Dzieje najnowsze z białoruskich podręczników do historii wydają się żywcem wyjęte z sowieckich skryptów. W zeszłym roku był pan członkiem delegacji IPN w Mińsku. Jak dziś realizowana jest polsko- -białoruska współpraca historyczna?
Na pewno jest silnie deklarowana wola współpracy historycznej, odnoszącej się przede wszystkim właśnie do dziejów najnowszych. Podczas spotkań zarówno z przedstawicielami białoruskiej akademii nauk, jak i reprezentantami różnych uczelni była zgoda co do tego, że taka współpraca powinna się odbywać na poziomie wspólnych przedsięwzięć naukowych oraz wymiany kadr.
I co – poza ogólną zgodą?
Zwrócono uwagę szczególnie na wymianę doświadczeń pomiędzy młodymi naukowcami, czyli np. doktorantami, którzy mogliby się czegoś od siebie uczyć w czasie studyjnych wyjazdów. A także na wzajemne tłumaczenie na język polski i białoruski publikacji, które są ważne dla historii obydwu krajów. Choć do tej pory jedynym przykładem, który pokazuje bardziej naszą niż białoruską inicjatywę w tym zakresie, było wydanie w ubiegłym roku po białorusku biografii marszałka Józefa Piłsudskiego mojego pióra.
Na czym polegają największe trudności?
Gorzej z przełożeniem tej deklarowanej dobrej woli na praktykę działania. Współpraca historyczna jest również kwestią woli politycznej, szczególnie jeśli chodzi o stronę białoruską. I to – niestety – nie jest tak, że za ustnymi deklaracjami poszły realne kroki. Choć oczywiście kontakty na poziomie indywidualnych relacji z białoruskimi naukowcami są utrzymywane.
Jest szansa, że w najbliższym czasie ta współpraca pójdzie o krok dalej?
Nie jestem w stanie tego ocenić. To się może stać natychmiast, ale może się nadal przeciągać. My jesteśmy gotowi do podjęcia współpracy, natomiast czas pokaże, czy tę gotowość spożytkuje strona białoruska, gdzie – jak podkreślam – jest sporo dostrzegalnej dobrej woli.