fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wszystkie fiksacje Kalwasa

Stanisław Strasburger
Rzeczpospolita
Piotr Ibrahim Kalwas wpisuje się w tradycję rzekomych badaczy, którzy tylko udają, że opisują obcy świat. Fałszują fakty, posługują się skrajnymi uproszczeniami i hołdują lękom, które trapią ich czytelników – polemika publicysty.

Z Wikipedii (po drobnych redakcjach): Fiksacja to jeden z mechanizmów obronnych. Polega na kurczowym trzymaniu się wyuczonych struktur myślowych i mechanizmów zachowań, aby uniemożliwić powstanie frustracji, na przykład wobec jakiegoś nowego zdarzenia lub zespołu zdarzeń. Fiksacja daje krótkotrwały zysk psychologiczny w postaci zmniejszenia napięcia związanego z postrzeganym zagrożeniem (prawdziwym lub urojonym), ale utrudnia przystosowanie się do zmienionej sytuacji.

Nie jestem psychologiem ani terapeutą. Nie chodzi mi o mętne, amatorskie diagnozy, ale o wydźwięk tekstów. Piotr Ibrahim Kalwas fascynował mnie jako autor mistycznej prozy inspirowanej miejscami, które są nam obu bliskie. Coś się jednak niedobrego stało. Od jakiegoś czasu godna podziwu subtelność literacka jest na usługach poślednich reportaży.

Chociaż nie przepadam za chronologią, dla porządku zacznę po kolei. „Mamy w Koranie tzw. wersety miecza albo takie, które mówią o biciu kobiet czy obcinaniu rąk" - twierdzi Kalwas w ostatniej rozmowie z „Gazetą Wyborczą". Podobne wypowiedzi znaleźć można zresztą na kartach jego najnowszej książki „Egipt: haram halal". Oczywiście, krwawe kawałki są też w Starym Testamencie. Ale, ciągnie Kalwas, „czy Żydzi albo chrześcijanie stosowali w praktyce te brutalne kary? OK, może i stosowali tysiąc lat temu, ale przecież nie przenieśli tego w dzisiejsze czasy!" W innych miejscach pada porównanie do inkwizycji.

Co autor ma na myśli? O ile dobrze rozumiem, islam, w tym muzułmańska „święta" księga i interpretacje, jakie propagują duchowni tej religii, miałyby stanowić podstawę do stosowania przemocy na skalę nie spotykaną u nas od 1000 lat (lub od okresu inkwizycji).

Kto by liczył lata

Zacznijmy od drobiazgu: tysiąc lat temu inkwizycja nie istniała. Powstała, jak się przyjmuje, w XIII wieku. Zanim na dobre rozpoczęła dzieło zniszczenia, minęło kolejne kilkadziesiąt lat, a tak zwane palenie czarownic odbywało się jeszcze w XVII wieku. Ale kto by liczył lata? Kilkaset w jedną czy drugą stronę nie robi różnicy, a okrągły tysiąc lepiej wygląda w gazecie niż jakieś 784 (dla przypomnienia: w 1231 roku papież powołał Konrada z Magdeburga na inkwizytora Niemiec).

Żarty żartami, ale czy rzeczywiście „Żydzi albo chrześcijanie" nie „przenosili" brutalności w dzisiejsze czasy? Nie wiem dokładnie, co uchodzi za „dzisiejsze czasy", ale weźmy drugą wojnę światową. W 1941 roku papież Pius XII wyświęcił Lorenza Jaegera na arcybiskupa niemieckiego Paderborn. Rok później, kiedy naziści zbliżali się do Morza Kaspijskiego, biskup zwrócił się do swoich wiernych w wielkopostnym liście pasterskim. Padły następujące słowa: „Czy ten biedny, nieszczęśliwy kraj [ZSRR] nie jest przypadkiem przytułkiem dla ludzi, którzy przez swoje odrzucenie Boga i nienawiść do Chrystusa stali się niemal zwierzętami? (...) Dlaczego? Bo tam [w ZSRR] porządek życia ludzkiego nie opiera się na (nauce) Chrystusa tylko na (nauce) Judasza." Do czego namawiał biskup żołnierzy walczących na froncie wschodnim, czyli w ZSRR i w Polsce? Do „bezwarunkowego wypełniania powierzonych [przez zwierzchników] zadań" oraz „wierności aż do śmierci".

Nikomu w Polsce nie trzeba tłumaczyć, jak to się przekładało na praktykę niemieckiego okupanta. Zatem, wracając do Kalwasa, okazuje się, że także owi „chrześcijanie" w całkiem „dzisiejszych" czasach odwoływali się do religii, zachęcając do najgorszych zbrodni.

Wątpliwe pożytki z kolonializmu Kolejne nieporozumienie dotyczące historii wiąże się z kolonializmem. Kalwas mówi „To smutny paradoks: im więcej wpływów kolonialnych w krajach arabskich, tym bardziej społeczeństwo otwarte i większe szanse przynajmniej na podstawy demokracji. Tunezja, tak jak i Turcja przeszły wieloletnie procesy sekularyzacyjne. Te procesy, mimo iż niekiedy dramatyczne i brutalne, otworzyły społeczeństwa obu tych krajów na zachodnią, racjonalną myśl o wiele bardziej niż społeczeństwa innych krajów arabskich, gdzie wpływy zachodnie były słabsze".

Znów mały drobiazg: Turcja nigdy kolonią nie była. Nie jest też krajem arabskim. Co do Tunezji, Francuzi okupowali ją przez 75 lat. Aby nie szukać daleko, sąsiednia Algieria, była kolonią prawie dwa razy dłużej (132 lata). Z tego by wynikało, że to w Algierii mamy znacznie większe niż w Tunezji „szanse na podstawy demokracji".

Choć liczby mówią same za siebie, to twierdzenie o „otwieraniu się" na zachodnią myśl podczas kolonizacji ma jeszcze inny wymiar. W moim przekonaniu jest niedopuszczalnym upraszczaniem wydarzeń historycznych i zakrawa na arogancję. Odwołam się znów do przykładu z okresu drugiej wojny światowej.

Współpracując z Centrum Dokumentacji Nazizmu Miasta Kolonia przez wiele lat pomagałem zbierać i archiwizować wspomnienia byłych robotników przymusowych z Polski oraz dawnego ZSRR. Ludzie z łapanek trafiali do kolońskich zakładów przemysłowych, ale także do warsztatów rzemieślniczych, a nawet podmiejskich gospodarstw rolnych. Po ponad sześćdziesięciu latach z trudem opowiadali o znojach kilkunastogodzinnej pracy, o chronicznym niedożywieniu, szykanach a nawet biciu. Chętnie natomiast wspominali, że raz na pół roku zabierano ich na wycieczkę, na przykład do kolońskiej katedry.

Zapewne pochodząca spod Rawicza rodzina (jedna z tych, z którymi rozmawiałem) nigdy by inaczej nie obejrzała jednego z najwspanialszych zabytków (neo-)gotyckiej architektury. Ale czy twierdzenie, że faszystowski okupant szerzył cywilizację i propagował kulturę wśród mieszkańców polskiej prowincji nie jest wywracaniem rzeczywistości do góry nogami? Idąc tym tropem musielibyśmy uznać, że roboty przymusowe służyły podnoszeniu poziomu cywilizacyjnego Polaków.

Niezależnie od tych porównań, może warto przypomnieć, jak wyglądało „otwieranie" kolonizowanych społeczeństw na „zachodnią, racjonalną myśl". W Algierii francuski okupant prowadził w całkiem dzisiejszych czasach ośmioletnią wojnę (1954-62). Jak wiemy, Paryż to kolebka oświecenia. Tyle że akurat w Algierii owo „oświecenie" przyjęło inne oblicze. Specyficzna francuska doktryna wojny asymetrycznej spowodowała, że miliony ludzi zostały „karnie" przesiedlone, zamordowano tysiące niewinnych osób, torturowano więźniów i systematycznie stosowano przemoc seksualną wobec kobiet. Czy to przykład racjonalizmu i promocji społeczeństwa otwartego wśród mieszkańców Magrebu? Chyba że mówimy o oświeceniu w wersji Robespierra...

Częścią polityczno-wojskowej taktyki okupantów, stosowanej zresztą nie tylko w Algierii, była eksterminacja członków umiarkowanej opozycji. Tworzono i wspierano także lokalne ruchy paramilitarne mające za zadanie destabilizować działania państwowotwórcze, siejąc terror i anarchię. W ten sposób francuski okupant celowo radykalizował przeciwników politycznych oraz demoralizował wspólnoty lokalne. Skutki takich działań sięgają wielu pokoleń. Mówiąc wprost, mordując umiarkowane elity polityczne, pozostawiano kraj w rękach „brodatych demonów", o których tak chętnie mówi Kalwasa. Tylko nie zapominajmy, że to demony z premedytacją wyhodowane przez nasz „racjonalizm".

Nieistotne fakty Przechodząc do czasów współczesnych, autor „Egipt: haram halal" z zadziwiającą lekkością potrafi w kilku słowach wyjaśnić trapiące kraje arabskie bolączki. Oto jedna z diagnoz: „ruchy dżihadystyczne to nic innego jak krzyk przerażonych, zacofanych ludzi, którzy nie wiedzą, co zrobić z napierającą nowoczesnością. To dlatego dżihadyści tak mocno atakują w Tunezji, bo to liberalizujący się kraj - przeraża ich, że ktoś się wyrwał z przeklętego kręgu tradycjonalizmu".

Znów mniejsza o drobiazgi: „dżihadyści" aktualnie „mocno" atakują w Iraku i Syrii, fatalnie jest też w Libii. Na tym tle Tunezja to sprawnie funkcjonujący, bezpieczny kraj. Czy raczej należy rozumieć, że mamy do czynienia z reportażem literackim? To w Polsce modny gatunek: tekst ma się dobrze czytać i jeszcze lepiej sprzedawać, fakty nie są aż tak bardzo istotne...

A jednak, zastanawiam się, skąd autor wie, że w Rakkce czy na obrzeżach Aleppo, gdzie panoszy się obecnie tak zwane Państwo Islamskie, żyją „zacofani ludzie", przerażeni nowoczesnością? Wiele czasu spędziłem w północnej Syrii, i to niedługo przed wybuchem wojny domowej. Przerażenia tam raczej nie widziałem. Byłem natomiast świadkiem biedy i przede wszystkim głęboko zakorzenionego poczucia, że jest się peryferią świata, cudzym igrzyskiem, w którym los już nie tylko pojedynczego człowieka, ale całych społeczeństw, w ogóle się nie liczy.

Na terenach istnienia tak zwanego PI są ludzie, którzy kompletnie stracili nadzieję na poprawę warunków życia. Pójdą za każdym, kto da im czy rodzinie kilka groszy za jakąkolwiek pracę, choćby to było zabijanie innych. Jeśli mówimy o krzyku, to jest to krzyk ludzi wykluczonych. To rozpacz, że nigdy, ani ja ani moja żona czy dzieci, pracując choćby na okrągło dzień i noc, nie staniemy się częścią nowoczesności i dobrobytu. Krzyk tych ludzi, to bezsilność wobec wielkiej, żelaznej kurtyny między światem ubóstwa i poniżenia, a światem dostatku. Europejska poprzedniczka tej kurtyny jawi się przy niej niczym zwiewna, muślinowa firanka.

Wina islamu

Wychodząc poza akrybię błędów rzeczowych i manipulacyjnych przeinaczeń, z tekstów Kalwasa wyczytuję zadziwiającą wizję rzeczywistości. To następujący, biało-czarno obraz: Po jednej stronie jest niby nasz świat, którego „siłą napędową" jest kapitalizm, utożsamiany z postępem i nowoczesnością. Kapitalizm idzie w parze z liberalizmem i tolerancją. Ich pochodną jest na przykład zaufanie do państwa, które skutecznie redystrybuuje powierzony mu majątek obywateli (podatki), inwestując je w służbę zdrowia czy opiekę społeczną. Po drugiej stronie jest zacofanie, zabobon, klientelizm, skłonność do przemocy, a co za tym idzie podatność, a nawet konieczność rządów „silnej ręki", jak to mówi jeden z bohaterów Kalwasa – „bat czyli karabin".

Doprawdy, czy aktualnie panuje w Europie takie zaufanie do kapitalizmu? Czy możemy się szczycić nieskazitelną tolerancją naszych społeczeństw? A nasze systemy opieki społecznej, czy nie są przypadkiem niewydolnymi molochami na skraju bankructwa? Co z naszym narzekaniem na fatalną polską służbą zdrowia – czy kiedy mówimy o Egipcie, to raptem nasza opieka zdrowotna pretenduje do światowego ideału?

Kwestia systemów opieki społecznej ma jeszcze aspekt czysto ludzki. Znam wiele osób, zarówno z Europy jak i z Bliskiego Wschodu, które zdają sobie takie pytanie: czy lepiej jest być przysłowiowym „niemieckim emerytem", który może podróżować po całym świecie, ale nie mieć do kogo otworzyć buzi (chyba, że jest to opłacona pielęgniarka z byłej Jugosławii lub Ukrainy), czy może lepiej być co prawda zdanym na finansową pomoc dzieci, ale również na starość być w centrum życia, otoczonym wielopokoleniową rodziną?

W swoich diagnozach Kalwas idzie dalej. Podstawową przyczyną tamtejszego fatalnego stanu rzeczy miałby być islam. Czym jednak jest ów islam, o którym mówi? Oto czytamy, że „pogodzić islam z demokracją, to tak, jakby próbować pogodzić z nią faszyzm czy komunizm". Nie rozumiem: faszyzm jest systemem politycznym, którego cechy są sprzeczne z innym systemem – demokracją. Islam nie jest żadnym systemem, a już z pewnością nie politycznym. Z Koranu, tak samo jak z Biblii, nie wynika jakakolwiek forma państwowości. Przykład arcybiskupa Jaegera ale i księdza Karola Lamperta, zamordowanego przez hitlerowców za sprzeciw wobec nazizmu, pokazują, że ten sam „święty" tekst jest motywacją do krańcowo różnych zachowań. Z Koranem jest identycznie. Nie o teksty, i nie o religie tu zatem chodzi.

Nota bene, zastanawiam się dlaczego za autorytet w sprawach religijnych uchodzi ktoś, kto deklaruje, że stara się „nawet nie używać terminu „islam"", co więcej, słowo „Bóg", to dla niego „tylko litery". Czy osoba nazywająca siebie katolikiem i mówiąca podobne rzeczy bez zastrzeżeń uchodziłaby za autorytet co do chrześcijaństwa oraz jego stosunku wobec państwa i społeczeństwa?

Jak jest naprawdę

Kwestia „autorytetu" Kalwasa jako insidera, czyli muzułmanina żyjącego w Egipcie, warta jest uwagi także z innych powodów. Narrator jego ostatniej książki, podobnie niestety jak sam autor w wypowiedziach dla prasy, idealnie wpisuje się w rolę orientalisty, którą piętnował Edward Said. Ten sławny, palestyńsko-amerykański badacz pokazywał długi ciąg tradycji europejskiego piśmiennictwa, w którym podróżny bądź emigrant wyjeżdżał do Syrii, Egiptu czy innego arabskiego kraju i rzekomo opisywał, co tam widzi. Jak trafnie pokazuje Said, obecność na miejscu, przejęcie części zwyczajów czy religii, nie stanowi gwarancji, że przekaz będzie prawdziwy.

Said pisze, że konieczna jest duża ostrożność. Taki rzekomo insiderski opis jest bowiem „uzyskany za pomocą jednostronnej wymiany: on [pisarz] zaobserwował to, co oni mówili i jak się zachowywali. Miał moc, aby żyć wśród nich jak ziomek, a równocześnie jako potajemny kronikarz (...). Jego tożsamość jako fałszywego wiernego i uprzywilejowanego Eurpejczyka jest samą istotą złej wiary, ponieważ ta druga w oczywisty sposób zaprzecza tej pierwszej". Refleksje Saida odnoszą się do Brytyjczyka Edwarda Williama Lane, pisarza ale także tłumacza i jednocześnie cenzora tak zwanej „Księgi tysiąca i jednej nocy". Lane nie był muzułmaninem jak Kalwas, ale komentarz Saida doskonale oddaje charakter narracji obu panów. U jej podstawy leży zakłamanie, a jej prawdziwe cele są inne, niż czytelnik by się spodziewał. W wypadku Lana to służba imperium, które z pozycji metropolii podejmuje decyzje o losie peryferii (czyli kolonii), mając na względzie swój własny, polityczno-gospodarczy interes.

Dziś mało kto pamięta wywody E. W. Lane. Ale przekładając analizę Saida na aktualne wydarzenia można posłużyć się następującym porównaniem: co do uchodźców z Syrii czy Turcji wielu z nas gotowych jest iść w zaparte i twierdzić, że mieszkając nawet w trzecim pokoleniu w Europie nie mają pojęcia, jaki jest nasz świat, odrzucają go, bojkotują i żyją wbrew. A jak jest odwrotnie? Narrator Kalwasa przybył do Egiptu całkiem niedawno, podobnie zresztą jak i sam autor. Pisząc reportaże w pierwszej osobie i nie używając pseudonimu, zezwala nam na utożsamianie siebie z opowiadającym. Dlaczego więc taki autor-narrator, „świeży" emigrant, miałby być autorytetem w kwestii „najbardziej skrywanych tajemnic" życia społecznego i religijnego obcego kraju?

Współcześnie nie istnieją imperia kolonialne w XIX-wiecznym stylu. Jednak globalne ambicje polityczno-gospodarcze nie zmieniły się aż tak wiele. Sposób ich realizacji jest być może nieco bardziej zawoalowany. Wbrew pozorom intelektualiści mają w tych sprawach ważną rolę do odegrania. Pokazuje to choćby ostry spór wspomnianego Saida z Fouadem Ajami dotyczący między innymi poparcia tego ostatniego dla interwencji prezydenta Busha w Iraku.

Niestety, Kalwas wpisuje się w tradycję rzekomych badaczy, którzy tylko udają, że opisują obcy świat. Fałszują fakty, posługują się skrajnymi uproszczeniami i hołdują lękom, które trapią ich czytelników. Kurczowe trzymanie się dychotomicznej wizji rzeczywistości, w której my jesteśmy dobrzy (bo mamy liberalny kapitalizm) a oni są źli (bo w gruncie rzeczy wszyscy to fundamentaliści) przywodzi na myśl psychologiczne mechanizmy obronne. Czy autor wierzy, że jako czytelnicy potrzebujemy tego rodzaju fiksacji? Czy tanim kosztem chce, abyśmy poczuli się lepiej wobec postrzeganego zagrożenia (w tym wypadku głównie urojonego)? Niestety, tym samym próbuje uniemożliwić nam zrozumienie, jak jest naprawdę. Panie Piotrze, khalas!

Autor jest pisarzem i menedżerem kultury. Zajmuje się zagadnieniami wielokulturowości, migracji i pamięci zbiorowej. Jest autorem dwóch książek – „Opętanie. Liban" oraz „Handlarz wspomnień"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA