Publicystyka

Czepiel: Zabijanie niezależnych opinii

Fotorzepa, Robert Gardziński
Referendum to nie proste opowiedzenie się: PiS lub anty-PiS. Nijak nie mieści się w polaryzacyjnej narracji, co nie pasuje ani opozycji, ani koalicji – pisze politolog.

25 lipca Senat odrzucił wniosek o rozpisanie w stulecie niepodległości referendum poruszającego różne zagadnienia konstytucyjne. Odkąd w maju 2017 r. prezydent Andrzej Duda zaproponował to referendum, po stronie opozycyjnej dominowały prześmiewcze komentarze, a po stronie koalicyjnej – uniki. Osoba, która popierała referendum, mogła liczyć na uśmiech politowania oraz próby uciszania, a nie na poważne traktowanie i zrozumienie.

Referendalna alergia – zarówno opozycji, jak i koalicji – bywa często komentowana jako niezbity dowód na głupotę tego pomysłu: stronniczość pytań oraz widmo niskiej frekwencji miały świadczyć o porażce PR-owego triku Dudy, chcącego dzięki referendum pokazać się jako niezależny od Jarosława Kaczyńskiego mąż stanu. Stawiam jednak tezę, że cała ta opozycyjno-koalicyjna niechęć wobec pomysłu referendum leży głębiej. Fakt, że opozycja i koalicja razem miotają się między najróżniejszymi, czasem nawet sprzecznymi argumentami przeciw referendum, pokazuje, że tak naprawdę w obu środowiskach ujawnia się paniczny, atawistyczny wręcz lęk przed demokracją bezpośrednią rozumianą na sposób szwajcarski: demokracją, w której każdy obywatel na podstawie swojego spojrzenia, łączącego troskę o dobro indywidualne z troską o dobro wspólne, decyduje o konkretnych sprawach. Ten lęk jest tym bardziej widoczny, że krytyczne słowa nie dotyczyły jedynie samego prezydenta Dudy. Miewały one wydźwięk jawnie antypartycypacyjny, jak np. „obywatel powinien jedynie zatwierdzać gotową konstytucję”.

Dużo bezpieczniej przecież dać obywatelom listek figowy w postaci możliwości decydowania jedynie w takich sprawach jak akcesja do UE. W przeciwnym razie, gdyby na wzór Szwajcarii, w której obywatele decydują m.in. o tym, czy wpisać do konstytucji hasło gospodarki opartej na ekologii i walce z globalnym ociepleniem (odrzucono w 2016 r.), dać polskim obywatelom prawo głosowania o konkretach, upadłyby cenne dla „zawodowych polityków” populistyczne i etatystyczne pomysły. Na przykład takie jak zaakceptowany w 2013 r. głosami zarówno koalicji PO-PSL, jak i opozycyjnego PiS projekt „Przedszkole za złotówkę”, który miał ładną nazwę, ale budził szerokie protesty rodziców i nauczycieli. Jego efektem było bowiem zakazanie prowadzenia w przedszkolach odpłatnych (za ok. 20 zł miesięcznie od dziecka) profesjonalnych zajęć dodatkowych, np. z rytmiki czy angielskiego.

Żeby było jasne, nie sądzę, by prezydent Duda i wcześniej prezydent Bronisław Komorowski chcieli swoimi referendami intencjonalnie wprowadzać demokrację partycypacyjną na wzór Szwajcarii. Zgadzam się, że referenda te były po prostu obliczone na osiągnięcie partykularnego celu w postaci wzrostu notowań w sondażach. Dostrzegam też ułomność pytań zaproponowanych przez Dudę, jak np. pisowską stronniczość widoczną w pytaniu o zapisanie 500+ i obniżonego wieku emerytalnego w konstytucji. Niemniej jednak pytania Komorowskiego i Dudy poprzez ich konkretny charakter były krokiem w stronę wprowadzenia w Polsce normalnej demokracji. Takiej, w której obywatele głosują nie tylko od wielkiego dzwonu, kiedy np. trzeba wejść do UE, ale po prostu decydują o sprawach mających wpływ na ich codzienne życie.

Sprzeczne argumenty

Demokracja bezpośrednia jest w oczach zarówno narodowej prawicy, jak i socjaldemokratyczno-liberalnej opozycji zbyt wielką swawolą, która, świadomie lub nie, nie mieści się w ich wyobrażeniach na temat polityki. Źródłem antyreferendalnych argumentów jest obawa przed przekształcaniem systemu w taki, który oddaje głos subiektywnej decyzji obywatela. Najbardziej znamiennym tego wyrazem tego było to, że przeciwko referendum opowiedzieli się nawet politycy Zjednoczonej Prawicy, wyłamując się z lojalności wobec wywodzącego się z och obozu prezydenta. Tak jakby przeczuwali, że to byłby krok ku „zbyt swobodnej” Szwajcarii.

Na prawicy słuchać mieszaninę argumentów, która kryje prosty przekaz: oj, Duda coś proponuje, ale my nie pozwolimy wam, obywatele, decydować. Paweł Lisicki pisał w „Do Rzeczy” (25/2018), że referendum to „recepta na porażkę”. „Dlaczego prezydent aż tak bardzo upiera się przy tym pomyśle?” – pytał z rozżaleniem. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki posunął się do absurdalnego stwierdzenia, że „to nie jest dobry pomysł, żeby w dniu święta narodowego urządzać referendum”. Senatorowie PiS, m.in. Jerzy Czerwiński, wskazywali na trudności proceduralne: „I w wyborach samorządowych, i w referendum, będą się nakładać czas powołania komisji obwodowych i czas ich współistnienia”; „Proszę państwa, format A2 to są cztery zwykłe kartki. Jak państwo wyobrażają sobie konieczny, ze względu na postanowienia ustawy, wyrób nakładek brajlowskich na taką kartę A2?”. W 2017 r. Marzena Michałek, wiceminister edukacji w rządzie PiS, wyrażała sprzeciw wobec referendum w sprawie likwidacji gimnazjów, stosując metodę obłaskawiania inicjatorów wniosku zapewnieniami o szacunku. Tak samo w 2013 r. zrobił Donald Tusk podczas debaty o referendum w sprawie obowiązku szkolnego sześciolatków…

Bardziej intensywna krytyka referendum Dudy miała oczywiście miejsce po stronie opozycyjnej (poza klubem Kukiz’15). Zresztą podobna krytyka miała miejsce już wcześniej. Jako przykład można przytoczyć wypowiedź Katarzyny Lubnauer z Nowoczesnej. W radiu RMF FM w październiku 2016 r. o zaproponowanym przez SLD referendum w sprawie aborcji mówiła ona, że „takie referendum to nie jest dobry pomysł, bo to są pytania z pogranicza etyki i medycyny” – a więc został tu użyty argument „obywatel się nie zna”. O referendum prezydenckim Lubnauer powiedziała zaś w kwietniu br.: „nie wyciągnął wniosków z referendum Bronisława Komorowskiego” – innymi słowy: obecny prezydent niestety nie uznał, że nie należy zadawać pytań obywatelom, bo to zbyt kosztowne, a frekwencja może być niska.

Chwytanie się każdego argumentu przeciwko referendum widać też w liberalnej publicystyce: w „Tygodniku Powszechnym” (26/2018) Pawłowi Bravo pomysł referendum konsultacyjnego jawi się jako zły i śmieszny zarazem już z samego tylko powodu, że nie odbywa się ono w „przewidzianym w konstytucji trybie” zmiany ustawy zasadniczej, kiedy to „obywatele zatwierdzają przegłosowany przez Sejm i Senat tekst”. Jednocześnie pod koniec felietonu pada też inny – wygłaszany również przez Lubnauer – argument: w sytuacji, kiedy prezydent łamie konstytucję, ograniczając niezależność sądów, „jedyną sensowną odpowiedzią będzie bezsilny bojkot referendum”.

Owszem, ten częsty argument, że obywatele powinni zbojkotować referendum w geście sprzeciwu wobec łamania przez prezydenta Dudę zapisów konstytucji o niezawisłości sądów, był całkiem sensowny. Sensowność tego argumentu polega na tym, że referendum jest tu nadal traktowane przez stronę liberalną jako zasługująca na uznanie okazja do wypowiedzenia się obywateli w ramach demokracji bezpośredniej. Po prostu w tym przypadku wypowiedzią obywateli nie byłoby pójście do urn, lecz absencja na znak protestu przeciwko działaniom prezydenta Dudy. Choć i ten argument nie jest do końca przekonujący: przecież właśnie odpowiadając na referendalne pytania, obywatele o opozycyjnych poglądach mogliby konkretniej zademonstrować swój sprzeciw wobec pomysłów PiS!

O co tu więc chodzi? Zwróćmy uwagę, że apele o ten partycypacyjny gest, jakim byłby bojkot referendum, podlane były sosem wypowiedzi antypartycypacyjnych: „referendum to kosztowny sondaż”, „w prawie nie ma referendum konsultacyjnego ws. konstytucji”, „obywatel się nie zna”. Zwróćmy uwagę, że te akurat argumenty są krytyką samej idei oddawania głosu obywatelom i nie stanowią merytorycznej krytyki treści pytań, jakie chciał zadać Andrzej Duda. Ten „antypartycypacyjny sos” sprawia, że na pozór sensowny apel opozycji o bojkot referendum jawi się po prostu jako kolejny wyraz chęci zakazania obywatelom sprawczości; jako wyraz tego, że demokracja bezpośrednia niestety nie mieści się w wizji wolności i demokracji, jakich chce bronić opozycja.

Groźna jaskółka

Zarówno prawica, która powinna – zgodnie ze swoją narracją – wspierać możliwość wypowiedzenia się „suwerena”, jak i liberałowie, którzy wieszczą konieczność bronienia demokracji i wolności obywatelskich przed PiS, powinni wspierać referendum właśnie dlatego, że realizuje ono deklarowane przez nich cele. W obu przypadkach obywatele zyskaliby wolność wypowiedzenia się za lub przeciw pomysłom władzy (ja chętnie zagłosowałabym przeciwko ryzykownemu dla podatników zapisywaniu świadczeń socjalnych w konstytucji). Dlaczego więc zamiast wspierać referendum, chwytają się każdego możliwego argumentu, aby odgonić jakąkolwiek jaskółkę referendalnego systemu politycznego?

Myślę, że opór wobec demokracji bezpośredniej wypływa z tego samego źródła, co antyindywidualistyczna krytyka „symetryzmu”, o którym pisałam w „Rzeczpospolitej” rok temu. Oto przewidywalną, opartą na „mówieniu, jak się mówi”, lecz także na swój sposób przyjemną i ciepłą jedność opozycji czy też środowiska prawicy psuje „symetryzm”, czyli samodzielne analiza dokonywana sprawy przez obywatela, która prowadzi go do wniosku, że niektóre rozwiązania danego ugrupowania są dobre, a niektóre złe. To właśnie korzystając z demokracji bezpośredniej, obywatel może się w ten sposób rozochocić.

Pytań w referendum prezydenta było dziesięć. Zaraz, zaraz… A co jeśli ktoś zagłosuje za zwiększeniem suwerenności Polski w UE, ale przeciw gwarantowaniu niskiego wieku emerytalnego w konstytucji? Referendum to nie jest proste opowiedzenie się: PiS lub anty-PiS. Nijak nie mieści się w polaryzacyjnej narracji. Obywatel jest tu zbyt swobodny. I właśnie ta „nadmierna” swoboda i indywidualizm wykraczają poza slogan wolności jednostki, zapisany na sztandarach liberalnej opozycji, i poza slogan podmiotowości polskich rodzin, widoczny na sztandarach prawicy.

Ten zgodny lęk przed „rozochoconymi” obywatelami, który powoduje reakcję obronną dzisiejszej opozycji i koalicji, nie jest w Polsce niczym nowym. Bodaj pierwszym przykładem obawy przed nieprzewidywalnym obywatelem, wyrażającym się w próbie zapobieżenia referendom za pomocą rozmaitych, nawet sprzecznych argumentów, jest opublikowany w 1991 r. w „Tygodniku Powszechnym” tekst ks. Józefa Tischnera pt. „Ludzie z mrokiem w sercu”. Znamienne, że ideologiczna proweniencja autora symbolizuje dzisiejszą ponadpartyjną zgodę, że referendum jest czymś niedopuszczalnym: Tischner sympatyzował z liberałami, lecz był przy tym konserwatywnie antyromantyczny i zapewne należałby dziś do przeciwników adhortacji Franciszka „Amoris laetitia”. Autor kluczy między różnymi argumentami, od zbyt wielkiej tragiczności, kiedy obywatel będzie musiał głosować w sprawach dotykających go personalnie, po za małą mądrość w porównaniu z Sejmem „wychowującym naród poprzez prawa”. Jednak na podstawie innych tekstów Tischnera można stwierdzić, że jego sprzeciw wobec referendum był tak naprawdę spowodowany właśnie nieufnością wobec rzekomo nadmiernej swobody – wręcz swawoli – obywatela, jaką dawałoby referendum. W eseju „Znicestwienie Polski” Tischner krytykuje zasadę „miej serce i patrzaj w serce” i wyśmiewa się z tego, że obywatele „sami – patrząc w serce – wiedzą, kogo głaskać, a kogo bić”.

Trudno nie pomyśleć właśnie o Polsce, kiedy czyta się zdanie, jakie w „O rewolucji” napisała Hannah Arendt, która wielokrotnie definiowała politykę właśnie jako spontaniczne, nieprzewidywalne działania obywateli: „Opinia publiczna, przez samą swoją cechę jednomyślności, prowokuje zaistnienie jednomyślnej opozycji wobec opinii publicznej, i dlatego wszędzie zabija jakiekolwiek prawdziwe opinie”. Widoczna w polskiej debacie alergia zarówno na referenda o konkretach, jak i na myślenie szczere, bezkompromisowe, zniuansowane („symetrystyczne”), jest właśnie takim „zabijaniem prawdziwych opinii”. Opozycja i rządzący doskonale czują, że debatujący obywatele, wybierający z politycznej karty dań różnorakie pomysły – raz bon edukacyjny, a raz bezwarunkowy dochód podstawowy – byliby niebezpieczni, niszczyliby ustalony podział ról. Jak mawiała Arendt, „myślenie jest niebezpieczne”.

Jako liberałce jest mi szkoda, że 25 lipca liberałowie nie wyszli na ulice protestować nie tylko przeciw upolitycznianiu Sądu Najwyższego, ale także przeciw upadkowi pomysłu referendum, w którym obywatel mógłby się w swojej wolności i indywidualności wypowiedzieć (np. przeciw etatyzmowi PiS). Mimo krytycyzmu wobec PiS nie potrafiłabym traktować protestów liberałów jako całkowicie swojego miejsca, ponieważ widzę u nich koszmarną tendencję do definiowania jako demokracji (tj. uczestnictwa politycznego!) i liberalizmu (tj. wolności jednostki, w tym politycznej!) m.in. Unii Europejskiej, ale już nie referendów.

Przez te ostre chaszcze prześwituje jednak promyk nadziei. Oto Lech Wałęsa, reaktywując 23 czerwca w Gdańsku swój Komitet Obywatelski, dał do zrozumienia, że jego wizja obecnej liberalnej opozycji to wizja ludzi walczących m.in. właśnie o referendalną sprawczość, a innymi słowy: Polska będzie dobra wtedy, kiedy oprze się ją na ze wszech miar partycypacyjnym dziedzictwie „Solidarności”. Wałęsa powiedział: „Trzeba wyłapać te błędy, które są podnoszone. I kiedy odzyskamy prawidłowy kurs kraju, trzeba będzie te błędy poprawiać. Do takich wielkich błędów zaliczam to, że daliśmy narodowi prawo do referendum, przy którym ktoś, mądrala, dopisał: »po zgodzie parlamentu«”. Innymi słowy, po uzyskaniu odpowiedniej liczby głosów, np. miliona, referendum byłoby obowiązkowe. Polska stałaby się krajem nieustannego sejmowania wszystkich obywateli.

Wypowiedź ta zapewne wprawiła obecnych w Gdańsku „antyreferendalnych obrońców demokracji” w konsternację. A w moich uszach zdania te przywróciły jakąś sprawiedliwość. Tymi słowami Wałęsa wypowiedział prostą, lecz zarazem często przez polityków zamiataną pod dywan prawdę: sprawczość obywatela w ramach demokracji bezpośredniej powinna leżeć na sercu każdemu, kto jest za liberalizmem i demokracją.

Autorka jest politologiem, filozofką polityki, autorką książki „Szczęśliwy człowiek kontra dobry obywatel? Zmagania z myślą Hanny Arendt” (2018)

 

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL