fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kazimierz M. Ujazdowski: Fałszywy patriotyzm

Fotorzepa, Robert Gardziński
Reputacja Polski padła ofiarą upartyjnienia pamięci - pisze senator KO, były minister kultury.

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji

Debata publiczna w Polsce cierpi na brak głosów wypowiadanych w logice odpowiedzialności państwowej – dotyczy to zarówno ludzi związanych z rządem, jak i opozycją. Dlatego też z dużym zainteresowaniem przeczytałem tekst „Pułapki złej reputacji” („Rzeczpospolita”, 14 lipca). Artykuł zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na jednoznaczną diagnozę radykalnego pogorszenia wizerunku Polski na arenie międzynarodowej, ale także na rekomendacje, które sformułowano w logice interesu publicznego z intencją przełamania złego stanu rzeczy. Właśnie szacunek dla intencji autorów skłania mnie do głosu polemicznego i wskazania na to, co w tekście nie jest obecne, a wydaje się kluczowe dla problemu reputacji Polski. Zabieram głos w tej sprawie również dlatego, że w przeszłości miałem zaszczyt uczestniczyć w budowie podstaw programowych dyplomacji historycznej, a także instytucji, które dobrze służyły promocji Polski.

Instrumentalizacja historii

Tekst „Pułapki złej reputacji” bardzo słusznie zauważa dramatyczne pogorszenie się opinii na temat Polski poza granicami kraju, fundamentalne negatywne znaczenie tego faktu dla naszego bezpieczeństwa, naszej pozycji gospodarczej czy pozycji negocjacyjnej w ramach Unii Europejskiej. Autorzy słusznie piszą o potrzebie konsensusu między opozycją a rządem, jeśli chodzi o dbałość o nasz wizerunek za granicą. Zgadzam się także z poglądem, że wina za ten stan rzeczy nie leży wyłącznie po stronie rządowej. Jestem przeciwnikiem przenoszenia sporów wewnętrznych na arenę międzynarodową, a tym bardziej używania określeń „faszystowski” w odniesieniu do modelu władzy po 2015 r. Jednak zasadnicza odpowiedzialność za regres reputacji spoczywa na PiS, które świadomie zawładnęło sądownictwem wbrew polskiej i europejskiej tradycji ustrojowej.

Autorzy tekstu nie zauważają także kolejnej, poza destrukcją sądownictwa i łamaniem konstytucji, przyczyny pogorszenia polskiej reputacji w postaci instrumentalizacji patriotyzmu i historii na użytek rywalizacji wewnętrznej. Upartyjnienie historii doprowadziło do wstrzymania dyplomacji publicznej i zdolności promocyjnych Polski. Doszło także do zmarnowania dorobku państwowego wypracowanego od czasu centroprawicowej AWS – mimo wzlotów i upadków polskiej polityki pamięci nigdy nie doświadczyła ona tak potężnego zerwania i upartyjnienia jak to, które ma miejsce od 2015 r.

Założenia dyplomacji publicznej

Przypomnieć wypada, że dyplomacja publiczna (jej częścią jest polityka historyczna) tworzona była z powodzeniem od końca lat 90. jako oryginalna polityka publiczna projektowana mocą własnych pomysłów, a nie konieczności zewnętrznych. Jej kluczowym założeniem było promieniowanie polskiej kultury i dziedzictwa historycznego, a przez to wzmacnianie prestiżu i pozycji Polski. Dyplomacja historyczna kontynuowała najlepsze tradycje kreatywnych ośrodków polskiej emigracji. Krąg paryskiej „Kultury” był nastawiony na związanie sprawy niepodległości Polski z prawami narodów ujarzmionych przez ZSRR. Także w kręgach katolików świeckich identyfikowano potrzebę uniwersalizacji przesłania. Kapitalny przykład takiego myślenia dawała doradczyni prymasa Wyszyńskiego Maria Winowska, której korespondencja z Janem Nowakiem Jeziorańskim ukazała się staraniem Ossolineum.

Skuteczna dyplomacja publiczna eksponuje te wątki doświadczenia historycznego, które mają walor uniwersalny i mogą przyciągać uwagę innych narodów. Nie chodzi zatem o ukazanie swojej wyjątkowości i wyższości nad innymi narodami, lecz o jak największe promieniowanie kultury. Stąd wyraźna preferencja dla wolności jako wartości kluczowej w historii Polski, orientacja na obronę praw innych narodów i prezentacja współczesnego sensu idei solidarności. Te same założenia przyświecały ukazywaniu kultury chrześcijańskiej w Polsce i dziedzictwa myśli Jana Pawła II jako czynnika promocji godności i praw osoby ludzkiej.

Zgodnie z postulatami twórców polskiej dyplomacji publicznej od lat 90. jej ważnym elementem musiało stać się dziedzictwo Solidarności – największego ruchu obywatelskiego w dziejach powojennej Europy. Takie cele przyświecały mi, gdy jako minister kultury i dziedzictwa narodowego współtworzyłem Muzeum Historii Polski, Europejskie Centrum Solidarności czy Ośrodek Pamięć i Przyszłość we Wrocławiu. Takie cele przyświecały prof. Bronisławowi Geremkowi i Andrzejowi Zakrzewskiemu, gdy kładli podwaliny pod Instytut Adama Mickiewicza.

Drastyczna zmiana, jaka ma miejsce po 2015 r. polega na poświęceniu polityki historycznej na ołtarzu celów doraźnych. Podstawową intencją rządzących nie jest pozyskanie zainteresowania Polską elit i społeczeństw mających kontakt z naszym krajem, lecz używanie historii do celów walki wewnętrznej. W takiej logice centralne znaczenie nabierają sprawy marginalne z punktu widzenia skutecznej promocji, jak dzieje żołnierzy wyklętych.

Żołnierzom wyklętym należy się pamięć i hołd, ale obóz władzy zafałszował historię, uznając ich los za kluczowy dla sprawy polskiej wolności, spychając w ten sposób pamięć o Armii Krajowej na drugi plan. Podobnie jest z upamiętnianiem mniejszych ruchów opozycyjnych w rodzaju Solidarności Walczącej, a zapominanie o kluczowym w sensie historycznej roli, ponadpartyjnym i uniwersalistycznym dziedzictwie Solidarności. Instrumentalnie traktowana jest Polska Fundacja Narodowa, która mimo ogromnych kwot przeznaczonych na jej działalność z budżetu nie przyniosła ani jednego projektu realnie budującego pozytywny wizerunek naszego kraju.

Strategiczne interesy

Tak błędne ustawienie polityki musiało skutkować zanikiem nowoczesnej dyplomacji publicznej. Smutnym tego dowodem są zmarnowane okazje związane z wielkimi rocznicami w historii Polski, takimi jak 1050-lecie Chrztu Polski, 100-lecie niepodległości, które powinniśmy obchodzić z rozmachem i udziałem partnerów zagranicznych. Warto przypomnieć, że w 2000 r., gdy dopiero powstawały wyspecjalizowane instytucje w tej dziedzinie, rząd AWS potrafił zorganizować w Gnieźnie uroczystości z udziałem premierów państw Grupy Wyszehradzkiej i kanclerza Niemiec oraz przedstawicieli elit kulturalnych naszych sąsiadów. W tym samym roku polska dyplomacja kulturalna święciła sukces podczas Targów Książki we Frankfurcie.

Osobnym problemem jest to, czy można uprawiać skuteczną dyplomację publiczną, używając nader często retoryki antyeuropejskiej i stosując praktykę polityczną sprzeczną z własną wolnościową tradycją ustrojową, która mogłaby być tytułem do „sławy i chwały”. W żadnym razie nie chodzi tu o dyktat poprawności politycznej ani przyjęcie punktu widzenia zwolenników przeniesienia kluczowych kompetencji państwowych na poziom europejski. Po prostu dojrzałe państwa europejskie (silni gracze unijni) opanowały sztukę dbałości o własne interesy przy używaniu języka, który eksponuje wartość współpracy europejskiej. W przeciwieństwie do tego modelu polityki rząd PiS uprawia retorykę antybrukselską na użytek wewnętrzny, odstępując przy tym wielokrotnie od realizacji ważnych interesów wewnątrz UE.

W przypadku Polski używanie retoryki antyunijnej pozostaje w sprzeczności ze strategicznymi interesami naszego państwa, jakimi są zachowanie spójności Europy jako ważnej części świata Zachodu. Piszę o tym nie po to, by idealizować świat polityki europejskiej. Polska musi i będzie musiała konfrontować się z narastającym egoizmem społeczeństw tzw. starej Europy, uprzedzeniami i niesprawiedliwymi opiniami. Jednak odpowiedź na poziomie języka promocji i narracji historycznej musi podtrzymywać naszą odpowiedzialność za Unię Europejską. Powinna ona być formułowana w duchu otwartego patriotyzmu świadomego współodpowiedzialności za wspólnotę europejską. Polska znajdująca się na pierwszym planie sporu symbolicznego z Europą Zachodnią albo biorąca udział w krucjacie przeciw „zgniłemu Zachodowi” to spełnienie celów polityki rosyjskiej.

Moglibyśmy uzyskać wiele przewag jako promotor wolności i europejskiej solidarności, wnosząc jednocześnie własne rozumienie integracji europejskiej i jej chrześcijańskich źródeł. Jeśli praktyka polityczna temu zaprzecza, nie jest możliwa efektywna dyplomacja publiczna, wytwarzanie nowych atutów i pozyskiwanie sojuszników. Dotyczy to także sfery praworządności, w której mogły być dokonane głębokie reformy w ramach cywilizowanych reguł. Wybrano inną drogę, która przynosi szkody zarówno ustrojowe (nie istnieje bowiem sądownictwo pozbawione niezależności i efektywne), jak i wizerunkowe. Polska mająca republikańską tradycję prawną ma szansę na wnoszenie do obiegu europejskiego własnej wrażliwości na prawa człowieka i prawa wspólnot, mamy np. dobrą praktykę respektowania praw mniejszości narodowych. Prymitywne zawładnięcie wymiarem sprawiedliwości radykalnie pogorszyło naszą reputację, unicestwiając właściwie możliwości promocyjne.

Cena błędów

Za niskie notowania na Zachodzie przychodzi nam płacić cenę za naszą wschodnią granicą, co sprawia, że oddalamy się od dziedzictwa Jerzego Giedroycia, który wskazywał na kluczową rolę podmiotowości narodów Europy Wschodniej dla bezpieczeństwa Polski, a także na znaczenie dobrych relacji z tymi państwami. Polska w konflikcie z Zachodem nie jest już wzorem dla sił wolnościowych i prozachodnich na Ukrainie, w Gruzji czy nawet na Białorusi. Trudniej krytykować polityczne decyzje sądów w Mińsku, gdy sądy w Warszawie są pod coraz silniejszym wpływem rządu Prawa i Sprawiedliwości. Jeszcze parę lat temu mogliśmy planować – jako kraj bez obciążeń kolonialnych – działania promocyjne w krajach trzeciego świata. I ta perspektywa wydaje się dziś być zamknięta.

To samo niestety należy powiedzieć o stosunkach polsko-żydowskich. Dialog, który był jedną z bardzo pozytywnych kart III RP, jest przyćmiewany przez wybryki grup w obrębie obozu rządowego – jak w przypadku Telewizji Publicznej, która straszyła, że Rafał Trzaskowski odbierze Polakom 500+, by spłacić Żydom ich roszczenia, albo gdy prawdę historyczną próbowano zadekretować w ustawie, ograniczając przy tym wolność badań naukowych. Nowelizację ustawy o IPN, która skutkowała ogromnymi szkodami wizerunkowymi, forsowano wbrew przestrogom środowisk zaangażowanych w obronę dobrego imienia Polski, wspomnę choćby o stanowisku Stowarzyszenia Patria Nostra mecenasa Lecha Obary. Przez długie lata będziemy odrabiać straty wyrządzone przez tę nieszczęsną inicjatywę.

Pomimo złego ustawienia priorytetów wiele powołanych wcześniej instytucji stara się działać wedle dobrej szkoły dyplomacji historycznej. Spośród instytucji nowych można wymienić Instytut Pileckiego. To niestety jednak coraz rzadziej spotykany przykład – dominuje partyjniactwo i brak kompetencji. Jeszcze raz podkreślę, że zgadzam się z autorami, jeśli chodzi o znaczenie dobrego wizerunku Polski czy o konieczności konsensusu w tej sprawie. Jednakże odpowiedzialność publiczna wymaga w pierwszym rzędzie odstąpienia od praktyk politycznych niszczących wizerunek Polski i uwolnienia polityki historycznej spod nacisku fałszywego patriotyzmu, który nie jest zainteresowany realną podmiotowością Polski i wpływaniem na wspólnotę międzynarodową.

Autor jest senatorem, przewodniczącym Komisji Spraw Emigracji i Polaków mieszkających za granicą. Jako minister kultury uczestniczył w budowie podstaw dyplomacji publicznej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA