddając kilka salw.

Niemiecki dziennikarz, pozostając pod wrażeniem profanacji, zakończył korespondencję słowami: „naród rosyjski nie wybaczy takiego poniżenia swojej wiary. Nastanie moment, kiedy powstanie i odpowie silnym uderzeniem w pyski czerwonych małp, od którego zadrży cały świat".

Niestety, pomylił się, bo na długie dziesięciolecia nad Rosją zapadła totalitarna noc. Co więcej, propagandowa farsa była sygnałem nasilenia antyreligijnej nagonki. Najważniejszym wnioskiem pseudooskarżyciela była konieczność walki z Bogiem, „obojętnie, czy nazywał się Jehową, Chrystusem, Buddą lub Allahem". Wezwał również do rozwinięcia frontu walk z klerem, bez względu na to, czy są „pastorami, rabinami czy wreszcie patriarchami i papieżami".

Na podobne ekscesy nie trzeba było długo czekać. Ich fala rozlała się po całym ZSRR. Jak donosiły „Izwiestia" z lutego 1923 r., w Baku odbyła się manifestacja robotników żądających „przeprowadzenia sądu nad Mahometem". Z kolei Gubkomy (gubernialne komitety) WKP(b) informowały o serii zebrań aktywu chłopskiego, na których najzwyczajniej przegłosowano, że Boga nie ma. Przyjęto również rezolucje wzywające do rozprawy z religią przy aktywnym udziale GPU (policji politycznej) i prokuratury. Odpowiednie raporty zawierały ocenę ogromnego wpływu światopoglądowego, jaki religia mimo propagandowych wysiłków nadal wywiera na lokalne społeczności.

Moskwa odpowiadała instrukcjami, w których domagała się odciągnięcia młodzieży od religii. Zdaniem żony Lenina, Nadieżdy Krupskiej, „młode pokolenie powinno się uwarzyć w komunistycznym kotle". Rozkazy zawierały scenariusze „czerwonej Paschy i Bożego Narodzenia", które miały utrzymać młodzież z dala od świątyń. Nakazywano, aby udział w liturgii zastąpić ateistycznymi korowodami ciągnącymi przez wsie i miasteczka do klubów na tańce i uświadamiające prelekcje.

Kluby miały być także miejscami inscenizacji na podobieństwo moskiewskiej. W 1925 r. pojawiła się specjalna broszura, która zawierała pokazową rozprawę z udziałem rabina, mułły i popa, choć autorzy gorąco namawiali potencjalnych aktorów, aby dostosowali przebieg do lokalnych warunków wyznaniowych.

A jak wyglądała praktyka? Ulubioną metodą zakłócania mszy było wtargnięcie aktywistów do świątyń, aby opluć ikonostas (ołtarz), z prowokacyjnymi okrzykami: „Niech nas Bóg ukarze!". W obawie przed reakcją wiernych akty profanacji były osłaniane przez funkcjonariuszy Komisji Antyreligijnej GPU.

Dlaczego jednak bolszewicy nie zniszczyli wówczas religii i kościołów za pomocą bezpośrednich represji? Dysponowali przecież policją polityczną i armią.

W cieniu farsy

Nic podobnego, takie wydarzenia miały miejsce. Już podczas wojny domowej lat 1918–1922 bolszewicy wykazali się niebywałym bestialstwem. Przez cztery lata zamordowali ok. 30 tys. duchownych wszystkich wyznań, wśród których przeważali kapłani prawosławni. Obłąkana doktryna marksizmu dostrzegła w nich wrogów klasowych, a religia została ogłoszona „opium dla ludu", jakim kapitalizm zatruwał proletariackie i chłopskie dusze.

Następnie pod pretekstem zbiórki funduszy dla milionów ofiar głodu, który sami wywołali, bolszewicy ograbili kościoły z majątku. Sprofanowali kilkadziesiąt najważniejszych relikwii prawosławia, na czele ze szczątkami Aleksandra Newskiego. W końcu przystąpili do pokazowych procesów wyższego duchowieństwa. W 1923 r. zamordowali metropolitę petersburskiego Beniamina, stawiając przed identycznym „sądem" arcybiskupa Jana Cieplaka. Również on został skazany na śmierć, ale wtedy na pomoc ruszyła Warszawa, grożąc Moskwie nieobliczalnymi konsekwencjami. Swoje zrobił nacisk zachodniej opinii publicznej i arcybiskup został uwolniony. Uwolnienie arcybiskupa było sygnałem konieczności zmiany taktyki, bo cel zniszczenia religii nie uległ zmianie. Zrujnowany ZSRR potrzebował jednak wewnętrznej stabilizacji i uznania międzynarodowego, od których zależała odbudowa gospodarki. Choć represje trwały, schowano je w cień, a ponadto bolszewicy postawili na wewnętrzny rozłam prawosławia.

Za inicjatorów uchodzili Lew Trocki i Feliks Dzierżyński, którzy policyjnymi naciskami znaleźli słabe ogniwo wśród kapłanów. Tak powstała tzw. Żywa Cerkiew, zwana również „cerkwią trockistowską". Jej partyjnym nadzorcą był nie kto inny tylko Łunaczarski. W rozprawie „Komunizm i religia" wyłożył koncepcję bogotwórstwa. Uznał, że Boga stworzyli ludzie, kierując się lękami przed nieznanym. A zatem łatwo im przedstawić inne bóstwo w postaci marksizmu.

Jego myśl starał się realizować prawosławny schizmatyk ojciec Aleksandr Wwiedienski, którego bolszewicy namaścili na głowę Żywej Cerkwi. W 1925 r. odbyła się nawet publiczna dysputa pomiędzy nim i Łunaczarskim, w której lansował koncepcję komunistycznego chrześcijaństwa. Komisarz oświaty zgodził się z koncepcją Chrystusa – pierwszego komunisty – ogłaszając obowiązujący dogmat, że to bolszewizm jest najbliższy Ewangelii.

Tym samym chciał oszukać miliony wiernych. Nie chodziło jednak o osiągnięcie kompromisu państwa z Kościołami, tylko o ich zniszczenie poprzez odebranie wyznawców. Dla przykładu Łunaczarski kierował się poglądem Lenina o przydatności chrześcijańskich związków wyznaniowych, takich jak baptyści czy staroobrzędowcy. W jego opinii każda „radykalna sekta" była rozłamowym wyzwaniem dla prawosławia lub katolicyzmu. Zdanie Lenina podzielał również Trocki, który stworzył Żywą Cerkiew z myślą o efekcie nowej reformacji.

Subtelna, jak na bolszewików, gra z Kościołami skończyła się w 1929 r. za sprawą Stalina, który ogłosił konieczność dokonania „wielkiego przełomu" we wszystkich aspektach życia, a więc radykalnej zmiany społecznej świadomości.

Bezbożna pięciolatka

W 1929 r. Stalin ogłosił bezbożną pięciolatkę. Zgodnie z oficjalnym przekazem „religia należała do reliktów przeszłości, od pokonania których zależała budowa komunistycznego społeczeństwa". Ale w tym samym czasie Stalin podpisał tajny dekret o zniszczeniu religii.

W latach 1932–1933 zaplanowano zamknięcie wszystkich świątyń, bez względu na wyznanie. Kolejny rok został przeznaczony na usunięcie wszelkich odniesień do religii w sztuce i literaturze, a więc w kulturze. W latach 1934–1935 młodzież ZSRR miał ogarnąć antyreligijny zapał, wyrażonym ateistycznym wychowaniem. Kolejne dwa lata poświęcono fizycznej eksterminacji duchowieństwa, tak aby w 1937 r. ogłosić triumfalnie zniknięcie religii ze wszystkich aspektów życia, a imienia Boga z codziennego słownika.

Stalin uzasadnił ostateczną rozprawę z wiarą na konferencji partyjnej 1932 r. Strategicznym celem bezbożnej pięciolatki okazała się likwidacja klasowego społeczeństwa, a zatem eliminacja wszelkich przyczyn jego zróżnicowania. Logiczne, że główny atak przypuszczono na religię i przynależność do Kościołów oraz związków wyznaniowych.

Pierwszoplanową rolę w projekcie odgrywał Związek Wojujących Bezbożników, organizacja powołana do krzewienia ateizmu i walki z religią. Na czele ZWB stał komunista Jemielian Jarosławski (właśc. Gubelman), zapalony grafoman, który przeszedł do historii jako autor „Ateistycznej biblii". Był to stek szyderstw ubrany w formę prymitywnej polemiki z Ewangelią. Próbką wartości niech będzie zdanie o „Bogu, który musiał stworzyć kobietę z żeber Adama z powodu swojej impotencji".

Twórczość Jarosławskiego nadała ton wielomilionowym wydawnictwom antyreligijnym, finansowanym przez państwo. Tytuły „Popi i podpopki" czy „Relikwie" trafiły obowiązkowo do wszystkich bibliotek. O ich wartości literackiej świadczy wycofanie z obiegu w latach 50. XX w. z powodu „znamion jawnej pornografii".

Niemniej oficjalna liczba członków ZWB wynosiła w latach 30. około 5 mln osób z ambitną perspektywą podwojenia. Ilość jaczejek (komórek) szła w dziesiątki tysięcy, gdyż wszystkie biura, fabryki i kołchozy zobowiązano do wspierania związku. ZWB kładł szczególny nacisk na „wychowanie" młodzieży. Celem ataków stała się tradycyjna, a więc religijna, rodzina. Szkolnictwo przeszło zatem od obowiązkowej nauki ateizmu do szczucia na wiarę. Konflikt dzieci z religijnymi rodzicami był uważany za największy sukces edukacyjny. Służyło temu powołanie Związku Junych (młodych) Bezbożników, skupiającego dzieci do 14. roku życia. Kwitło wśród nich donosicielstwo, bo nie jest tajemnicą, że ZWB był konfidencką przybudówką NKWD.

Policja zajadle tropiła niepokornych duchownych, wierzących nauczycieli czy wszelkie ogniska religii. Pogubione dzieciaki karmiono hasłami: „precz z religią" czy „spalić wiarę". Ostatnie traktowano dosłownie, gdy w 1935 r. podczas kampanii walki z Wielkanocą młodzi fanatycy rywalizowali w spaleniu największej ilości ikon.

Gdy wczytać się w dyrektywy ZWB, to jako żywo przypominają kulturalną politykę III Rzeszy. Na indeks wpisano nazwiska twórców uznanych za „religijną zgniliznę", takich jak Dostojewski, Tołstoj, Czajkowski czy Bach.

W tym samym czasie w krwawych żarnach stalinowskich czystek znalazło się ok. 80 tys. duchownych, a liczba wierzących więźniów gułagu szła w miliony. Dość powiedzieć, że w 1938 r. w Moskwie ostały się dwie działające cerkwie. Reszta została zamknięta lub zburzona, co przyniosło miastu niepowetowane straty historycznej substancji. Tak było w całym ZSRR, nie wyłączając Kaukazu. W sowieckiej Azji Środkowej z powodu religijnych prześladowań do Chin uciekł milion islamskich koczowników.

Ale wbrew pozorom bezbożna pięciolatka zakończyła się spektakularną klapą. To fenomen, ponieważ już w 1914 r. Kościół prawosławny znajdował się w wewnętrznym kryzysie. Powszechne skojarzenie z filarem carskiego tronu zniechęcało liczną inteligencję, a także miliony zwykłych poddanych widzących materialny przepych cerkwi. Także bolszewicka farsa przyniosła swoje płody. Jak zapisał jeden z ówczesnych kronikarzy: „nie można nie doceniać sukcesów antyreligijnej propagandy. W latach 20. kościoły utraciły wielu wiernych. Odeszli wszyscy słabi, niepewni lub wyznający wiarę tylko z powodu tradycji".

Tymczasem w 1937 r. odbył się spis powszechny ludności, który miał udowodnić sukces „wielkiego przełomu". Paradoksalnie przyniósł dane świadczące o odrodzeniu wiary. W grupie słabo wykształconej, czyli w przeważającej części sowieckiego społeczeństwa, przywiązanie do wiary zadeklarowało aż 84 proc. Wśród nowej komunistycznej inteligencji udział wierzących wyniósł 45 proc. Nic dziwnego, że Stalin kazał utajnić wyniki i rozstrzelać odpowiedzialnych statystyków. Spis powtórzono w 1940 r. już z „prawidłowymi" informacjami.

Rewolucja październikowa 1917 roku: barykada na placu Arbackim w Moskwie
EAST NEWS

  

  

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA