fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Karawan cesarza

30 listopada roku 1916: Wiedeń w czerni
Getty
Koniec epoki trwa zwykle latami, kultury topią się niespiesznie jak lodowce. A mimo to potrafimy co do dnia powiedzieć, kiedy skończył się wiek XIX, epoka ładu, panowania nad sobą, różnorodności i idei królowania: 21 listopada 1916 roku, z chwilą śmierci Franciszka Józefa I. Złożono ją do grobu dziewięć dni później.

Kiedy umiera 86-latek, w epitafiach i w prowadzonych półgłosem rozmowach mowa jest raczej o „głębokim smutku" niż o rozpaczy. Nikt nie spazmuje, nikt nie wygraża pięścią niebu: we wspomnieniach pada zwykle fraza „świadek wieku", wśród zapamiętanych kolorów pojawiają się szkarłat i złoto orderów, biel lampionów, pastelowe beciki wnucząt: łatwo o pogodzenie się z nieuchronnością.

Ale tamten listopad sprzed 100 lat – a możemy śledzić to, co działo się 30 listopada 1916 roku klatka po klatce, dzięki dyskretnym, a wszechobecnym reporterom kroniki filmowej firmy Pathé – pozostanie skąpany w czerni, jakby przed chwilą w całym Wiedniu wybuchły sadze. Sześć karych koni ciągnie smolisty karawan, na którego narożnikach zasiadło czterech Pompfünebrerów, całych na czarno. Czarne pierogi na ich głowach, dziedzictwo wojen napoleońskich, przybrane są kruczymi i farbowanymi na czarno perliczymi piórami.

Czarne są habity, żakiety, karoserie, czarne są zielone na co dzień kity u czapek żandarmerii. Woalki? Byłyby grubym nietaktem: księżne i damy dworu suną (stóp nie widać spod trenu) w jednym wielkim zawoju z organdyny, przez który zaledwie dostrzec można kontur sylwetki: dziś podobne figury widujemy jedynie w tanich horrorach. Wstęgi kiru zwieszają się z latarń, z przewodów tramwajowych, z balkonów, na których tydzień wcześniej wynajęto miejsca po tysiąc guldenów od osoby. Jedyny jasny punkt na całym Neuer Markt to piaskowy mundur następcy tronu, który przybył prosto z frontu.

Jak zasłużyć na kryptę

I wreszcie scena, która zdarzyła się w tym miejscu po raz – kronikarze nie są zgodni – może 46., może 50. Na pewno po raz ostatni na serio. Zostanie odegrana jeszcze dwukrotnie, podczas pogrzebów w lecie roku 1989 i 2011, na potrzeby rodziny, pism ilustrowanych i turystów: na nagraniu z YouTube'a z lipca 2011 roku widać na drugim planie patrzącego tępo dźwiękowca w ortalionowej wiatrówce, na trzecim – budki z kebabami i ulotkarzy.

30 listopada 1916 roku nie sypią się ulotki, lecz rzadki śnieg. Nie słychać kanonady – front jest o pół tysiąca mil, po drugiej stronie Karpat, chociaż wszyscy czują, że wojna została przegrana. Słychać tylko trzy uderzenia laski mistrza ceremonii w dębowe, okute drzwi krypty, za którymi czeka frater zakonu kapucynów.

– Kto domaga się wejścia?

– Jego Cesarska i Królewska Wysokość Franciszek Józef I, z bożej łaski cesarz Austrii, apostolski król Węgier, król Czech, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii, Galicji, Lodomerii i Ilirii, król Jerozolimy; arcyksiążę Austrii, wielki książę Toskanii i Krakowa, książę Lotaryngii, Salzburga, Styrii, Karyntii, Krainy i Bukowiny, wielki książę Siedmiogrodu, margrabia Moraw; książę Górnego i Dolnego Śląska, Modeny, Parmy, Piacenzy, Guastalli, Oświęcimia i Zatoru, Cieszyna, Frulii, Raguzy i Zadaru, uksiążęcony hrabia Habsburga i Tyrolu, Kyburga, Gorycji i Gradiszki; książę Trydentu i Brixen, margrabia Łużyc Dolnych i Górnych oraz Istrii; hrabia Hohenembs, Feldkirch, Bregenz, Sonnenbergu; pan Triestu, Cattaro i Marchii Słoweńskiej; wielki wojewoda województwa Serbii.

– Nie znam tego człowieka.

W tłumie nie słychać poruszenia: wszyscy znają rytuał obowiązujący od XVII wieku podczas pogrzebów członków domu panującego. Za chwilę ta sama wymiana zdań nastąpi po raz drugi; jest dość czasu, żeby objaśnić ignorantom, że „król Jerozolimy" pojawia się w tytulaturze od czasu trzeciej krucjaty, „Guastalla" – od przepychanek w tyrolskich dziedzinach Habsburgów w wieku IX, a „Raguza" to przecież Dubrownik. „Województwo Serbii" istniało w XVIII wieku, a teraz od małej Serbii zaczęła się wojna, która pogrzebała Cesarstwo. Granic „Lodomerii", mitycznego królestwa Rusi Czerwonej, funkcjonującego w nomenklaturze jako brat bliźniak Galicji, nie potrafi wskazać żaden kartograf, Oświęcim trafił tu w spadku po Piastach.

– Uciszcie się, panowie! Doprawdy, trochę szacunku...

– Kto domaga się wejścia?

– Franciszek Józef Habsburg, człowiek, który prosi o łaskę.

– Niech wejdzie.

Oczywiście – można to uznać po prostu za szczytowe osiągnięcie „kultury pogrzebowej". Sławna pompa funebris gdzie indziej rozkwitła i przeżyła się w epoce baroku: nawet magnaci litewscy, po wydanym przez biskupa wileńskiego Stefana Paca stanowczym zakazie wpuszczania konnych do kościoła, zaprzestali od końca XVII wieku inscenizowania wzruszającej sceny, w której służący wjeżdżał przed ołtarz na koniu zmarłego, by runąć zeń u stóp castrum doloris, czyli rozbudowanego katafalku.

W Wiedniu inaczej: odziedziczone po hiszpańskiej gałęzi Habsburgów temperament i fascynacja śmiercią oraz rytuał dworski regulujący już nie ułożenie sztućców czy kolejność składania ukłonów, lecz kierunek, w jakim składano wachlarze i rękawiczki na trumnie, pozostały żywe. To tu w XIX wieku założono pierwsze przedsiębiorstwa pogrzebowe i wymyślono cztery kategorie karawanów.

Wiedeński Zentralfriedhof z 300 tysiącami rodzinnych grobowców jest największym cmentarzem Europy, tu też otwarto Bestattungsmuseum, pierwszą w świecie placówkę dokumentującą postępy oświeconego grobownictwa, łącznie z bogatą kolekcją dzwonków na użytek ofiar śpiączki kataleptycznej.

Więc może pogrzeb Franciszka Józefa sprzed 100 lat jest jeszcze jednym coraz częściej przecenianym artykułem przemysłu turystycznego, oferowanym razem z czekoladkami z Mozartem, ćwiartką tortu Sachera „pakowaną w atmosferze ochronnej" i portrecikiem cesarzowej Sissi na magnesiku na lodówkę?

Bohater Bruno Schulza

Owszem, nieraz usiłowano go w ten sposób zagłaskać. Ale nie udało się: był bowiem ostatnim prawdziwym monarchą Europy i w jego osobie pożegnano wiek XIX: czas, w którym ład, ordo, był cechą pożądaną i cenioną, czymś, czego wymagano od siebie i świata, a chaos – czymś niepoważnym, niewłaściwym, domeną barbarzyńców i ludzi obłąkanych.

Kronikarze, rozważając ostatnie dni i tygodnie Franciszka Józefa, czasem przywołują jego ostatnią poważną decyzję polityczną, jaką był „Akt dwóch cesarzy" stwarzający fundament niepodległości Polski, czasem ostatnie nominacje oficerskie, czasem ostatnią czynność służbową, jaką był akt ułaskawienia skazanej na karę śmierci dzieciobójczyni. Ja dostrzegam paralelizm między jesienną śmiercią a powstaniem w lecie 1916 roku w niedalekim Zurychu formacji Cabaret Voltaire i ogłoszeniem manifestu dadaistów. Dla cesarza nie było miejsca w świecie, który ogłosił apologię chaosu.

Na obronę mojego stanowiska mam tylko jeden dowód: literaturę. To w jej zwierciadle widać, że Franciszek Józef był ostatnim monarchą godnym swojego miana. O jego niemal rówieśnicy Wiktorii i jej pogrzebie możemy przeczytać w „Sadze rodu Forsyte'ów": dobrze się to czyta, ale nie przeceniajmy. Mikołaj II przez swą męczeńską śmierć w Jekaterynburgu zasłużył na kilka stron mocnej prozy. O dzisiejszych królikach, rozwodnikach z Monako i Skandynawii, pisują plotkarskie noty dziennikarki pism kobiecych, oddając im tym samym sprawiedliwość.

O Franciszku Józefie pisali tytani literatury XX wieku: Robert Musil, Marcel Proust, Tomasz Mann. Pisali wielcy synowie krajów koronnych, prymusi literatury w swoich niewielkich, z Cesarstwa zrodzonych krajach: Stefan Zweig, Sandor Marai, Miroslav Krleža, Danilo Kiš. W Polsce zmagał się z nim urodzony w Galicji Bruno Schulz, opłakiwali Stanisław Vincenz, Józef Wittlin, Julian Stryjkowski, Andrzej Kuśniewicz. A pierwszym żałobnikiem, strojnym nie w pieróg z kruczych piór, lecz w przekrzywiony melonik, był jego wierny chorąży: Żyd, Europejczyk, katolik, pijak i pisarz Joseph Roth.

Trzy paradoksy

Po którykolwiek tom powieści i opowiadań Rotha – pisanych nad szklanką koniaku w kawiarniach Berlina, Brukseli, Paryża, po których tułał się przez 20 powojennych lat, zanim w 1939 zmarł na marskość wątroby i melancholię – sięgnęlibyśmy, zawsze najdalej po dwóch–trzech stronach trafimy na pochwałę Cesarza i Cesarstwa. Niezmienni bohaterowie jego prozy – hrabia Chojnicki, stary sługa Jacques, młody porucznik von Trotta, Żyd przemytnik Kapturak i Żyd doktor pułkowy Max – czasem zmieniają imiona i rodowody, ale zawsze kołyszą się w tym samym tańcu osieroconych dzieci.

„Kiedy tak podróżował wzdłuż i wszerz swej wielorodnej ojczyzny – pisze Roth w jednym z opowiadań o hrabim – uderzały go przede wszystkim owe specyficzne znaki, które w nieodmiennie ten sam, a jednak różnobarwny sposób powtarzały się na wszystkich stacjach, na wszystkich kioskach, budynkach publicznych, szkołach i kościołach we wszystkich krajach cesarstwa. Żandarmi nosili wszędzie podobne kapelusze z piórami lub też takie same gliniastożółte hełmy ze złoconym czubem i błyszczącym, podwójnym orłem habsburskim; drewniane drzwi c.k. trafiki były zawsze pomalowane w czarno-żółte, skośne pasy; urzędnicy skarbowi mieli wszędzie takie same zielone (niemal rozkwitające) porte-épées przy lśniących szablach; w każdym garnizonie oficerowie piechoty nosili na deptaku niebieskie bluzy mundurowe i czarne spodnie wyjściowe, kawalerzyści takie same czerwone spodnie, a artylerzyści identyczne kawowobrunatne kubraki, wszędzie, w całym ogromnym i wielobarwnym cesarstwie każdego wieczora równocześnie z wybiciem na zegarach kościelnych dziewiątej trąbiono capstrzyk, składający się z pogodnie brzmiących pytań i smętnych odpowiedzi. Wszędzie istniały takie same kawiarnie z okopconymi sklepieniami i mrocznymi niszami, w których przesiadywali szachiści, niczym przedziwne ptaszyska, kawiarnie z bufetami pełnymi kolorowych butelek i błyszczących szklanic, które obsługiwały złotowłose i biuściaste kasjerki. W niemal wszystkich kawiarniach cesarstwa snuł się na nieco już zesztywniałych nogach i chwiejny w kolanach kasujący kasjer, z serwetą na ręce, z bokobrodami, odległa, pokorna kopia Jego Wysokości, dostojnego bokobrodego pana, do którego należały wszystkie kraje Korony, wszyscy żandarmi, urzędnicy skarbowi, wszystkie trafiki, koleje, szlabany, wszystkie narody. A w każdym kraju śpiewano inne pieśni, chłopi ubrani byli w inne stroje, mówiono innymi, nieraz zupełnie różnymi językami. Co zaś hrabiego szczególnie rozrzewniało, to owe odświętne i równocześnie wesołe czarno-żółte barwy, które, budząc zaufanie, przebłyskiwały spośród innych kolorów; jak również to uroczyste i pogodne »Boże, zachowaj«, zadomowione w pieśniach wszystkich ludów".

To pierwszy paradoks panowania Franciszka Józefa i pierwsze wytłumaczenie nostalgii, jakie budzi: świat, o jakim czytamy powyżej, jest światem politycznego i teologicznego ideału: jedności w różnorodności. Austro-Węgry niezliczonych ludów, języków i alfabetów, rządzonych jednym prawem, łagodzonym zarazem – na najwyższym szczeblu – łaską monarszą, są najbliższe idei Europy. Europy nieskończenie różnorodnej, barwnej i wiernej swoim korzeniom, której tekturową namiastkę próbuje budować garstka przestraszonych biurokratów – ale nie uda im się, choćby pękli, bo odcięli się od korzeni, bo brakuje im poloru, wierności i wielkoduszności. Miał ją Cesarz, o którym w wieloksięgu Vincenza „Na wysokiej połoninie" tak mówi huculski wójt z Żabiego:

„Przecie są tacy, co mówią, że ruski car najlepszy, bo prawosławny, to znaczy twardy i straśnie mocny, a inni, że Francuz, bo choć miękki, sama delikacja, a ja mówię – nasz cesarz najlepszy, ani twardy, ani miękki, bo nam dowierza, daje nam borgi, daje nam konstytucję, to znaczy spokój. I tak mówi, pisze czarno na białym, złotem na srebrze: Ludzie, bądźcie sobie, jak sami chcecie! Czy wy wiary Bożej czy ludzkiej, ludzkiej czy pańskiej, chrzczonej czy żydowskiej, łacińskiej czy unickiej, tureckiej czy bośniackiej, madziarskiej, ormiańskiej czy cygańskiej: jako wam się podoba, to i mnie się podoba".

Drugi paradoks? Że choć nic nie wiemy o tym, by był intelektualistą, mistykiem, geniuszem, zabawiającym się w ukryciu muzyką i algebrą – stał się figurą Króla, ostatniego w spospoliciałej Europie. Osiemdziesięcioletni, nadal wstawał o piątej rano, by po prywatnej mszy i skromnym śniadaniu o szóstej zasiąść przy biurku, w trzcinowym fotelu, by rządzić swoimi ludami. Nie był malowanym gadżetem: ułaskawiał i skazywał, odwoływał premierów i wypowiadał wojny, pędził na czele konnicy – i dwa razy w tygodniu przyjmował na audiencjach przybyszów ze wszystkich krańców monarchii (przyjął ich ponad 40 tysięcy – tyle przynajmniej zachowało się podań, na których po minucie posłuchania kreślił piórem swoją nieodwołalną decyzję).

Był sobą stokroć bardziej, niż potrafiłby to zrobić sterowany przez mody i pieniądze copywriter od Pepsi: nieszczęśliwy w małżeństwie, owdowiały po zamachu włoskiego szaleńca na cesarzową, samotny po samobójczej śmierci jednego z synów, „pocieszał się po męsku dubeltówką i polowaniem na jelenie w Ischlu albo po prostu filiżanką kawy z rogalikiem, które podawała mu skromna i wierna konkubina. (...) W wolnych chwilach przechadzał się po parku schönbruńskim, dając się widzieć poprzez sztachety ogrodu wiernym poddanym i ciekawym dzieciom".

Trzeci paradoks? Nie znosił nowoczesności: raziły go i śmieszyły te wszystkie telefony, waterklozety i długopisy kulkowe, emancypantki i gumowe zarękawki. Czterdzieści tysięcy podań o audiencje musiało być napisane piórem (podania napisane na maszynie były odrzucane bez rozpatrzenia, od ręki), w 1866 roku przegrał wojnę z Prusami (i geopolityczną wielką grę o to, czy to Berlin czy Wiedeń zdominuje i zjednoczy ziemie niemieckojęzyczne), bo zbyt brzydził go karabin ładowany odtylcowo, którego prototyp okazano mu na poligonie; Bismarcka nie brzydził, oddał zeń kilka salw w bitwie pod Sadową – i Europa Środkowa była jego.

Ale Wiedeń pod panowaniem tego „ograniczonego autokraty", jak szydzili sobie felietoniści, był najnowocześniejszym miastem Europy. To tam narodziły się psychoanaliza, fizyka kwantowa i krytyka totalitaryzmu, a także secesja, muzyka dodekafoniczna, nowoczesna chemia, idee komputera, silnika wysokoprężnego i antybiotyków. Pod skrzydłami „ograniczonego autokraty" studiowali Lenin i Hitler, liberałowie i socjaliści, poeci i piłsudczycy.

Mamy i polski paradoks, jakżeby nie! W pierwszej połowie XIX wieku Galicja jest najbardziej represyjnym i zarazem najbardziej dusznym z trzech zaborów: wszędzie szpicle, żadnej oferty współpracy, jak nie rzeź galicyjska, to kazamaty morawskich twierdz, gdzie po roku umiera się na gruźlicę. A i potem: głód, zacofanie, „Nędza w Galicji w cyfrach" pióra księdza Szczepanowskiego, jałowa tromtadracja i młody Żeromski, piszący bezlitośnie z ujrzanego po raz pierwszy Krakowa: „Dookoła nędza, głód, ciemnota i ci – w plugawych swoich kontuszach i oślich kitach".

Prawda, prawda – tyle że to z tej „Golicji i Głodomerii" wyszły Legiony. I partie chłopskie, które uczyniły z „miejscowych" – Polaków. I Wyspiański, secesja, i Witkacy. I kadry, kadry urzędnicze, bez których II RP rozsypałaby się gdzieś w pińskich błotach. I idea Sejmu.

Kapsuła czasu

Oczywiście, Cesarstwo było skazane w równym stopniu przez brak dobrych karabinów maszynowych, jak przez huczące wokół nacjonalizmy: wierne do wczoraj ludy tłukły się w parlamencie, w szynkach i w polemikach prasowych, a agenci Berlina i Moskwy dolewali oliwy do ognia. Następca tronu, butny zupak, a prywatnie entuzjasta sadomasochizmu, pojechał do Sarajewa zagrać na nosie Serbom – i skończył z dwoma kulami od Gavrilo Principa. „Wszechmocny przywrócił ład, czego ja nie potrafiłem" – miał powiedzieć Cesarz na wiadomość o śmierci arcyksięcia Ferdynanda.

Jak zawsze w przypadku skazanych, czy to przez sąd, czy przez historię, czy przez nowotwór, zadajemy sobie pytanie: „Czy wiedział?". Wszystko wskazuje na to, że wiedział. „Nawet jeśli wszystko miałoby pójść źle, wytrzymam do samego końca. Monarchia powinna pójść na dno z godnością" – powiedział w drugim tygodniu wojny do szefa sztabu Conrada von Hoetzendorfa.

W plugawej epoce miasta, masy i maszyny monarchia naddunajska ze swoim blaskiem, paradoksami i kaligrafią była bytem niemożliwym: jakim cudem przetrwała kilkanaście lat XX wieku? Bardziej pomocni niż historycy mogliby tu być fizycy, którzy znają pojęcie „ciecz przegrzana": jeśli podgrzewać wodę powoli i w czystym naczyniu, można rozgrzać ją do temperatury nawet 120 stopni bez wrzenia. Wystarczy jednak stuknięcie w ścianki menzurki, głośniejszy hałas, pyłek, by zawrzała w mgnieniu oka – w trybie eksplozji.

Tak stało się z Austro-Węgrami: wyparowały, pozostawiając po sobie trochę zniszczeń, garść szkła i parę pod sufitem. Ale stało się to możliwe dopiero po śmierci i pogrzebie Franciszka Józefa. Dopóki żył – jak pisze Sandor Marai – „wewnątrz tej wielkiej rodziny każdy czuł w sekrecie, że pośród awanturniczych żądz, skłonności i porywów jedynie cesarz potrafi utrzymać porządek: on, który jednocześnie był nadterminowym sierżantem i majestatem, urzędnikiem państwowym w żakiecie z lustryny, grand seigneurem i kimś nieokrzesanym: osoba panującą".

—współpraca Małgorzata Urbańska

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA