fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Wybory w Wielkiej Brytanii: Brexit albo socjalizm

Jeremy Corbyn obiecał, że w razie wygranej laburzystów w ciągu trzech miesięcy renegocjuje umowę rozwodową z Unią
AFP
Wynik czwartkowych wyborów zdecyduje o losie kraju. Nawet 1 procent głosów może przechylić szalę zwycięstwa.

Przez cały dzień kurs funta do dolara lekko słabł: dla wielu ekspertów sygnał, że ryzyko przejęcia władzy przez lidera laburzystów Jeremy'ego Corbyna pozostaje poważne.

Pod koniec listopada YouGov przeprowadził bardzo kompleksowy sondaż, który wskazywał, że torysi mogą liczyć na większość aż 68 mandatów w Izbie Gmin. Ale w środę ankieta przeprowadzona wedle tej samej metodologii wskazywała na już znacznie mniejszą przewagę 28 mandatów.

Dlatego na kilka godzin przed otwarciem lokali wyborczych Boris Johnson objeżdżał kraj, aby przekonać ostatnich wahających się.

– Musimy walczyć o każdy głos. Tylko poparcie torysów zapewni, że kandydat wspierający Hamas, sympatyzujący z IRA, flirtujący z Kremlem nie dojdzie do władzy. Zbudujmy do 2050 r. kraj wolny od emisji dwutlenku węgla, a do Bożego Narodzenia kraj wolny od Corbyna – zagrzewał na stadionie olimpijskim w Londynie lider Partii Konserwatywnej. – Gdy byłem burmistrzem Londynem, pokazałem, że potrafię dotrzymać słowa i zorganizować igrzyska sportowe. To samo będzie z brexitem – dodał, wskazując na pnące się wysoko w górę trybuny.

Ryzyko wysokiej frekwencji

Aby uzyskać większość, torysi potrzebują przynajmniej 320 deputowanych w 650-osobowej Izbie Gmin, bo irlandzka partia secesjonistyczna, która zwykle uzyskuje siedem mandatów, tradycyjnie wstrzymuje się od głosu, uznając, że londyński parlament nie powinien mieć żadnej władzy nad Ulsterem.

Jednak uzyskanie tego magicznego wyniku zależało od wielu czynników.

– Od rana przed lokalami wyborczymi ustawiają się rekordowe kolejki. Wysoka frekwencja sprzyja zaś ugrupowaniom, które wspierają pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii, przede wszystkim Liberalnym Demokratom, ale także laburzystom. Wyborcy, którzy chcą rozwodu z kontynentem, to zwykle buntownicy, którzy i tak już byli zmobilizowani – mówił wczesnym popołudniem „Rzeczpospolitej" Joe Twyman z YouGov.

Z tego powodu o swój los martwił się szef brytyjskiej dyplomacji Dominic Raab, który startował z okręgu Esher i Walton na południowo-zachodnich przedmieściach Londynu, gdzie w referendum w 2016 r. wyborcy masowo odrzucili rozwód z Unią. Tu sondaże dawały bardzo niewielką przewagę torysów nad Liberalnymi Demokratami.

W poprzednich wyborach Theresa May utrzymała na listach konserwatystów całkiem wielu zwolenników integracji, co zwiększało szanse partii w okręgach przeciwnych brexitowi. Ale Johnson postawił wszystko na jedną kartę, przekształcając ugrupowanie w zwartą machinę na rzecz wyprowadzenia kraju z Unii, co bardzo utrudnia zadanie torysom tam, gdzie większość wyborców opowiada się za pozostaniem w zjednoczonej Europie: w stolicy, bogatej części południowo-wschodniej Anglii, Szkocji i Irlandii Północnej.

Ale jednocześnie zagrożeniem dla torysów była Partia Brexitu. Jej lider Nigel Farage co prawda zdecydował się wystawić kandydatów tylko w tych okręgach, których w ostatnich wyborach w 2017 r. nie zdobyli torysi. Przekonywał, że w ten sposób odbierze głosy laburzystom.

Ale analiza YouGov tego nie potwierdza.

– Z naszych szacunków wynika, że gdyby Partia Brexitu w ogóle nie brała udziału w wyborach, torysi mogliby uzyskać dziewięć dodatkowych mandatów – mówi Twyman.

Jego instytut analizy opinii publicznej szacuje także, że przesunięcie preferencji o zaledwie 1 proc. wyborców od konserwatystów do Partii Pracy przełożyłoby się na utratę przez torysów 10 mandatów. Całkiem możliwe, że właśnie tyle wystarczy, aby przechylić szalę zwycięstwa na stronę Corbyna lub Johnsona.

Gdy w lipcu Johnson przejmował stery Partii Konserwatywnej, zagregowana średnia sondaży opracowana przez „Guardiana" dawała torysom ledwie 18 proc. poparcia. Partia wydawała się na skraju załamania, bo w ocenie społeczeństwa nie była w stanie przeprowadzić brexitu, choć to konserwatywny premier David Cameron obiecał, że wynik głosowania będzie obowiązujący. Jednak tuż przed wyborami ten wskaźnik urósł do 43 proc., o 11 pkt procentowych więcej niż poparcie dla laburzystów. Tak się stało, bo Johnson zdołał przekonać wielu wyborców, że autentycznie chce brexitu, a to czynniki od niego niezależne uniemożliwiają jego przeprowadzenie.

Mimo wszystko Johnson, który już o 8.15 zjawił się ze swoim psem Dilynem w punkcie głosowania w Centralnym Zborze Metodystycznym w Westminster, pozostawał wyraźnie ostrożny. Premier ma w pamięci doświadczenie swojej poprzedniczki, która na fali równie dobrych co obecnie sondaży dla torysów rozpisała w 2017 r. przedterminowe wybory, ale straciła dotychczasową większość w parlamencie i musiała rządzić z poparciem Demokratycznej Partii Unionistycznej (DUP) z Ulsteru.

Nacjonalizacja gospodarki

To są dla Wielkiej Brytanii wybory egzystencjalne, tak zasadnicza jest różnica w programach wyborczych obu liderów. Johnson obiecuje, że jeśli zdobędzie większość, doprowadzi do szybkiej ratyfikacji w parlamencie wynegocjowanej w październiku w Brukseli umowy rozwodowej i wyjściu kraju z Unii przed 31 stycznia, kiedy upływa kolejna zwłoka, jaką Londynowi przyznała Unia.

Zwycięstwo laburzystów otwierałoby mniej jasne perspektywy. Corbyn obiecał, że w takim przypadku w ciągu trzech miesięcy renegocjuje umowę rozwodową. Jego celem byłoby pozostanie kraju po brexicie w jednolitym rynku i unii celnej, stosowanie przez niego unijnych norm ochrony środowiska i zabezpieczeń socjalnych. Lider Partii Pracy obiecuje, że to porozumienie podda ponownemu referendum, w którym jedną z opcji byłoby po prostu pozostanie kraju w Unii.

Wysokiej rangi polskie źródła dyplomatyczne ostrzegają jednak „Rz": to jest plan, który z jednej strony nie uzyska akceptacji krajów Unii, z drugiej nie zbierze większości w Izbie Gmin. Wielka Brytania musiałaby wówczas stosować przepisy, na których kształt nie miałaby wpływu.

Ale o ile samodzielna większość torysów wydawała się w czwartek możliwa, o tyle laburzystów raczej nie. Aby utworzyć rząd, lider Partii Pracy musiałby najpewniej wejść w koalicję z Liberalnymi Demokratami i Szkocką Partią Narodową i przynajmniej w części spełnić ich program. Ci pierwsi chcą natychmiastowego zrezygnowania z brexitu, drudzy – organizacji nowego referendum niepodległości w Szkocji.

Corbyn proponuje także bezprecedensowy program nacjonalizacji kluczowych gałęzi przemysłu, rozbudowy wydatków socjalnych państwa, przejęcia 10 proc. akcji przedsiębiorstw i znaczącego podniesienia podatków od zysków firm.

– To jest powrót socjalizmu z minionej epoki. Nie możemy do tego dopuścić – zaklinał w czwartek Johnson.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA