fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Relacja Turcja - Niemcy. Erdoganowi wolno wszystko

Zwolennicy prezydenta Erdogana na wiecu w Oberhausen z udziałem tureckiego ministra sprawiedliwości Bekira Bozdaga, 18 lutego 2017 r.
AFP
Po oskarżeniach o nazizm relacje pomiędzy Ankarą a Berlinem są nie do naprawienia.

– Relacje niemiecko-tureckie podlegają największej próbie w czasach najnowszych – mówił kilka dni temu Sigmar Gabriel, szef niemieckiej  dyplomacji. Było to  po aresztowaniu w Turcji dziennikarza „Die Welt" Deniza Yücela, Turka z niemieckim paszportem,  za rzekomą propagandę na rzecz organizacji terrorystycznej Partii Pracujących Kurdystanu (PKK).

Wkrótce okazało się, że może być znacznie gorzej. W niedzielę prezydent Recep Tayyip Erdogan użył w odniesieniu do Niemiec prawdziwej bomby atomowej.

Jak urazić Niemców

– Wasze działania nie różnią się niczym od działań nazistowskich – oświadczył prezydent Turcji w niedzielę  w przemówieniu w Stambule. Wyjaśnił, że mylił się sądząc, że te czasy minęły. – Myliliśmy się wszyscy – dodał prezydent. W Niemczech zawrzało.

Działania, o których mówił Erdogan, to zakaz organizacji wieców w Niemczech przez tureckich polityków dla społeczności tureckiej. W kwietniu w Turcji odbędzie się referendum konstytucyjne, w którym może uczestniczyć 1,5 mln osiadłych w Niemczech Turków.

Wysłannicy Erdogana pragną ich przekonać, aby głosowali za przekształceniem Turcji w republikę prezydencką, w której obecny szef państwa miałaby niemal nieograniczoną władzę i mógłby ją w dodatku sprawować do 2029 roku. Z organizacją spotkań wyborczych nie byłoby problemu, jak zresztą w przeszłości, gdyby nie aresztowanie Deniza Yücela. W Niemczech uznano, że trzeba ostro zareagować na falę represji w Turcji po nieudanym puczu wojskowym w  lipcu ubiegłego roku. „Bild Zeitung"  opublikował nawet nazwiska kilkuset  uwięzionych w Turcji dziennikarzy, a na ulicach demonstrowali przeciwnicy Erdogana. Wielu polityków, zwłaszcza Zielonych i z postkomunistycznego ugrupowania Die Linke, ale także partii koalicji rządowej Angeli Merkel, domagało się zdecydowanej reakcji rządu. W takiej atmosferze władze dwu gmin uniemożliwiły przeprowadzenie spotkań wyborczych jednemu z ministrów Erdogana. Dwa inne jednak się odbyły.

Prezydent Turcji uznał to za obrazę majestatu i sięgnął po porównania, które ranią Niemców jak nic innego. – To szczyt  absurdu.  Z drugiej strony zakaz organizowania wieców dla niemieckich Turków jest naruszeniem ich praw obywatelskich i z tym nie można się pogodzić – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Ahmet Kuhalci z niemieckiej redakcji dziennika „Hürriyet". Oburzeni Niemcy prezentują swoje racje. Wiele gmin nie chce słyszeć o przyjeździe polityków z Turcji, uniemożliwiając im wystąpienia i motywując swe decyzje względami bezpieczeństwa. Nie dotyczy to szefa tureckiej dyplomacji Mevluta Cavusoglu, który we wtorek będzie uczestniczył we wiecu w Hamburgu. W środę spotka się z niemieckim ministrem spraw zagranicznych Sigmarem Gabrielem, aby załagodzić najostrzejszy od lat konflikt na linii Berlin – Ankara.

Nowa sytuacja

W ostatnich dziesięcioleciach ich nie brakowało. Turcja  oskarżała w przeszłości  Niemcy o wspieranie PKK,  a  prezydent Erdogan grzmiał w Niemczech, iż działania zmierzające do  asymilacji Turków są  przestępstwem przeciwko ludzkości. Ankara protestowała przeciwko uznaniu przez Bundestag ludobójstwa Ormian.  Nie tak dawno Jan Böhmermann, satyryk drugiego programu publicznej telewizji ZDF, wywołał swym swym skeczem na temat prezydenta Erdogana bezprecedensowy  skandal dyplomatyczny.

Obecna sytuacja jest nieporównywalna z konfliktami z przeszłości.Prezydent Erdogan walczy o zmianę konstytucji. Jest przekonany, że jest blisko celu i nie chce stracić być może ostatniej szansy na przekształcenie Turcji w sułtanat.  Z kolei kanclerz Angela Merkel nie może już być pewna zwycięstwa w jesiennych wyborach do Bundestagu. Grozi jej spektakularna klęska, jeżeli do Europy ruszy nowa fala imigracyjna. Byłoby to możliwe, gdyby Turcja wypowiedziała porozumienie imigracyjne  z UE.

To dzięki niemu wyschła rzeka imigrantów z Turcji do Europy. Ale nowa fala może ruszyć w każdej chwili, czym grozi prezydent Erdogan, niezadowolony z realizacji porozumienia przez Brukselę. Szantażowana przez Erdogana Europa ma poważny problem, jak zareagować na takie wyzwania. I to w sytuacji, gdy rośnie szybko liczba przybyszów docierających do Europy przez Morze Śródziemne. W roku ubiegłym było ich 179 tys. Angela Merkel czyni starania, aby skłonić Egipt i Tunezję do przyjmowania pochodzących z tych krajów nielegalnych imigrantów deportowanych z Europy. W samym Egipcie imigrantów z wielu krajów Afryki jest 5 mln. Problem w tym, że 90 proc. z nich dociera do Europy na łodziach pontonowych wypływających z ogarniętej anarchią Libii. Większość z nich to przybysze z Nigerii i Wybrzeża Kości Słoniowej. Ten szlak długo jeszcze pozostanie otwarty. Erdogan o tym wie, jak i to, że nigdy nie miał tak wielkiego wpływu na Europę jak obecnie. Stara się to wykorzystać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA